Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [48]  PRZYJAC. [172]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
raFAUL!
Pamiętnik internetowy
poalkoholowe bełkotliwe mądrości

Rafał Kowalczyk
Urodzony: 1978-01-26
Miejsce zamieszkania: Wrocław
177 / 217


2012-01-01

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
w sylwetrowym pociągu z Katowic (czytano: 791 razy)



To był jeden jedyny raz, patrząc na wszystkie moje zeszłoroczne starty na dystansie 42,2km, kiedy nie zakładałem możliwości zejścia z trasy. Oczywiście gwoli ścisłości muszę dodać, że podczas Darży, też tego nie zakładałem, ale tam formuła biegu była zupełnie inna. W pozostałych przypadkach, w których biegłem maraton indywidualnie i na tzw. „zrobienie wyniku”, zawsze zostawiałem sobie opcję ratunkową. Furtkę – jak to zwykłem nazywać. A to nic innego, jak całkowicie strategiczne wycofanie się z biegu w przypadku kryzysu, czy jak kto woli - ściany. Nie chodzi o to, że boję się walki. Istotniejszą tu jednak cechą od nadmiernej ambicji wydaje się w moim mniemaniu bycie rozsądnym. Dlaczego? W Polsce jest tyle maratonów, że zawsze można zejść z trasy, gdy nie idzie, przemyśleć na spokojnie sprawę, poprawić te elementy treningu, które zawiodły i spróbować uzyskać satysfakcjonujący czas biegu ponownie za kilka tygodni. Według mnie zapisanie sobie wyniku 4h przy możliwościach i treningu na powiedzmy 3:15 jest bardziej haniebne, niż uzyskanie oznaczenia w komunikacie końcowym typu DNF.
To był jedyny raz, kiedy nie miałem furtki. I co zabawniejsze, nie miałem też odpowiedniego treningu. Od listopadowej choroby i późniejszego roztrenowania biegałem wprawdzie w grudniu bardzo dużo - ba, trenowałem prawie codziennie, na tygodniową sumę ponad 100km w tym okresie – ale, w ogóle nie ćwiczyłem wytrzymałości tempowej, no i nie robiłem długich wybiegań. Jeszcze nie zdążyłem. Dwa najdłuższe treningi w tym przedziale czasu nieznacznie przekraczały 21km. Dlatego o tym piszę. Postanowiłem przebiec bezwzględnie cały maraton, na pewnym oczywiście niehaniebnym poziomie, ale bez dobrego przygotowania! I jak się okazało po najpierw zupełnie zaśnieżonej i śliskiej, a potem błotnistej i mokrej trasie. W startóweczkach. W sylwestra. Zimą.
To był jedyny raz, kiedy nie zakładałem możliwości przedwczesnego zakończenia mojego udziału w zawodach, bo chodziło o coś zupełnie innego niż sprawy sportowe. Ten maraton traktowałem docelowo jako długie lub jako BNP. Czas bez większego znaczenia. Chciałem coś uczcić. Podkreślić. Coś zaakcentować na koniec tego zwariowanego i jakże dla mnie udanego biegowo roku. I w końcu, chciałem spędzić w odpowiedni sposób, odpowiednią ilość czasu z czymś (wiem, że powinno być - kimś), co obecnie stało się sensem mojego życia. Dlatego na starcie miałem takiego srala, jak nigdy. Absolutny brak rozeznania we własnych możliwościach. Brak „pigułki spokoju” jaką mogłaby być świadomość odbycia kilku długich wybiegań. Zupełny brak snu. Brak świeżości wynikający z prawie nieprzerwanego od 5 tygodni treningu. Bezsprzecznie ciężkie warunki do biegania. No i klucz moich ostatnich eksperymentów – brak odżywek, żeli, witamin, minerałów oraz zakaz stosowania izotoników. Na śniadanie zjadłem 6 dwudziestogramowych wafelków w czekoladzie, popiłem je kawą na dworcu w Katowicach i przegryzłem to bananem tuż przed startem.

W odpowiednikach czasowych pięciokilometrowych odcinków tego biegu wyglądało to tak:
0-5km w 25:10 (śr. 5:02/km) - zaczynam bardzo spokojnie, na hamulcu, choć bardzo chce mi się biec szybciej, bo niesłychanie piździ. I tak jest za szybko. Tlenówkę przecież biegam wciąż w 5:10 – 5:30/km.
5-10km w 25:01 (5:00/km) – od połowy drugiej rundy (okrążenia po blisko 4,2km) zaczynam być głodny. Wafelki, jakkolwiek nie byłyby smaczne i kaloryczne, nie dają w efekcie uczucia sytości. Zabieram się za kawałki bananów serwowane na punkcie odżywczym. Pić się w ogóle nie chce. Jest za to zajebiście nudno. Czasem z kimś zamienię parę słów, ale trochę boję się wdawać w dyskusję, bo to podnosi tętno. Wysokie tętno na początku = większe prawdopodobieństwo ściany.
10-15km w 24:16 (4:51/km) – o zgrozo, zaczynam się rozgrzewać. Ciągle strasznie się nudzę w tak wolnym tempie. Już miałem ochotę z tego powodu wydrapać sobie oczy i rzucać nimi w psy, kiedy zacząłem dublować. A to zawsze jakaś rozrywka. Niestety niesie za sobą niekontrolowany wzrost tempa. Tak jak i dogrzanie organizmu.
15- 20km w 24:14 (4:51/km) – okazuje się, że kruche ciastko nie jest przyjacielem oddychającego w biegu przez usta. Okruszki drażnią przełyk jak drobny piasek. Robi się z tego kłopot, kiedy człowiek próbuje to wszystko przepłukać zbyt ciepłą herbatą.
20 – 25km w 24:05 (4:49/km) – czuję, że truchtam za szybko. I co ja zrobię jak mnie strzeli ściana? Zejść głupio, skoro mam tu coś celebrować. Chodzić przez dwie ostatnie rundy też w tym wypadku chujoza nie lada. Postanawiam zwolnić i przeczekać „w okopie” całą tę sytuację pod tytułem trzydziesty km.
25 – 30km w 24:26 (4:53/km) – gdzieś usłyszałem, że jak człowiek ma cukier na języku i choćby to była tylko odrobina, to organizm w przypadku braku energii ma wrażenie, że stale podawane jest pożywienie. W sensie duża jego ilość – więcej niż w rzeczywistości. Namiętnie ssę od tej pory kawałeczki ...hmm... banana. Straszna gejoza.
30 – 35km w 23:56 (4:47/km) – mija 31, 33 i niecałe pięć minut później 34 kilometr. No jakoś nie czuję się strasznie zmęczony. Rzekłbym nawet, że jedyne, co doskwiera, to zmarznięte palce w zupełnie mokrych butach i rękawiczkach. Po siódmej rundzie (gdzieś pomiędzy 34 a 35km) robię ponowne podejście do ciepłej herbaty. Skutek: oblany i poparzony policzek i udo. Jak do tej pory wypiłem dwukrotnie pół kubka wody i dwa razy po równowartość objętościową naparstka herbaty. Myślę sobie, że to jakoś strasznie mało, jak na zalecenia wobec maratonu. No, ale jak się nie chce, to przecież nie będę na siłę.
35 – 40km w 22:55 (4:35/km) – dziwne, ale nie ma kryzysu. Nie ma i nie będzie. No to nareszcie można trochę wypuścić nogi. Strasznie głupie takie bieganie maratonów, jak się nie ciśnie ich na czas. No, bo niby po co? Ilość nie gra roli, a przecież już dawno wiem, że przebiec i 100km mogę. Patrzę na twarze umęczonych osób, które mijam, widzę ich zazdrosny wzrok, ale kompletnie nie czuję nawet odrobiny satysfakcji. Wiem, że będzie poniżej 3:30, ale to przecież – mimo, iż jebałem się z tym wynikiem prawie dwa lata – teraz żaden poziom. Postanawiam na ostatniej rundzie jeszcze podkręcić, żeby wynik był jak najmniej wstydliwy. Rywali nie obchodzi, że to trening, po chorobie, eksperyment i inne takie usprawiedliwienia. Słyszą wynik i mają obraz.
Ostatnie dwa kilosy w średniej poniżej 4:30/km. Na mecie 3:24:12. Żadne tam nie wiadomo co, ale mogę zweryfikować sobie pewne rzeczy odnośnie długich wybiegań i sensu biegania wolnej „bazy”. No i oczywiście odżywiania na trasie.
Podczas tych dziesięciu rund spożyłem:
- 2 wypełnione do połowy kubki wody
- 2 razy niewiemilealeniedużo łyczków słodkiej herbaty o posmaku niedomytego termosu po kawie
- kruche ciastko z posypką cukrową
- 6 kawałków banana (szacuję, że to w sumie był to jeden duży banan)
Po biegu:
- klasyczny biały, plastikowy pojemnik pełen bigosu
- zwykłą pszenną bułkę - do tegoż bigosu
- 2 kubki grzańca
- obskurwiałego hot-doga na dworcu
- rycerski napój wojowników – 0,75l miodu pitnego w pociągu
- 100g kaszy jęczmiennej z trzydniowymi resztkami sosu Tikka Masala
- 2 piwa
Dziś miałem wyjść i roztruchtać zakwasy (bo są), ale biegło mi się zajebiście i wyszło mi dużo więcej niż zakładałem. Jutro miałem zrobić przerwę, ale chyba nie zrobię. Bo nie znajduję ku temu sensownych powodów.
Co wyniosłem z tej lekcji? Izo, żele, odżywki, ładowanie carbo, odpowiednią regenerację, niezbędne długie wybiegania wkładamy złożone razem i przewiązane złotą wstążeczką na półkę między bajki. Oczywiście na takie zachowanie, mogą sobie pozwolić osoby o pewnym, choć niezbyt dużym doświadczeniu biegowym, świadome i mocno zaangażowane w treningi, ale – powiedzmy - aktualnie nie starające się o minimum na olimpiadę.



Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga







 Ostatnio zalogowani
GriszaW70
07:45
jaro109
07:42
cinekmal
07:41
Hari
07:28
Borowion
07:12
chris_cros
07:08
Lucas
07:00
Admin
06:22
kmajna
02:32
Ziuju
01:51
jakub738
00:50
RobertG10
00:46
przemek300
23:54
mk13
23:07
robert77g
23:01
przemcio33
22:59
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |