Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [55]  PRZYJAC. [139]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Zulus
Pamiętnik internetowy
Wynurzenia stajennego

Krzysztof Wojtecki
Urodzony: 1964-04-27
Miejsce zamieszkania: Wilków/Grójec
43 / 81


2010-08-25

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Heineken cz.III (czytano: 354 razy)



Ktoś mi mówi, że Dalia już od dziewiątej rozgrzewa się. Profesjonalistka. Ja dalej podle się czuje. Pozwalam sobie żartować, że wycofuje się z biegu ze względu na padający deszcz. Co gorsza, naprawdę mam ochotę to zrobić. Ale nie ma zmiłuj, start już niedaleko. Zamieniamy się spodenkami;-)) tak, tak starujemy w tych samych spodenkach, tyle, że ja mam od razu mokre, zabieramy kajdany i tym razem kłódki i idziemy na start. Znajdujemy Kucharskich, zaraz potem Dalię, która oczywiście wraca z……rozgrzewki. No to muszę i ja. Przeraża mnie perspektywa godzinnego brodzenia w wodzie po uszy, nie wiem, jak zachowa się mój żołądek w trakcie startu a wszak będziemy skuci łańcuchami!!! Lecę na rozgrzewkę, nie jest tragicznie, pojawia się iskierka nadziei. Ustawiamy się (po weryfikacji i wcześniejszym skuciu) na starcie. Rozmawiamy chwilę z Adminem (puszcza parę, że na przyszłoroczny start ma już coś extra) i wyławiają nas reporterzy TVN-u. To nie jest trudne. Choć nie jesteśmy jedynym mixem w kajdanach, to zdecydowanie wyróżniamy się w ciżbie uczestników gabarytami-, podczas gdy inni w większości stanowią typ marines skrzyżowane ze strongmanem, my razem nie ważymy 100-kilo. Krótki wywiad i ustawiamy się do startu. Gdzieś tak po środku stawki. Odliczanie i skok do wody. Od razu jest głęboko, ledwo sięgamy stopami do dna, więc trzeba płynąć (lub skakać). Płyniemy, prąd czy fala uderzenia masy biegaczy rozdziela nas na tyle na ile pozwala łańcuch. Od razu tracimy dystans – Dalia zmartwiona, ja się boję, co będzie po środku jeziora, tam gdzie w zeszłym roku tak znosiło. Na grobli udaje nam się wyprzedzać, w wodzie zmieniamy taktykę, Dalia podpływa, ja trzymam się trzcin. Szkoda, że nie skuliśmy się odwrotnie, tzn. ona prawą, j a lewą, a tak jesteśmy zaplątani we własny łańcuch. Środek jeziora okazuje się płytszy, daję radę iść, od czasu do czasu z holowując odpływającą partnerkę. Zaczyna się rów- tu o mijaniu nie ma mowy. Technicznie robimy to tak- ja skaczę, czekam na Dalię, wychodzę i próbuje ją wyciągnąć. Skutkuje to tym (dowiaduje się na mecie), że włóczę ją nogami po wystających korzeniach. Na szczęście często ktoś pomaga jej się wydostać – sam pewnie też bym to robił, mając przed sobą zgrabną damską dupkę, którą można akurat podsadzić i jeszcze spotkać się z wdzięcznością, a nie dostać po kufie.:)) Dzielna ta moja partnerka, rwie do przodu, bez jęknięcia, w dodatku oboje myślimy o nadrobieniu strat na leśnym odcinku, gdzie sporo się biegnie. A tu guzik, organizator wymyślił parę czaderskich przeszkód, niestety, cały leśny odcinek odciął, pozbawiając nas tym samym szansy rozwinięcia skrzydeł. Tym sposobem, praktycznie niezmęczeni, ale też niespełnieni zbliżamy się do mety. Przy porannej przeszkodzie wuwuzele Gaby, zostaje 200-300metrów a w zasięgu tylko jedna czy dwie pary do połknięcia. Oczywiście „łykamy” je, w końcu jesteśmy typowymi biegaczami. Teraz czas na ukłon w stronę publiczności, więc porywam Dalijkę na ręce i tak mijamy metę. Ciekaw jestem jak to się stało, że w oficjalnym komunikacie Dalia minęła ją dwie sekundy przede mną?!

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
kmajna
19:11
szopinho
19:10
bogaw
19:10
rezerwa
19:03
patryktherunner
18:52
maniek66
18:41
Wojciech
18:28
Falko
17:58
miro2511
17:57
maste
17:55
chris_cros
17:43
gpnowak
17:37
Piotr100
17:28
jacek83
17:25
cierpliwy
17:22
marco1
17:05
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |