2012-04-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| „Na Św. Piotr suchy dzień, suche lato, sucha jesień” (czytano: 1252 razy)

Oj było sucho, niczym w Dolinie Śmierci: „Ja już umieram…” - szepcze starszy pan, który wygląda jakby z siedem razy dzisiaj oddawał krew. „Nie, jeszcze nie…” – odpowiada mu pielęgniarka, która przytrzymuje maskę z tlenem. Takie obrazki dało się zauważyć na mecie III Kaczorskiej Dziesiątki, drugiego biegu w kolejnym sezonie startów ulicznych pod patronatem Starostwa Powiatowego w Pile. Impreza dla mnie osobiście zapowiadała się turystyczno – krajoznawczo: spokojna „dyszka” do łyknięcia w czterdzieści prę minut, bez spinania i z jedynym założeniem – nie dać się Wieśkowi. O jakże byłem naiwny… Do Równopola, gdzie zlokalizowano start, dotarłem na około 40 minut przed startem, powitała mnie nieoczekiwanie dumna z siebie Weronika Popowska – moja podopieczna z pływackiego „Szuwarka”, która jak się okazało wygrała przedbieg dla dzieci na 400 m. Odebrałem numer startowy, pogadałem trochę ze spotkanymi kolegami (z Wiechem - a jakże; z Idzikiem natomiast nawet wykonaliśmy wspólnie coś na kształt rozgrzewki…) i powoli spacerkiem udałem się z powrotem do „szatni” zlokalizowanej w samochodzie zaparkowanym pod miejscowym chlewikiem, skąd docierały spokojne chrząkania nakarmionych świnek. Dobrze to świadczyło o gospodarzach, podobnie jak i przygotowanie logistyczne do przyjęcia blisko 180 biegaczy, którzy zdecydowali się na start w niedzielne skwarne popołudnie. I tutaj docieramy do sedna sprawy: temperatura w cieniu wynosiła 31 stopni, w słoneczku ponad 4 dychy, odczuwalna – dla mnie Sahara, tak nagłe ocieplenie zawsze jest dla organizmu szokiem, zwłaszcza kilka dni „przejściowych”, kiedy organizm musi się „przełożyć” na nowe warunki. I tego „słonecznego” doświadczenia ewidentnie zabrakło – to był jeden z najtrudniejszych biegów, które zaliczyłem. Start pod górę, potem w miarę równo i płasko ale z każdym mijanym kilometrem zaczyna doskwierać pragnienie. Do pierwszego punktu z wodą (Morzewo) ledwo doczłapałem, po drodze minął mnie jeszcze jak błyskawica Jurek Iwanicki, a wody było tak mało, że nie wiedziałem czy zastosować ją doustnie czy „nagłownie”. Wybrałem kompromis – ale formy od tego nie przybyło. A tu na dodatek zaczął się gruntowy odcinek trasy, w kształcie małego siodła. Najpierw łagodnie zbiegaliśmy przez 500 m w dół (ok. 10 m wysokości), potem na odcinku 700 m musieliśmy się wspiąć na blisko 30 metrów. Niby niewiele prawda? Uwierzcie mi – było potwornie ciężko. Po drodze zatrzymałem się jeszcze przy jakimś młokosie z 4Run (widoczna z daleka w trawie nieruchoma, charakterystyczna, jadowicie żółta koszulka jakoś nikogo nie skłoniła do samarytańskiego odruchu…) i sprawdziwszy, że gość jest przytomny i ogólnie OK, tylko przeforsował – sam potoczyłem się z własną biedą dalej. Jak wtedy żałowałem, że nie wyjechałem z ekipą „Mechanika” na wycieczkę – w tym samym czasie zamiast rozpuszczać się jak kisiel na patelni – mogłem brodzić w śniegu polskich gór… W Rzadkowie kolejny punkt z wodą i pozostawało dotrwać do mety. Na nic więcej nie było mnie stać i naprawdę strasznie spokorniałem po tych przeżyciach. A dla kolegów, którzy byli w stanie pobiec dzisiaj poniżej 45 minut nabrałem wiele szacunku – wyprzedzili mnie Mirek Nowicki (półtora raza mnie przy podobnym wzroście), Krzysiek Pabich, Marcin Nowak (no tego to się nie spodziewałem…), Waldek Strógarek (sądząc po wyniku – też się chłop musiał męczyć), dawno nie widziany w takiej formie Władek „Forrest” Żylski, wspomniany już Jurek – o reszcie nie będę nawet pisał, to już nie moja półka… Po biegu szybko się zawinąłem – w tej konkurencji byłem zdecydowanie pierwszy, więc o tym co się działo w części podiumowo – gastronomicznej wiele powiedzieć nie zdołam. Ale musiało być nieźle sądząc ze zdjęć… Natomiast to obok jest bardzo mylące – patrząc na Idzika i Karola Skibę można by pomyśleć, że biegliśmy z uśmiechem na ustach. Ja znalazłem jedno swoje zdjęcie – nie nadaje się na reklamę biegania jako zdrowej formy ruchu, ze względu na wyciągnięty ozór, który może konkurować z tymi, których właściciele postanowili skończyć ze sobą na sznurku… Acha – jeszcze jedno – postanowiłem otworzyć kącik doradcy literackiego dla znajomych. Dzisiaj polecam dwie pozycje: „Widma” Łukasza Orbitowskiego i „Dziwną sprawę Skaczącego Jacka”(czytaj „Dżeka” nie „Jacka” – to nie jest autopromocja) Marka Hoddera – obie stanowią o klasę wyższą propozycję niźli bieganie w masakrycznym upale…
ps.: uwaga, uwaga - na trasy wraca WIELKA podopieczna coacha Jareckiego - Anna S.
ps.: chyba już nic nie odbierze nam wygranej na najlepszą szkolną stronę internetową - dzięki wielkie wszystkim zaangażowanym!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |