2013-07-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Będzie o MGS... (czytano: 333 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=uyGj4JypRyc

niedziela
Mój Maraton Gór Stołowych zaczął się trochę wcześniej… Dokładnie na tydzień przed startem postanowiłem wziąć w udział w Crossie na Dziewiczą Górę. Ciekawa formuła… rzadko spotykany bieg na dochodzenie, miłe towarzystwo …czego chcieć więcej… Start można zaliczyć do udanych. Pobiegłem mocno… a następnego dnia nie mogłem się pozbierać z łóżka z powodu bólu pleców. Zgodnie z radą Emi i Gerappy postanowiłem się zapisać na masaż do Darka Wizora. Może… pomoże…
piątek
Mój wyjazd na MGS w zasadzie od początku stal pod dużym znakiem zapytania. A do tego doszły te… plecy. Po masażu nie bolało… ale czy przypadkiem nie zacznie boleć w trakcie górskiego maratonu? Z Poznania wyruszamy z Putkiem o 9:00 rano… Większość drogi znam. Pod koniec trasy włączam gps-a, wyłączam myślenie… w rezultacie lądujemy niepotrzebnie na jakiejś górskiej, wąskiej i bardzo dziurawej drodze… W pewnym momencie sprawdzamy głębokość kałuży w wyrwie… Przejdziemy?!?
Docieramy do Pasterki. Część ekipy Maniackiej – oj dużo nas tam było – już się delektuje górskim powietrzem przed Szczelinką. Nocleg zarezerwowany jeszcze w styczniu przed zapisami… tak blisko jak się tylko dało. Tutaj pierwszy mały zgrzyt… płacimy za nocleg większą kwotę, niż ta od której wpłaciliśmy zaliczkę. Różnica niewielka, ale chodzi o zasadę… Co chwilę dojeżdżają nowi zawodnicy, i co chwilę ktoś szuka zasięgu… Mój współtowarzysz podróży zaskoczony brakiem możliwości płacenia kartą… Wiadomo… miastowi przyjechali ;-)
sobota
Nadeszła godzina prawdy, czyli mój pierwszy tegoroczny start górski… Pamiętam jak się męczyłem rok temu, ale teraz wiem że będzie dużo lepiej. Co nie znaczy, że dobrze… Jeszcze przed startem mój mały niepokój budzi chwilowy brak wody… w Szczelince… Już sobie wyobrażam … kąpiel w zimnym strumieniu po biegu, jeśli w ogóle jakiś znajdę… O zapchanych toaletach nawet nie myślę... Ruszam trochę za szybko… Próbuję się trzymać za Putkiem, chociaż dobrze wiem że kolega ma jakieś bliżej nieokreślone predyspozycje do biegów górskich… Po drodze dołącza Krystian i przez jakiś czas biegniemy w trójkę… chyba jednak trochę za szybko. Trudna technicznie trasa… Kamienie, korzenie, skały… ale nie ma długich nużących podejść, czego nie lubię… Jest ciekawie! Na drugim punkcie odżywczym współpraca się kończy. Muszę zwolnić… dla mnie zaczyna się ta gorsza część biegu… Wyprzedza mnie wielu zawodników… plecy bolą, i najchętniej niósłbym camelbaka w rękach… Minie niepotrzebnie trochę czasu, zanim wezmę tabletkę przeciwbólową… Dużo wcześniej nabijam się biodrem na gałąź spuszczona przypadkiem przez poprzedzającego mnie zawodnika… Dopiero po 30 kilometrze odzyskuję chęć walki i znów wracam do gry… Na ostatnim etapie sporo wyprzedzam, na szosie i na schodach praktycznie wszystkich w zasięgu wzroku… tak mi się przynajmniej wydaje… Wpadam na metę, zderzając się jeszcze z zawodniczką która biegła przede mną… JEST!!! Może wynik nie rzuca na kolana 7 godzin i 10 minut – 2/3 stawki startujących, ale jestem zadowolony…
Na koniec jeszcze trochę adrenalina podchodzi mi w górę… jeden z kolegów biegaczy prowadzący koleżankę do mety na ostatnich metrach, odwrócony tyłem do kierunku biegu … nieszczęśliwie przewraca się i nie może złapać powietrza… Jak to niewiele brakuje… do nieszczęścia…
Wracamy ze Szczelińca do Pasterki… po drodze spotykamy wypoczętego po biegu Mistrza Świerca i… przyjmujemy gratulację za ukończony najtrudniejszy górski maraton w Polsce.
…świętujemy…
niedziela
Wyjazd wcześnie rano, zanim triatloniści zamkną nam jedyną wyjazdową drogę z Pasterki… Tacy złośliwi są!!!
Załączam link do filmiku Roberta Zabela kręconego na pierwszym bufecie - 8 kilometr...
Fot. M.Tarajkowska - przed startem ...
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |