2016-11-17
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Cmentarne spacerki. (czytano: 594 razy)

Jeśli częściej chodzisz na pogrzeby niż na wesela, to znaczy że się starzejesz...
Tylko ja byłam raptem na dwóch weselach a pogrzebach...nie zliczę. Więc mnie to chyba nie dotyczy.
Najpierw Jerzy.
Już nikogo nie było, ale wskazano mi kwartał, gdzie miałam szukać. Góra wiązanek i bukietów, ale mimo wszystko wyglądająca dość skromnie. Zapalam zniczyk, przystaję na chwilę. Opuszczając cmentarz notuję w pamięci "ostatnie wejście, drugie drzewo".
Skoro już tu jestem, zajrzę po drodze w dwa inne miejsca.
Wchodzę na kolejny cmentarz.
Miałam zakodowane "pod murem", ale tutaj muru nie ma. Sic.
Cóż, cmentarz duży nie jest, zabieram się za systematyczne szukanie. Nie zauważam, gdy docieram do zakątka pełnego małych grobików. Gdy orientuję się dokąd dotarłam nie da się już uciec. Trzymam się dopóki nie napotykam wzrokiem pluszowego misia patrzącego na mnie mokrą, zziębniętą mordką. Proszę, sprintować da się nawet między mogiłami!
Wreszcie dostrzegam pewną prawidłowość co usprawnia moje poszukiwania. I jest. Nie wiem nawet, jak miałbym o ten grób pytać.
- Kogo pani szuka?
- Mamy Grażki.
To zawsze była po prostu mama Grażki. Tyle razy z nią rozmawiałam i nic, mama Grażki. Teraz już wiem. Stefania Wróbel. Cześć, Stefa.
Zapalam zniczyk.
W sumie powinnam dwa, babcię pochowali na wnuku. Marcinek umarł mając 20 lat. Mój kuzyn. Urodzony na siłę, u nas wtedy cesarek się nie robiło. Dziecięce porażenie mózgowe. Takie fest.
Ja miałam farta. Gdy rodziłam się rok wcześniej, mama pojechała rodzić do Krakowa, do szpitala w którym pracowała babcia Losia. I gdyby nie cesarka, nie byłoby mnie tutaj. Wcale.
Jadę na ostatni cmentarz, ostatni zniczyk w ręce.
Przez główną bramę, do murka z napisem "to nie jest śmietnik" w prawo teraz szukaj, bo reszty nie pamiętasz. Obchodzę trzy razy wytypowany teren, zataczając coraz większe koła. Jest mi już bardzo zimno, ale nie poddaję się. Nikogo nie ma, więc nie muszę marudzić tylko pod nosem.
- Prababcia, ja Cię i tak znajdę!
I proszę, od razu jest.
Mam problem z zapaleniem znicza.
Wzięłam z domu zapałki, których co prawda jest sporo w pudełku, ale siarka z boku nie chce odpalać. Muszę odpalać od innych zniczy. I jak na poprzednich cmentarzach nie było problemu, tak na tym jest ogromny. Bo nigdzie się nie pali, a jak już coś miga, to najczęściej te pierońskie LEDy albo inne wynalazki. Odchodzę spory kawałek, nim znajduję żywy ogień. Na grobie pana Edwarda.
- Cześć Edek, ja po ogień.- mówię rozkładając się ze swoim zniczem i tymi nieszczęsnymi zapałkami. Znicz Edka jest głęboki, kończy się. Zdobywając ogień osmalam palce i nadpalam dwa paznokcie. Trudno, straty muszą być. Rzucam jeszcze "dzięki, Edek" i wracam do Prababci dumnie niosąc płonący zniczyk. Orientuję się, że brakuje mi rękawiczki, musiała wysunąć się z kieszeni, teraz kwestia w którym momencie i jak daleko będę musiała po nią iść. Wychylam się na alejkę, ale jej nie widzę, czyli została u Edka.
- Edek, oddawaj rękawiczkę!- sapię szarżując na drugi koniec cmentarza.
W końcu wracam do Prababci i chwilę z nią spędzam.
Wracając do domu, zastanawiam się, czyj pogrzeb "pod murem" pomieszałam z Marcinkowym. Do teraz nie wiem. Nie pamiętam z kim tam byłam, kiedy to było, nic. Pamiętam tylko, że pod murem....
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |