Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [16]  PRZYJAC. [32]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
ineczka16
Pamiętnik internetowy
Raz - nie wciąż, dwa razy - nie zawsze...

Paulina
Urodzony: ----
Miejsce zamieszkania: Poznań
135 / 175


2012-05-19

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
PUNKT G(łówny) naszej wycieczki - PRAGA MARATON 13.05.2012 (czytano: 415 razy)

 

No i nadszedł ten długo wyczekiwany dzień - 13.05.2012. Od momentu rejestracji i płatności minęło sporo czasu. Tyle się działo w międzyczasie, że moje odczucia były mieszane: radość i strach, euforia i obawa, podniecenie i pokora... No i na dodatek 13! Pisałam już kiedyś, że uwielbiam ten dzień!

Pobudka około 6 rano, lekkie śniadanko: bułka z twarożkiem i bułka z bananem. Potem dylemat: w co się ubrać...? I przed 8 rano grupowe zdjęcie przed pójściem na start. Nie brałam ze sobą nic do depozytu, bo pieszo z hostelu do strefy biegacza mieliśmy 5-10 minut spacerkiem w linii prostej!

Będąc już na Placu Wacława i kierując się w kierunku strefy biegacza słyszę polską mowę: "A tę dziewczynę to kojarzę z Polski!". Odwracam się, bo to o mnie mowa, Pan mi pokiwał, ale ja go nie kojarzyłam. Uśmiechnęłam się tylko i poszłam za grupą Maniaców. Staliśmy w słonku przed strefą biegaczy jeszcze chwilkę, potem ostatnie słowa otuchy, powodzenia i pomału zaczynaliśmy się udawać w przyporządkowane strefy startowe.

W tym 9-cio tysięcznym tłumie udało spotkać się Wojtka (Mijagi), chwilkę pogadaliśmy i zaczęto poganiać na start. Niestety nie mamy wspólnej fotki, bo aparaty były z kibicami poza strefą biegaczy. Szkoda :)

Na start do strefy H z której startowałam szłam sama. Tam rozglądałam się czy spotkam jeszcze jakieś znajome twarze, ale niestety nie. Mimo wszystko po chwili zobaczyłam koszulki z polskimi imionami, podeszłam, zagadałam i już miałam towarzystwo w tym tłumie. Okazało się, że Asia i Mietek również są z Poznania. To jest zabawne - człowiek jedzie tyle kilometrów na bieg i tam poznaje ludzi z rodzinnego miasta (tak było np. z Krystianem i maratonem we Wrocławiu czy z Magdą poznaną w Krakowie).

Po jakiejś chwili balony poleciały w górę i kolorowy tłum biegaczy ruszył. Spodziewałam się że będzie jakoś ciasno, przepychanki itp., ale nic takiego nie miało miejsca. Biegłam nie od przekroczenia linii startu, ale już jakieś 100-200 m wcześniej. Jako, że biegam bez zegarka patrzyłam jak przekraczam linię startu - od wystrzału do tego momentu minęło około 5,5 minuty (łatwa do zapamiętania liczba) i bez żadnego stresu i spinania pobiegłam na totalnym luzie.

Pierwsze 5-7 km biegłam z Asią i Mietkiem, ale potem oni przyspieszyli. Stwierdziłam, że na siłę nie będę utrzymywać ich tempa i zwolniłam. Co uważam, że było rozsądne. W okolicach 8 km przyczepił się do mnie jakiś koleś w żółtej koszulce. Początkowo mnie drażnił, ale nie chciał się odczepić, więc w ostateczności zaczęliśmy gadać. I tak kilometr po kilometrze czas szybciutko mijał.

Okazało się, że Giovanni (bo tak miał na imię) był Włochem. Gadaliśmy trochę po angielsku, a jak brakowało nam słów to w swoim ojczystym języku, ewentualnie w ostateczności na migi. W pewnym momencie wyprzedzał nas Słowak albo Czech i śmiał się, że ja Polka, on Italiano, każdy w swoim języku gada i się rozumiemy...

Biegliśmy spokojnie, bez rwania, co jakiś czas Giovanni pytał się czy jest OK. Albo jak za szybko biegłam, to po włosku mnie stopował. Można by rzec, że był moim dobrym duchem. Miał sporo znajomych z Włoch, których pozdrawiał tym swoim CIAO! Zabawne było, gdy swoim znajomym przedstawiał mnie jako "friend".

Biegnąc tak sobie uliczkami Pragi, mijając kolejne mosty nad Wełtawą, ani się spostrzegłam, a już na liczniku było prawie 30 km. Na 27 kilometrze częstowali szampanem - oczywiście skorzystałam z okazji. Na tych dwóch "agrafkach" nad Wełtawą 3x widziałam Sebastiana, pokiwaliśmy sobie. 2x widziałam Cinka (który to potem stwierdził, że biegłam tak lekko).

W okolicach 28 km Giovanni musiał skorzystać z ToiToi, ja biegłam dalej. Jednak mój pęcherz też długo nie wytrzymał. Na wodopoju na 30 km też musiałam pójść na stronę. Tam minęły mnie balony na 4:15. Potem, gdy pęcherz już nie uwierał jakoś tak wybiłam się z rytmu i ciężko było mi wrócić do tego tempa sprzed przerwy.

Giovanni dogonił mnie na 33 km. Chwilkę biegliśmy razem, ale mimo jego pokrzykiwań żebym przyspieszyła nie byłam w stanie tego zrobić. Nie żebym miała jakiś kryzys, tylko po prostu nogi nie chciały przyspieszyć. Brakowało im jakiegoś bodźca.

Od tamtego momentu biegłam już samotnie do mety. 9 wolnych kilometrów. Biegłam, nie szłam. Gdy nie było z kim pogadać, bo nie było osoby, która biegłaby obok moim tempem, to panowała taka okrutna cisza. Tylko stukot butów na asfalcie. Do 36 km człapałam bardzo wolno, ale był to bieg, na 36 km grał bardzo energetyczny DJ jakiś mocny kawałek. To mnie zmotywowało do mocniejszego kroku w rytm muzyki.

Przyspieszyłam. Zaczęłam wyprzedzać kolejne cele. Myślałam o tym, jak to się biegło w tym miejscu jakieś 20 km wcześniej, że już był Giovanni. Że tu była zmiana sztafety, że tunel, że... O kurcze ostatni zakręt i prosta do mety - tak się zadurzyłam w swoich myślach, a nogi przerabiały jak automat. W sumie, to na 2 km przed metą dogoniłam biegacza w czarnej koszulce z napisem SZTUM i coś jeszcze (nie pamiętam co). Znaczy się Polak. Zmotywował mnie na ostatnim zakręcie rzucając coś w stylu: "no to teraz przyspieszamy i sprintem do mety!". Nie mogłam go dogonić, ale ostatnią prostą "prułam" przed siebie z całą mocą. Co to był za finisz! Sprint jakby to nie był maraton! Wiwaty kibiców, muzyka, bębny, euforia - to dodaje skrzydeł.

Na metę "wparowałam" z czasem brutto 4:29:42. Należało tylko odjąć szacunkowo te 5,5 minuty co było jak przekraczałam linię startu i... Nie, to nie może być prawda! A jednak! Nowy rekord w maratonie!!! W hostelu sprawdziłam dokładnie - czas netto to 4:24:02 i jest Kraków poprawiony o około 2 minuty i 20 sekund. Ekstra! Nie jest to dużo, ale życiówka, to życiówka :)

W ogóle nie nastawiałam się na bicie żadnych rekordów, poprawianie czasu itp. To miał być bieg dla przyjemności, dla zwiedzania Pragi i podziwiania zabytków, dla przebiegnięcia maratonu bez spinania. Było super, mam pozytywne wrażenia, jestem zauroczona i mi mało! Trasa trudna, bo dużo zbiegów i podbiegów, a do tego wszystkiego nierówna kostka brukowa. Maraton w Pradze jest już tylko wspomnieniem... Ale jakże miłym wspomnieniem...

Do strefy biegacza szłam z falą, która się tam kierowała. Zresztą i tak stamtąd najbliżej do hostelu. Nie ukrywam, że liczyłam, że spotkam jeszcze Giovanniego i że dowiem się na ile pobiegł. Idę, jem batona z pakietu co dostało się na mecie, popijam to jakimś cienkim izotonikiem. Dochodzę do depozytów i słyszę włoski akcent: "Paulina, Paulina!". Macha mi rękę, rozmawiamy. Był tylko 2 minuty przede mną na mecie, gratuluje mi rekordu i żegnamy się. Do dziś jego słowa dźwięczą mi w uszach: BONA FORTUNA!

Aż żal iść do hostelu. Ale idę, bo zimno. Idę jak pijany zając, slalomem, potykając się o własne nogi, zamyślona nad tym jak to wykręciłam życiówkę bez jakiegoś spinania się. Tak łatwo to przyszło! Ludzie na ulicy oglądają się za mną, tylko folia termiczna wskazuje na to, że ukończyłam właśnie maraton. Jestem zadowolona, jestem szczęśliwa... W hostelu biegacze dzielą się swoimi wrażeniami, spostrzeżeniami z maratonu. Potem prysznic, krótki odpoczynek i...

Wyruszam na drugi maraton. Tym razem po sklepach. Wymyśliłam sobie, że przywiozę dzieciaczkom na pamiątkę koszulki z KRTKIEM (krtek = krecik). Wchodzę do wszystkich sklepów z suvenirami, ale nigdzie nie ma koszulek z krecikiem. Maskotki są, i owszem, ale ja wymyśliłam sobie koszulki. W sumie, to te z Krakowa ze smokiem wawelskim są ich ulubionymi :) więc chciałam teraz krecika, w końcu lubią tę bajkę...

Do godziny 19 byłam zmuszona skończyć tę wyprawę, bo byliśmy umówieni z Maniacami w lokalu: PRASKY MOST U VASLU. Bo w knajpie U FLEKA nie można było zrobić rezerwacji na 20 osób. Świętowaliśmy piwem, knedlikami i zmarzlinami! Świętowaliśmy rekordy te większe i te mniejsze, ukończenie maratonu i ogółem udany wyjazd do Pragi.

Wieczorem szliśmy spać około godziny 22-23. Pomału mięśnie czworogłowe dawały o sobie znać i chodzenie po schodach zaczynało sprawiać trudności. Jednak radość i euforia siedziały gdzieś w środku i zadowolona zasypiałam analizując jeszcze raz trasę biegu...

BONA FORTUNA!
A na zdjęciu ja i Giovanni :)
podobny uśmiech miałam na mecie, po 42 km w nogach :)

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


cinek2030 (2012-05-20,22:03): Świetnie się czyta. Zupełnie jakbym tam był :))))
ineczka16 (2012-05-21,07:37): Marcin dzięki :) przecież byłeś :) ale pewnie wspomnienia wracają, co...?
Namorek (2012-05-22,14:53): Cóż - polskie dziewczyny przepadają za Italiano .:-P
ineczka16 (2012-05-22,16:13): Roman, a myślałam, że to Italiano przepadają za polskimi dziewczynami :P
Namorek (2012-05-23,13:13): W kierunku odwrotnym również . Sam znam dwie polskie dziewczyny które "poszły" za Italiano . Niestety związki nie przetrwały próby czasu . Zostały tylko wspomnienia i małe Bambino . :-))







 Ostatnio zalogowani
Patriszja11
09:35
mirek065
09:34
placekjacek
09:28
Admirał
09:22
Wojciech
09:13
filips1
09:08
martinn1980
09:06
kostekmar
09:05
BOP55
08:50
chris_cros
08:37
mariuszkurlej1968@gmail.c
08:32
pamać
08:25
platat
08:16
jankos6
08:14
Leno
08:14
biegacz54
08:11
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |