Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [6]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
insetto
Pamiętnik internetowy
Biegiem po zdrowie ;)

Marek
Urodzony: 1987-07-04
Miejsce zamieszkania: Świebodzin
6 / 48


2014-03-17

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Ale długi wpis... ;) (czytano: 328 razy)



Dziś 17.03. Po dwu tygodniach nieobecności wróciłem do domu. W Poznaniu dużo biegałem, choć nie lubię biegów tam, i zaliczyłem w tym czasie trzy starty. Było ciekawie.
Z treningów poznańskich zaskoczyło mnie jedno – gdy we wtorek wieczorem wyszedłem na dłuższy bieg, mając w głowie nową trasę, co chwilę spotykałem biegaczy. Łącznie, na ok. 12 kilometrach, spotkałem ich ze 40-50. Sporo. Zastanawiałem się, czy to z powodu nowej, bardziej biegaczolubnej trasy, czy może z powodu bliskiej Maniackiej, czy w końcu z powodu pięknej pogody – pewnie wszystkiego po trochu – ale ogólnie sympatycznie.
W ogóle jakoś nawet wokół mnie ludzie zaczynają się interesować bieganiem. Siostra poprosiła o jakieś rady i plan treningowy dla bardzo początkujących, to samo koleżanka z liceum i jedna znajoma z praktyk szkolnych. Inna znajoma, ze studiów, biega od ponad pół roku i robi niezłe postępy. Jedna z zaprzyjaźnionych byłych studentek, jak się okazało, ma już za sobą nawet pierwszy start, może kiedyś ją wyciągnę na jakieś wspólne zawody. Jak przez sześć lat nie zdołałem nikogo wyciągnąć na trening, poza nielicznymi wyjątkami, tak teraz jawi się wspólny start – i jest nawet w kim wybierać ;)... Jeszcze trochę, a ci niebiegający znajomi będą w mniejszości. Wygląda na to, że powoli nastaje prawdziwa moda na bieganie. A ledwo pół roku temu zadziwiałem się mnogością biegających w Pavii...
A co do startów – różne biegi, różne odczucia.
W Dąbrowie bieg na 15 kilometrów, całkiem sympatyczna trasa, organizacja ogólnie w porządku. Zamiarem było zrobienie max. 1:18.00. Początek (pomijając pierwsze dwa kilometry) miałem zaskakująco niezły, na półmetku 0:38.02, była szansa nawet na 1:16.00. Wyglądało to nieźle do pewnego momentu... Po jedenastym kilometrze coś się stało, i tempo samo z siebie nagle sporo spadło, choć samopoczucie nie było wcale gorsze niż wcześniej. Na 13. kilometrze miałem czas 1:05.59, ze średnią ostatnich dwóch kilometrów około 5.10min/km. Zebrałem się w sobie i lekko przyspieszyłem. Czternasty kilometr w 4.59, dobrze. Ostatni kilometr jeszcze lepiej, choć nie mogłem dobrze finiszować przez, powiedzmy, problemy z perystaltyką jelit. ;) Ale wyszło 4.34, też fajnie. Ogólny wynik 1:15.32 sympatyczny, dużo lepszy od oczekiwanego. Z umiarkowaną satysfakcją zaraz po najedzeniu się wyruszyłem na autobus – i do Poznania.
Przed Maniacką nie nastawiałem się na dobry wynik z oczywistego względu – pogoda. Gdy w sobotę rano wstałem i spojrzałem przez okno, niby wiatru nie było, ale później, z czasem, coraz bardziej dawało się go odczuć (i usłyszeć). Już na miejscu, gdy szedłem na start, w pewnym momencie zawiało strasznie, prosto w twarz, i to jeszcze z piaskiem... Niefajnie... Start o 12:00, ja w strefie B, nie mam pojęcia, jak i według czego strefy przydzielono, bo przez pierwszy kilometr tylko mnie wyprzedzano – chyba po prostu masa szybszych ludzi nie miała okazji biec w 2013 na trasach atestowanych, i dlatego trafili dalej do tyłu. Wiatr na trasie nie dokuczał aż tak strasznie, ale w takim tłumie to nie dziwiło. Koło czwartego-piątego kilometra spadł grad – to było super przeżycie, coś nowego! ;) Na piątym kilometrze wynik 24.27, na rekord się nie nastawiałem, ale wyglądało na to, że może być coś koło 49 minut, czyli czwarty wynik w życiu. Do siódmego kilometra niezłe tempo, na ósmym miałem 4.38, ale z wiatrem w plecy, a że kolejne dwa też miały takie być, to zacząłem myśleć o życiówce. Ale dziewiąty kilometr zrobiłem w 5.19 (pewnie znacznik był przestawiony, ale chyba nie aż o 100 metrów)... Rozczarowałem się mocno i z determinacją pognałem (jak na siebie) do przodu, finiszując zwłaszcza na ostatnich dwustu metrach. Ostatni kilometr w 3.55, nawet uwzględniając ten przesunięty znacznik – wynik niezły. Łączny czas 47.59 – miło. Ale klątwa 48. minuty trwa (na 10km mam cztery wyniki w przedziale 47.30-47.59, a kolejny to 49.13, brak wyników z 48 na przedzie). Wynik cieszy tym bardziej, że tym razem, nie licząc na dobry czas, odpuściłem izotonik i ograniczyłem się do samej wody.
Ciekawą rzecz zauważyłem na trasie. Odkąd mam konto na mp.pl i przeczytałem parę ciekawych wpisów, uważnie patrzę na to, którędy biegnę, by przypadkiem nie wbiec na chodnik, nie ściąć łuku itp. W paru momentach musiałem zdenerwować paru ludzi, gdy biegłem po wewnętrznej (na tak krętej trasie raz się jest od wewnątrz, raz od zewnątrz) i z uporem maniaka (!) nie musnąłem nawet chodnika. Raz, wyraźnie to odczułem, zabiegłem tak komuś drogę, biedak myślał, że też zetnę, i tak zaplanował swoją drogę po łuku... Pech, jakoś tym razem nie mam wyrzutów. ;) Faktycznie częsty to był proceder, momentami niektórzy ścinali naprawdę mocno.
A wczoraj bieg na orientację w Poznaniu, na Morasku, 7,2km. Krótki dystans, ze startem interwałowym, same nowe rzeczy, byłem ciekaw, jak pójdzie, nie nastawiałem się na nic konkretnego. Początek był średni, bo nie spojrzałem na skalę mapy i pobiegłem za daleko – przegapiłem pierwszy PK, musiałem wracać. Z kolejnymi nie było problemu aż do dziesiątego, na którym coś mnie zaćmiło. Łaziłem po lesie ze dwadzieścia minut, tak na wyczucie, w końcu się zdenerwowałem, podszedłem do najbliższej ścieżki, zlokalizowałem się na mapie, wziąłem kompas, i – trafiłem do punktu w 30 sekund – czyli musiałem mieć go ciągle gdzieś pod nosem. No cóż, było od razu używać kompasu... Nieco inny problem miałem na przejściu z 11. na 12. PK, nie mogłem odnaleźć na mapie ścieżki, na której byłem, i bezpiecznie, by się znów nie zaplątać, wyraźnie nadrobiłem drogi. Później już szło jak po sznurku (w kieszeni), nawet się pogoda poprawiła, ale już nie goniłem, bo i po co? Dotarłem na metę z czasem 2:02.54. W poczuciu, że będę ostatni, ale z kompletem 23PK, pojechałem do siebie. Ogólnie pogoda była gorsza niż w sobotę, bo niemal ciągle lało, ale na szczęście wiatr w lesie tak nie dokuczał. Tak czy tak, gdy czekałem w deszczu na swój start (ponad godzinę), zastanawiałem się, na co mi to: zimno, mokro, wietrznie... Ale w sumie było fajnie, lubię imprezy na orientację. Ta może była za krótka jak na mnie, ale i tak było OK. I nawet, jak się okazało, byłem nie ostatni, a trzeci od końca. Otarłem się o mój najgorszy wynik w życiu – przedostatnie miejsce w wyścigu MTB w Łagowie z lipca 2013. ;)
Teraz trzy tygodnie bez startów, kolejne zawody to półmaraton w Poznaniu, 06.04. Ciekawe, jak będzie, mam nadzieję, że choć pogoda dopisze. Teraz mam trochę czasu, by sobie ponadrabiać drobne zaległości ze studiów. I ewentualnie zdrowieć po tym wietrzno-deszczowym weekendzie ;)...

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2014-03-18,08:21): do zobaczenia zatem 6 kwietnia, a moze tez gdzieś na ścieżkach biegowych :)
insetto (2014-03-21,06:36): Dzięki! Co do półmaratonu - do zobaczenia najdalej na starcie, bo porównując czasy... ;) Pozdrawiam!







 Ostatnio zalogowani
JACEK W.
11:27
Admirał
11:21
15Kowal
11:17
placekjacek
11:16
KKFM
11:04
tolek13
10:59
dejwid13
10:40
kmajna
10:32
kryz
10:26
PRE
10:26
gadom1990
10:20
VaderSWDN
10:19
Patriszja11
09:35
mirek065
09:34
Wojciech
09:13
filips1
09:08
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |