Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [30]  PRZYJAC. [148]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
MEL.
Pamiętnik internetowy
Życie na krawędzi... pięciolinii

Basia Muzyka
Urodzony: 1970-12-03
Miejsce zamieszkania: Warszawa
155 / 192


2008-04-20

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
leniwa sobota i aktywna niedziela (czytano: 332 razy)

 

Basen w Pałacu Młodzieży już ponad miesiąc nieczynny, a zatem miałam w planach start razem z dziećmi w legionowskim krosie - bardzo lubię tę trasę i taką niezobowiązującą atmosferę na tych biegach. Ale plany nam się pokrzyżowały, bo Maszka dostała zaproszenie na imprezę urodzinową, a ponieważ jesteśmy jak naczynia połączone, więc nie dało się rozdwoić. Zresztą pogoda nie zachęcała do biegania i nawet jeśli mnie coś takiego zupełnie nie przeszkadza, to jednak dzieci mogłyby marudzić. No to był dzień bez biegania. Wieczorem jednak trzeba było oznakować trasę niedzielnego SKŚa i do pomocy zgłosiła się moja córka. Było już ciemno, ciągle padał deszcz, a my jeździłyśmy po lesie na rowerach coraz to bardziej namakając i marznąc. Nie udało się zrobić wszystkiego, ale już mi się samej nie chciało ponownie jechać do lasu, było zbyt późno, a wróciłyśmy z Maszką tak ubłocone, że już nie miałam suchych ubrań.

W nocy obudził mnie brak deszczu. Na poddaszu to bardzo słychać zapadającą nagle taką upiorną ciszę. Ucieszyłam się, mając nadzieję, że ten stan się utrzyma przynajmniej do godz. 10 rano. Potem oczywiście miałam kłopoty z ponownym zaśnięciem, ale nie zamartwiam się przecież takimi drobnostkami - jest przynajmniej okazja do tego, żeby się przygotować do biegu i nie robić tego w pośpiechu rano: ubrania, napoje, jedzenie, lista startowa, spakować medale i tasiemki. Jakoś jednak przysnęłam, bo o godz. 5.55 wyrwał mnie budzik.

Przyjechałam na miejsce parę minut przed godz. 7.00. Nie było nikogo. Rozłożyłam w miejscu startu i mety taśmy, zeby było je z daleka widać, zawiesiłam zegar i listę startową na drzewie. Czekam. Zulusa, który miał startować o godz. 7.00 nie ma. To go wykreślam. Przyjeżdża Zenek, więc razem decydujemy się wyruszyć wcześniej niż początkowo zakładaliśmy. Jest rzeźko, pięknie wiosennie pachnie las, coraz bardzie się zieleni. Ja potrzebuję trochę czasu i podczas pierwszej wspólnej pętli, bo muszę jeszcze zawiesić gdzieniegdzie taśmy na drzewach, aby się inni nie pogubili. Ale z ich relacji na mecie gubili się tak czy tak. W ogóle ta pierwsza pętla jakaś taka bardzo dziwna, bo w lesie pusto. Przez pierwsze 5 km rozmawiamy, ale potem już coraz mniej. Zaczyna mnie suszyć i nie mogę się doczekać butelki zostawionej na 10 km. Gdy dobiegamy do tego miejsca już z daleka widzimy sporą grupę biegaczy startujących na 20 km. Mijamy się radośnie pozdrawiając. Po nawrotce nadal pusto. Gdzie podziali się Ci, którzy biegną przed nami? Przecież nie mogli docisnąć aż tak mocno, skoro deklarowali tempo 6:00. Później dopiero okazało się, że wybrali inną, niekoniecznie słuszną drogę. Dopiero w okolicach naszego 13 km widzimy grupę przed nami. Grupę, która już się powoli rozciąga. Od 15 km znów zaczynam marzyć o butelce zostawionej na 20 km. Ktoś jednak dobrze przemyślał to, żeby punkty odżywcze na maratonach były co 5 km. Wtedy mniej więcej zaczyna do nas dobiegać BiBka. Trochę jakoś tak niezdecydowanie, bo najpierw wyprzedza, a potem daje się wyprzedzić. Myśląc o napoju i widząc zajadającego żel energetyczny Zenka wpada mi do głowy, aby zjeść małą nugatową czekoladkę, którą wzięłam na drogę. Od chłodu stała się twarda, więc muszę ją sobie porcjować i czekać, aż się rozpuści. I tak szybciutko mija nam czas i już jesteśmy przy nawrotce na 20 km. Butelka. I jazda. Ostatnia dycha. Wcześniej zastanawiałam się, czy nie zejść po 20 km, ale czuję się dobrze, kolano co prawda pobolewa, ale to przecież żaden powód, aby przestać biec mając zresztą pewną nadróbkę czasową. Zenek został w tyle, bo szuka butelki, a zatem biegnę za Mazurkiem, starając się utrzymać stały dystans. Na 22,5 km łapie mnie coś w rodzaju delikatnej kolki. Wykorzystuję ten fakt do paru kroków marszem, a przy okazji oglądam się za siebie i widzę nadbiegającą BiBkę. Po chwili dogania mnie Zenek, zamieniamy parę słów, ale nie ma sensu, aby biegł ze mną, skoro czuję, że zwalniam, więc rusza do Mazurka. Po chwili wyprzedza mnie BiBka i jeszcze tak parę razy mijamy się na trasie. Drugi moment na kilka kroków marszem mam przy 25 km. Ale od tej chwili czuję się już dobrze. Gdy jestem na 27 km zastanawiam się nad przyspieszeniem. Mazurka to już i tak nie dosięgnę, nawet wzrokiem, ale przecież idę na rekord trasy kobiet. To mnie mobilizuje. Na finiszu słyszę, że ktoś mnie dogania, więc jeszcze przyciskam, ale na metę wbiegamy razem z Truchu - tak naprawdę to on lekko przyhamował, gdy się ze mną zrównał, nie ma co ukrywać. Ale zabawa przednia!

Mój wynik zadowalający 2:48:20. Kolejne długie wybieganie zaliczone. Ile ich jeszcze mnie czeka...?

W domu po obfitym drugim śniadaniu i godzince wylegiwania się jadę z Maurycym na rowerach do lasu pozdejmować tasiemki. Robimy to niezłym tempie, na niektórych odcinkach się ścigamy. A już pod domem okazuje się, że mój syn gdzieś po drodze zgubił kask, który miał zawieszony na kierownicy. A zatem w domu szybki obiad i ruszam na rowerze ponownie, tym razem samotnie do lasu w poszukiwaniu kasku. Znalazł się. Dobrze mi zrobiło tych dodatkowych 20 km na rowerze. Choć właściwie miałam jeszcze wieczorem ochotę się trochę przebiec.

fot. finisz z Truchu - Czarny321 (www.sps.waw.pl)

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
arco75
13:37
dejwid13
13:28
anielskooki
13:19
1223
13:12
Biela
13:12
Marek2112
13:08
Admin
13:07
młodyorzech
12:55
ab
12:47
mirekzkk
12:13
zeton
12:09
VaderSWDN
11:45
JACEK W.
11:27
Admirał
11:21
15Kowal
11:17
placekjacek
11:16
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |