Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [16]  PRZYJAC. [15]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
sikoras
Pamiętnik internetowy
"Jak się jest takim pesymistą jak ja, to można się tylko śmiać" S. Tym

Jacek Sikorski
Urodzony: ---
Miejsce zamieszkania: Piła
13 / 47


2012-05-29

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
„W każdym sercu czai się lew” (czytano: 259 razy)

 

To chyba pierwszy taki przypadek kiedy zapisałem się do biegu zanim jeszcze Wojtek zaczął swoim sakramentalnym – „wiesz, jest taki bieg w …”, a stało się to zupełnie przypadkiem, przy okazji przeglądania netu w zupełnie innej sprawie. I pierwsze co rzuciło mi się w oczy to właśnie nazwa biegu – dla mnie urodzonego 2 sierpnia, w 100% astronomicznego lwa, ma to jakieś magiczne znaczenie i poczułem, że muszę tam pojechać. Kiedy jeszcze okazało się, że będzie to półmaraton, nie jakieś 4,33 km lub 9,46 – wszelkie wątpliwości mnie opuściły. Niewielka odległość i wizyta w nowym miejscu były dodatkowym atutem przy wyborze. Do podpoznańskiej gminy, która wygrywała rankingi na najbogatszą w kraju, udaliśmy się w silnym czteroosobowym składzie: Mijagi, Sławek Orzełek, Bartek Mirowski i niżej podpisany. Na miejsce trafiliśmy bez problemów (tabliczki na ulicach!), pakiety odebraliśmy migusiem (poza Wojtkiem, który był w związku z tym podejrzewany o natychmiastowe wsiąknięcie do struktur kolejnego stowarzyszenia biegaczy) i zadowoleniem na twarzy: torby, tzw. koszulka „techniczna” (czyli prawdopodobnie „po technikum” – bo sama nie biega – sprawdzałem!), dziwny chip, trochę reklam, ogólnie dosyć bogato i baaaardzo kolorowo. Gmina jak malowana, wszystko świeże, nowe, nawet trawa przy stadionie, takie deko „platformerskie”, jeśli wiecie o co może mi chodzić - Bartek jako zausznik „naszego” senatora musiał czuć się wspaniale. I byłoby ogólnie pięknie, gdyby nie temperatura, która rosła proporcjonalnie do liczby gromadzących się biegaczy, a odwrotnie do antycypowanych przez nas możliwych osiągnięć na trasie biegu. Po nadzwyczajnym zgromadzeniu członków naszej grupy zdecydowaliśmy wspólnie, że oto nadszedł czas by udać się – co z bólem przyznaję jako wuefman, nie zawsze się zdarza – na rozgrzewkę. A kiedy już przebieraliśmy nogami przed linią startu, w oczekiwaniu na armatni wystrzał – gospodarzom przytrafił się pierwszy lapsus – nasze pospolite ruszenie zostało wstrzymane. Stanie w pełnym słońcu przed zawodami nie należy do moich ulubionych czynności, więc przemieściłem się w przyjaźniejsze miejsce, co skutkowało z kolei tym, że jak nagle spiker zaczął odliczać sekundy do wystrzału – to ledwo zdążyłem dołączyć do zawodników. Na szczęście w końcu jak miejscowe bractwo kurkowe je…o z armaty – to już nie było wątpliwości, czy bieg się zaczął (i tym na przykład różnił się start „lwi” od praskiego). Na trasie biegu natomiast - ewentualny przyszły tarnowski półmaratończyku – w zasadzie nie brakowało nawet ptasiego mleczka. I to dosłownie! Bo i tym przysmakiem można było się wzmocnić. I chyba to co działo się na trasie można zapisać jako największy plus imprezy. Trzy pętelki to w sam raz, by nie dać się zdublować najlepszym (powiodło się), pięknie oznaczona trasa (może zbyt dużo zakrętów) – na drugim kółku znikały już tablice z oznaczeniem pierwszych kilometrów, na trzecim za to pojawiły się tablice z odległością dzielącą nas od mety (począwszy od piątego) – czułem się jak w interaktywnym spektaklu, co na pewno pomagało w walce z rosnącym znużeniem. Kibice wspaniali – każdy dopingował jak umiał, mnie wzruszyła dwójka wyschniętych staruszków, którzy jak na komendę, tlącego się peta włożyli do ust – by mieć obie ręce wolne do klaskania. Natomiast najlepsza była damska ekipa usadowiona około 2 km przed końcem każdej z pętli, która najpierw mruczała (1 koło), potem śpiewała otwartym tekstem „a cappella” (2 koło) i wreszcie z podkładem w tle (3 koło) – nasz nowy „euro2012pejski” hymn „koko koko”. Druga zwrotka zaczyna się od „Orzełki biegajcie żwawo po murawie” – i jeden na pewno wziął to sobie do serca, zwłaszcza, że coś tam miał nabazgrane na koszulce, że bieganie z nim to zaszczyt (Sławek). Natomiast gorzej było z tą murawą – bieg prowadził nas zróżnicowaną nawierzchnią: asfalt w super stanie, asfalt w beznadziejnym stanie (kilkaset metrów) i najgorsza dla mnie – kostka brukowa. Na domiar złego słoneczko przypiekało solidnie jakby wiedziało, że lwy je kochają. Tyle, że nie te biegające. I znowu na wysokości zadania stanęli kibice – mimo, że mieszkańcy Tarnowa to wielkopolanie i chyba tylko krakusy przebijają ich w „szkockim” rankingu hojności – na rachunkach za wodę z pewnością nie oszczędzali. Poza dwoma oficjalnymi sikawkowymi - na trasie wyrosło kilka dodatkowych punktów, gdzie można było znaleźć ukojenie dla rozgrzanych do czerwoności głów i karków. Za to szczere serdeczne dzięki! Ostatnie kilometry trasy to w moim wykonaniu walka o uzyskanie czasu poniżej 1:35 – nie powiodło się, ale po prostu za późno spojrzałem na stoper. Byłem tak zmęczony, że nie chciało się podnieść ręki do oczu – by nie skonfrontować się z rozczarowaniem. Na długi finisz z podkręceniem tempa zdecydowałem się gdzieś koło 19 km trasy ale okazało się, że nagrody były za „100 m pumy” (najszybszy finisz na ostatniej prostej) a nie za „2000 m leniwca”. Drugi z naszego teamu, na nowiutką, tartanową bieżnię wpadł Sławek - napędzany patriotycznym uniesieniem, a potem razem do mety dobrnęli Wojtek i Bartek. A zaraz za linią finiszu czekało największe rozczarowanie niedzielnej premiery – brak wody dla kończących bieg. Bo 0,5 l produktu wodopodobnego z Lidla nie można uznać za załatwienie sprawy. Ciągnąłbym wcześniej z węża, gdybym to przeczuwał… Podsumowanie było za to z przytupem: wysokie nagrody pieniężne dla najlepszych (czarny mężczyzna i kobieta zza wschodniej granicy), losowanie zestawów kibica i porcelany, kosiarek do trawy, oraz chwyt piłek wykopywanych przez spikera i jego pomocnika (zapachniało nadchodzącymi emocjami). Nam się nic nie trafiło, więc zabraliśmy ile się da osobistych tabliczek rejestracyjnych i wisiorów – by jakoś sobie tę niepowetowaną stratę nadrobić. Powrót do domu bez sensacji i tradycyjnie w dobrych humorach, przekomarzaniom nie byłoby końca, gdyby nie przyjazd na miejsce. A co w podsumowaniu? Z tego co widzę brać biegowa w necie już wytyka organizatorom błędy jakie popełnili, ale są to naprawdę drobiazgi, które nie powinny mieć wpływu na Waszą decyzję co do startu w przyszłorocznej edycji. W Tarnowie mają kasę, to widać gołym okiem, czuć w pakietach i myślę, że może być tylko lepiej. A warto pojechać tam choćby dla wspaniałych kibiców – nie spotkałem się z taką życzliwością na trasie już od dawien dawna. Tak więc jak mawiał klasyk - „na Old Trafford Manchester United nigdy nie przegrał, ale nigdy nie oznacza zawsze" – lub inaczej: „never say never” i po prostu decydujcie się, bo warto z „Lwem” się zmierzyć.
ps: w książkowych „polecankach” – najbardziej drapieżna książka roku „Lew w sypialni” Zbigniewa Lwa-Starowicza.


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
Raffaello conti
17:30
kasjer
17:17
rav78
17:14
timdor
17:00
yaros
16:58
bur.an
16:55
JolaPe
16:50
BOP55
16:42
damwoj
16:41
kostekmar
16:40
filips1
16:28
gol
16:10
MARIO87
16:00
t_garzel
15:34
platat
14:39
gora1509
13:56
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |