Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [16]  PRZYJAC. [15]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
sikoras
Pamiętnik internetowy
"Jak się jest takim pesymistą jak ja, to można się tylko śmiać" S. Tym

Jacek Sikorski
Urodzony: ---
Miejsce zamieszkania: Piła
17 / 47


2012-08-27

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Wakacyjne „Północ – Południe” (czytano: 363 razy)

 

Wszystkich ewentualnych zainteresowanych ekranizacjami prozy Johna Jakesa spieszę uspokoić – nie będę pisał o próbie sfilmowania kolejnych przygód Orry’ego i George’a. Właściwie to chronologicznie rzecz ujmując powinno być „południe – północ”, najpierw przecież zbłądziliśmy w nasze piękne góry na Maraton Górski w początkach lipca a dopiero teraz, z końcem sierpnia, pojechaliśmy sprawdzić co tam słychać u Neptuna. Niemniej była to zaplanowana akcja – dwa maratony inne niż zwykle, po rozmaitym podłożu, na pewno trudniejsze do pokonania niż „asfaltowy schemat” Poznania, Wrocławia czy innego Krakowa (kolejność przypadkowa) - opinające się niczym klamra na wakacjach. Do Jastarni dotarliśmy z Wojtkiem według ściśle wytyczonego planu – jak najpóźniej ale tak, by zdążyć odnaleźć biuro zawodów i poszukać ewentualnie noclegu. Wcześniejsze próby zorganizowania wizyty u Morfeusza, po wykonaniu kilkunastu telefonów - spaliły na panewce. Biuro nie bez problemów osiągnęliśmy (w moim prywatnym rankingu najlepiej ukrytych biur – zdecydowany lider), z noclegami kicha, lecz pozostawała ostatnia deska ratunku – podłoga
w sali gimnastycznej. Zanim tam jednak dotarliśmy naszła nas ochota na „kolację maratończyka”, czyli makaron. Znaleźliśmy przytulną knajpkę i dwie przeurocze właścicielki, które specjalnie dla nas przygotowały mimo późnej pory porcję bolognese. Wojtek pozwolił sobie jeszcze na parę łyków jakiegoś elfiego piwa, a ja na koniec popełniłem niezłe faux pas – stwierdzając na odchodnym, że teraz idę coś zjeść. Co zrobić, kiedy lubię się najeść wieczorem przed startem… Sala nocna, w której przyszło nam spać miała około 756 m2, a nocowało w niej dokładnie 13 osób. Na miejsce więc nikt nie narzekał, tym bardziej, że do dyspozycji były materace i łóżka polowe. Mnie tylko dała do myślenia ta „trzynastka” – bo maraton też miał być moim trzynastym trofeum. A ja po blisko dwudziestoleciu pracy w charakterze wuefisty miałem okazję przespać się po raz pierwszy w życiu z jednym z podstawowych narzędzi pracy. To się nazywa zboczenie... Rano pobudka punktualnie o szóstej i … trzeba się było najeść. Potem jeszcze na parę minut do śpiwora, kilka stron lektury i czynności natury nieczystej acz konieczne do wykonania, bez których nie wyobrażam sobie startu w biegu. Krótko po ósmej podjechaliśmy jak najbliżej miejsca startu i udaliśmy się na niezaplanowaną rozgrzewkę. Ale to za przyczyną Mijagiego, któremu chyba się przypomniało, że jednak zaraz startuje w maratonie, a który do tej pory był nadzwyczaj jak na jego standardy spokojny. Wychodząc z auta (podziękowania dla mojej ukochanej żony za użyczenie Almery) spotkaliśmy naszych sympatycznych znajomych z Poznania: Ewę ze Zbyszkiem, z którymi startowaliśmy również w Górach Stołowych. Ewka zostawiła nawet jedną koszulkę, mówiąc, że jej za ciepło, czemu przyglądałem się z lekkim podziwem bo sam raczej szukałem czegoś dodatkowego na grzbiet. Udaliśmy się wspólnie na miejsce startu, gdzie spotkaliśmy jeszcze paru znajomych, a paru nowych pozyskaliśmy (pozdrowienia dla ekipy z Bobolic i Jastrowia: Witka Sikorskiego – co za piękne nazwisko – i Darka), i gdzie okazało się, że rozpoczęcie opóźni się o pół godziny za przyczyną jakiegoś nieszczęśnika, który postanowił stanąć na drodze pociągu wiozącego startujących w maratonie zawodników. Wojtek z braku laku poszedł wykonać próbę toru i ta chyba wypadła OK., bo został na przygotowanych wcześniej oponach. A mną targały wątpliwości, czy nie pobiec jak Bikila Abebe. Wreszcie start i plan by jak najdłużej biec w możliwie suchym obuwiu po prostu roztrzaskał się jak domek z kart – po jakichś 25 sekundach. A fali praktycznie nie było… Pogoda bo i tej warto poświęcić chwilkę, była doskonała: bez słońca, przy delikatnym zefirku, można było zasuwać i pochłaniać tyle jodu ile wlezie. A wystarczyłaby trochę większa fala, lub odrobina więcej słońca i już nie byłoby tak fajnie… Początkowo ruszyliśmy w kierunku Helu, bo po około 2 km zawrócić i już z przechyłem na prawo biec w kierunku Władysławowa przez ponad 22 kilometry. Jak już się ogarnąłem z tempem i minęły pierwsze niedogodności związane z rannym bieganiem – zrozumiałem, że ten przechył może być moim największym wrogiem. Nietypowa pozycja w biegu obciążała kolano lewej nogi po przyśrodkowej stronie – a to miejsce stanowi moją słabość przypominającą o latach gry w piłkę nożną. Ból się pojawił, owszem, ale na szczęście nie skazał na przerwanie batalii, osiągając punkt zwrotny wiedziałem, że najgorsze zagrożenie raczej za mną i … z ciekawością zacząłem liczyć, które miejsce zajmuję. Okazało się, że 28 co uzmysłowiło mi, że fajnie byłoby się zameldować na mecie w pierwszej „30”. Zanim jednak doszło do tych wewnętrznych dywagacji, dokonałem aktu zaślubin/chrztu (niewłaściwe zostawić/skreślić), na mniej więcej 8 kilometrze trasy, według przepisu Mirka Lasoty – jeśli kogoś to interesuje głębiej – po szczegóły odsyłam z właściwą sobie skromnością do wałeckiego multihipersupericotamjescze maratończyka. W każdym razie bez tego maraton po plaży uważa się za nieodbyty. Tempo biegu o dziwo nie malało, za to narastał coraz bardziej problem, z którym w ogóle się nie liczyłem. Czyli – nawiązując może do terminologii morskiej – rafa związana ze zwiększającą się z każdym kilometrem zawartością piasku w skarpecie pod podbiciem. Zrozumiałem, że tak się dalej nie da, bo za chwilę palce wyskoczą mi jak wilkowi z pamiętnego serialu dla dzieci produkcji studia Sojuzmultfilm (premiera w roku – jakim? – najlepszym z możliwych - 1969!). Zdjęcie butów kosztowało mnie jedną pozycję i mimo, że biegło się od tej chwili lepiej „dołem”, to z kolei gorzej „górą” – nie mogłem znaleźć optymalnej pozycji dla butów trzymanych w garści. Dopiero na ostatnim punkcie zostawiłem swe „opony” wolontariuszom i wiedząc, że już nic mi nie przeszkadza, dałem ile się da. To było wręcz zachwycające: minąć 35 km trasy i mieć siłę i ochotę przyspieszyć! I mimo, że odstępy między zawodnikami urosły na „odległość” wzroku, udało mi się minąć jeszcze kilku rywali, od umiejscowionego na plaży w Jastarni schronu „Sęp” biec już samemu i dotrzeć do mety na 25 miejscu. Wojtek był krótko za mną, kończył w bardzo dobrej dyspozycji, a jak jeszcze zażył masaży to już był w siódmym niebie. Po doprowadzeniu się do porządku pojechaliśmy jeszcze do portu, by choć częściowo skorzystać z oferty pobiegowej. I tutaj niestety miał miejsce naszym zdaniem największy klops: nikt tu już nie pamiętał o biegaczach, którzy chwilę temu ukończyli bieg. Musieliśmy stać w kolejce, mocno przydługiej jednak jak na minione 42 kilometry walki, za ludźmi, którzy z bieganiem raczej wiele wspólnego nie mieli, ale do koryta byli pierwsi. Panowie rozlewający zupę nie raczyli nas poczęstować nawet obiecanym ciastkiem i nie pomogły nawet trzykrotne apele. Cóż – okazało się, że byliśmy tylko przystawką i oficjalnym pretekstem do późniejszego festynu. A może to nasza megalomania? Jedno jest pewne – stwierdziliśmy, że nie mamy już na co czekać i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Trochę tylko głupio mi przed Ewą, zabrałem jej koszulkę – ale przysięgam – szukałem Was (ze Zbyszkiem) długo i naprawdę to nie objaw fetyszyzmu. Jeśli trzeba to wyślę pocztą – tylko Zbyszek musiałby dać mi adres, bo nie mam żadnego kontaktu. Do Piły wracaliśmy z poczuciem zrealizowania kolejnego wyzwania, teraz szukać będziemy kolejnych. I wszystko byłoby super, gdyby nie ogarniający mnie smutek: kończą się wakacje, kończy się kolejna impreza, a mnie zaczyna dopiekać samotność długodystansowca. Stwierdziliśmy bowiem z Wojtkiem, że nie mamy wsparcia, nikt z nami nie jeździ, nie próbuje – a w gromadzie na pewno byłoby raźniej i weselej. Może Maciej z nowym zapasem sił po czarnogórskiej przygodzie, może Anka jak się upora z macierzyńską codziennością? Przybywajcie odsieczy, bo ducha zbraknie… Nawet w Pile, naszej macierzy – wystartuje słownie jeden „nasz” człowiek – bo my z Wojtkiem ogłaszamy roczne wotum separatum wobec postępującej degrengolady organizatorów pilskiej imprezy. Nasze plany na ten rok przewidują jeszcze Gniezno, Warszawę i Maraton Beskidzki – może ktoś się dołączy? Na fotce uroczy ślimak, który chciał sprawdzić czy w asicsach faktycznie posuwa się tak szybko?


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
Piotr100
17:28
jacek83
17:25
cierpliwy
17:22
marco1
17:05
gora1509
17:04
Arasvolvo
17:02
BOP55
16:59
Jars
16:31
jann
16:30
Citos
16:26
marekch11
16:19
marian
16:15
gpnowak
16:06
JACEK W.
15:41
ruzga99
15:33
kmajna
14:45
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |