2012-05-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Od „BMW” do „Volkswagena” - episode two (czytano: 315 razy)

Błyskawiczny konkurs z pierwszej części wygrał Macias – fakt – nie miał zbyt wysoko postawionej poprzeczki, bo jest jednym z dwóch ludków, którzy mogli to uczynić (vide: liczba zarejestrowanych przyjaciół na „maratonach”). Na fotce jest sam Pavel Nedved: „Podczas ostatnich 5 kilometrów udało mi się nawet przyśpieszyć. Przez cały bieg nie odczuwałem kryzysu. Bawiłem się tym biegiem" – co z tego jeśli przybiegł za nami prawie 12 minut i jeszcze popisywał się pęcherzami z krwią na stopach, amator jeden… I to facet, który był laureatem Złotej Stopy w 2004 – powinien o nie bardziej dbać… A tak całkiem serio – fajne uczucie – osiągnąć metę przed najlepszym piłkarzem świata i Europy (2003), kolesiem, który był synonimem twardości i nieustępliwości, a zabrakło mu tylko Ligii Mistrzów (drugie „żółtko” w półfinale z Realem wyeliminowało go z finałowego starcia z AC Milan, a jego nieobecność na boisku uznano za główny powód przegranej Juve w karnych…). Nasz dwuosobowy team wystartował z założeniem: 1 godz. 45 min na półmetku, co jak łatwo policzyć daje 5 minut na kilometr; następne strategiczne decyzje miały zapaść po przekroczeniu tego magicznego punktu. Ponieważ kazdy kilometr byl viditelne oznacen kilometrovnikiem, nie było problemu z pilnowaniem tempa. Kłopot polegał na wytyczeniu właściwej ścieżki wśród tłumu biegnących po wąskich jednak uliczkach praskiego starego miasta. Ruszyliśmy ulici Parizkou pres Cechuv most na Małą Stronę, potem przez ulicę Valdstejskou i most Karola – z powrotem na prawą stronę Wełtawy, następnie przez kolejny most Manesuv ponownie na drugą stronę rzeki i dopiero od mniej więcej 3 – 4 kilometra trasa nam się wyprostowała. Mijaliśmy kolejne nabrzeża, odrabiając minimalne straty w czasie z pierwszych 2 km (tłok), a bieg do półmetka realizowaliśmy z iście niemiecką precyzją. Pogoda dopisała idealnie, warunki były doskonałe dla biegaczy, co 2,5 km usytuowane obcerstvovaci i osvezovaci stanice znakomicie ułatwiały zmaganie się z rosnącym zmęczeniem, a trasa była tak malownicza, że trzeba było uważać, żeby nie zwolnić gapiąc się na mijaną architekturę. Jedyne co mogło przeszkadzać to duża ilość bruku pod stopami – moje znosiły to ciężko, wytrzepotało je jak nigdy i na pewno na ponowny start ubrałbym solidniejsze kapcie. Czas mijał równiuteńko (po 4.57 – 5.02 na kilometr), kolejne kilometrovniki zostawały za nami, a my dociągnęliśmy nie wiadomo kiedy do półmetka i nagle zaskoczeni musieliśmy opracować koncepcję na drugą połowę zabawy. Ta skomplikowana operacja zajęła nam jakieś 3 sekundy (moi: „lecimy dalej w tym tempie, ile dasz radę?”; Mijagi: „Tak”) i zacząłem w popłochu zastanawiać się czy chłop nie jest jakimś spowinowaconym pierwszego zwycięzcy Prague International Marathon z roku 1995 – niejakiego Tumo Turbo z Keni. Co prawda kolor skóry się trochę nie zgadzał, natomiast to „turbo” jak najbardziej. I naprawdę realnym stał się wynik, który dla Wojtka byłby wspaniałą „życiówą”, dla mnie trzecim wynikiem od końca co prawda – ale osiągniętym w bardzo przyzwoitym stylu. Ból w nogach jednak narastał, z każdym kolejnym metrem zaczynało być coraz ciężej, a dodatkowo między 26 a 30 kilometrem mijaliśmy chyba najmniej ciekawy fragment trasy – długą agrafkę wzdłuż ulicy Strakonickiej. I chyba nie przypadkiem zlokalizowano tam aż trzy hudebni produkce, w których grały kapele. Łącznie mijaliśmy grajków na tym odcinku 6 razy i muszę oddać, że taka dawka energetycznej połajanki mocno pomogła mi w tym czasie. A ktoś to musiał przetestować, bo jak tylko oddalały się nutki zza pleców – już dało się słyszeć kolejne przed nosem – no coś niesamowitego! Organizatorzy naszej Muzycznej Ćwiartki musieliby to usłyszeć i zobaczyć – to był prawdziwie bieg muzyczny z krwi i kości. I do tego moje klimaty: a to coś w stylu Die Toten Hosen, a to ciężki „metalowy” blusior, a to purplowski standard „Smoke On A Water” (wody było full bez przerwy, dymów żadnych – chyba za mało naszych kiboli przyjechało, na trasie zainstalowały się tylko rodzinne „pikniki” jak nazywa ich pewien prostak z Krakowa) – krótko mówiąc: tylko zapier…ać! A tak ogólniej wiem już chyba co pomogłoby mi zejść poniżej 3 godzin – wystarczyłby Slayer wygrywający mi w trakcie maratonu na żywo dłuższe wątki z „Reign In Blood”. Natomiast jedna kapela była kompletnym nieporozumieniem – takiej muzy musiała słuchać pewnie Poświatowska pisząca swe poema, zanim popełniła samobójstwo. I tak też mogło podziałać to na Wojtka, ledwo ich minęliśmy (30 km), zaczął coś mówić o gaśnięciu, czy jakoś tak, potem przez kolejne dwa mosty (jeden z nich nazywał się „Legii”!!! – chyba musiał to czuć, skubany, bo na pewno nie wiedział) i przy Narodnim Divadle poszedł jeszcze na kibicowskim dopingu, ale jak tylko po delikatnym zbiegu zobaczył tabliczkę z numerem 33 – chciał się mnie pozbyć narzekając na skurcze i prawiąc, że „już nie może”. Wierzcie na słowo – każdy z Was chciałby tak „nie móc” – trochę odsapnął, znowu ruszył, przy kolejnej tablicy znowu marsz, ale 36 odcinek trasy przebiegł ponownie w tempie 5 minut na kilometr! I tak już miało być do końca – około 900 – 950 metrów biegu, a potem przy kolejnych mijanych kilometrovnikach – chwila marszruty, jakby chciał się dokładnie im przyjrzeć. Zważywszy na to jakim tempem finiszował na ostatnich 500 metrach naszych praskich zmagań – mógłbym powziąć niejakie podejrzenia, że chciał mnie wykończyć tymi radykalnymi zmianami prędkości biegu, tak by na koniec pozbyć się ogona. To był najszybszy „ostateczny sprint” w krótkiej historii moich maratońskich występów! Bieg po niebieskim dywanie, ręce w górę, rzut oka na zegar nad głowa, medal na szyję i już było po bólu. Powolutku udaliśmy się z powrotem do miasteczka maratońskiego, co by się deko ogarnąć i około 13.30 już czekaliśmy na naszą powrotną „dziewiątkę”. Ta jednak zmieniła trasę, co kosztowało nas małą szynową wycieczkę w kierunku Jizniego Mesta, trzeba było wysiąść nie bardzo wiadomo gdzie, zawrócić i pilnie obserwować kolejne przystanki – co nie było łatwe zważywszy na nasze zmęczenie. Ostatecznie wysiedliśmy na Karlovo namesti, zjechaliśmy w otchłań metra i po przejechaniu aż jednej stacji wynurzyliśmy się przy Andel station, tutaj przesiadka na tramwaj, trzy przystanki i już przenosiny do auta. Wyjeżdżając z Pragi na autostradę w kierunku Liberca, widzieliśmy jeszcze w siódmej godzinie zmagań wielu maszerujących już zawodników, którzy mijali 40 – 41 kilometr maratonu przed tunelem tesnowskim. Oni jeszcze walczyli ze słabościami – my już wracaliśmy do Polski z poczuciem dobrze wykonanej roboty. Wojtek pobił swój personal best o 25 minut i ma teraz dwie trójki „z przodu”, a ja przekraczając metę na Staromestkym namesti zaliczyłem drugie trofeum po „Koronie Maratonów” – ukończyłem nieoficjalny peerelowski „Wyścig Pokoju” w wersji dla tuptaczy – pamiętacie jeszcze "Trybunę Ludu”, „Neues Deutschland" i "Rudeho Prava"? Ci co kojarzą tytuły ze stolicami – wiedzą co mam na myśli. Teraz pozostały mi kierunki: północ i wschód – a jak wróble zaczną niedługo ćwierkać: spoglądam na Sztokholm, żeby dać odpór historycznym zaszłościom z roku 1655. Może nie będzie to potop ale niech się wikingowie szykują! Cały wyjazd zajął nam 36 godzin, w Pile zameldowaliśmy się jeszcze w niedzielę ok. 23.15, jeśli porównać to z Berlinem, który zlokalizowany jest jednak dużo bliżej – zawrotne tempo – tam wyprawa przekroczyła 48 godzin. Inne porównania? Trochę tak jakby porównać luksusowe auto z Monachium z pojazdem dla ludu z Wolsfburga. Inna skala, inna atmosfera, odmienny sposób podejścia do organizacji – i nie zrozumcie mnie źle: bezwzględnie warto odwiedzić Pragę choćby dla samej malowniczej trasy. A że nad wszystkim czasem powiewa duch haszkowego Szwejka – ot, taki to już słowiański koloryt i basta…
ps.: w kąciku literackim polecam dzieło Petra Šabacha - "Gówno się pali".Natomiast na fotce pomnik upamiętniający wejście Czech do Unii Europejskiej: basen fontanny ma kształt Czech, jeden sika w okolice Pragi, drugi Brna. A mnie to samo przytrafiło się na Bubenskem Nabrezi - wszystko przez to zimno na starcie...
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |