2010-08-04
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Gieniusze-start (czytano: 389 razy)

Nocą mam koszmarne sny, jak i Klaudynka. Ranek budzi mnie dość rześki. Chcę zajrzeć do Mai, ale pozamykane. Przyjeżdżają ostatni zawodnicy- m.in. Patrycja. Z Mają jest wszystko w porządku, to spocenie, wynikło zapewne z tego, że w stajni jest gorąco i duszno, a ona do tego nie przyzwyczajona. Krótkie przygotowanie i na start. W klasie P nie startują wszyscy razem tylko parami. Klaudia z numerem 21 ma w parze Olgę z Championa na Saecie, w ostatniej chwili orgowie dokooptowują do nich … Patrycję!
Ruszyły, a my ruszamy na przepak, wróć! Na punkt serwisowy. Pierwsza na serwis przyjeżdża Olga, później jacyś chłopcy, znów ktoś i wreszcie są dziewczyny. Poję Majkę, a Klaudynka mówi, że Patrycja biega maratony, ba! dwukrotnie wygrała w Starej Miłosnej. Jestem w lekkim szoku. Pojechały. My też ruszamy na trzeci serwis (drugi wszyscy opuszczają, jest za blisko). Czekamy, przyjeżdżają pierwsze pary, w pewnej chwili odjeżdżają gdzieś serwisanci Patrycji, a za chwilę wpada organizator, mówi że Bereznowskiej coś się stało, muszą tam jechać. Jeśli z Patrycją coś się stało to i z Klaudynką coś mogło się stać, już dawno powinna być. Wreszcie pojawiają się razem. Bazalt przy wyprzedzaniu przez jakiegoś konia zrzucił Patrycję i musiała go gonić koło 4km i tu przydała się jej zaprawa biegowa. Odetchnęliśmy. Jedziemy na bramką ze świadomością że na tym odcinku będzie nieszczęsna rzeczka. Przygotowujemy się- woda do picia, polewania, sałatka jabłkowo - marchwiowa, elektroda od polara przede wszystkim i czekamy. Idą pieszo, obie razem, rzeczka zatem przebyta. Mierzymy tętno, jest OK. Patrycja z Bazaltem już na bramce, ale kierują ich do rekontroli. Wchodzimy tętno 60, reszta parametrów idealnie. Wieszają wyniki po pierwszej pętli (32km). Mimo, że Maja weszła na bramkę ostatnia w stawce , jest sklasyfikowana na 4-tym miejscu, przed drugą na mecie Olgą. Teraz odpoczynek regulaminowy i czas ruszać na drugą pętle. Właściwie jest to biegane wczoraj 13 i dodatkowo 7,7km z małym serwisem. Umilam sobie czas rozmową telefoniczną z Leną, moją pierwszą rzeźnicką partnerką. Klaudynka i Patrycja (jak i ich konie) w jak najlepszej komitywie pokonują kolejne kilometry i wydaja się, że dotrą spokojnie do mety, jak też co najważniejsze przejdą przegląd. I są. Maja ponownie ma wzorcowe parametry, podkowy też wytrzymały. Wprawdzie spadamy na piątą pozycję za Olgę, która wyprzedziła całą stawkę, ale debiut jest bardzo udany, a koń nie zajechany. Wszak czeka nas kilkugodzinny powrót. Dziewczyny umawiają się na wspólny start w Kuźnicy.
Jeszcze tylko gala, na szczęście tym razem pozwolono koniom zostać w boksach. Pakujemy się z powrotem. Jak Klaudynka wcześniej powiedziała start nie może obyć się bez strat i nie obywa. Kiedy ładujemy Maję do przyczepy ta gwałtownie rzuca się w tył, nie zdążam puścić uwiązu i ten parzy mi dłoń, jest cała w pęcherzykach i szczypie jak jasny gwint. W dodatku okazuje się że zgubiliśmy drąg zabezpieczający konia od tyłu, a bez niego się nie pojedzie. Szczęściem , ktoś go znalazł i powiesił na ogrodzeniu. Mimo bólu musimy jechać, stawiamy więc wiadro z wodą między siedzenia i tak jedną ręką prowadząc drugą trzymając w wiadrze wracamy. Oczywiście nie bez przerw, w końcu kobyła przebiegła ponad 50km po górkach i kamieniach i nawet najłagodniejsza jazda wyprowadza z równowagi. Wieczorem zmęczeni, ale usatysfakcjonowani lądujemy w domu. Nazajutrz pani doktor daje mi trzy dni zwolnienia, dlatego mogę sobie pozwolić na ten wpis.
Fotki dorzucę później.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |