2010-08-04
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Gieniusze cz. 2 (czytano: 458 razy)

Trochę jestem rozczarowany – spodziewałem się typowego rancha przeistoczonego z dawnego PGR-u, a tymczasem to kilka blaszanych hal, duży padok i pastwiska. Nieważne. Klaudynka, nasz kierownik wyprawy dokonuje zapisów. Parę osób (weterynarze, spiker), rozpoznaje ją mimo blisko 10-cio letniej przerwy w startach. Po zakończeniu trwających zawodów, umawiamy się na przegląd weterynaryjny. Maja wypada na nim bardzo dobrze i podoba się. Klaudia też jest przyjmowana z sympatią. W Endurance w tej chwili dominuje KJ Champion z Łodzi i każdy, kto może zamieszać w klasyfikacji jest mile widziany. Swoją drogą to był pierwszy klub Klaudynki. Ale najważniejsze jest:startuje Patrycja B. dziewczyna, która przegrała z Klaudynką w jej ostatnim starcie i na kilka lat z tego tytułu się obraziła. My wiemy, że startuje, ona nie, bo Klaudynka zmieniła wszak nazwisko i konia.
Po południu objeżdżamy punkty serwisowe, są tak usytuowane, że nie najeździmy się z Niki. W zasadzie dwa blisko siebie i bramka po pierwszej pętli.
Później ruszamy na trening. Oczywiście ja biegnę, Klaudynka jedzie za mną. Ruszamy z niemiłą niespodzianką – trasa jest usiana kamieniami, a jak wspomniałem podkowy Mai ledwo się trzymają. Wyliczenia robione na tempo 15km/h biorą w łeb – na tym odcinku nawet 13 jest nieosiągalne – biegnąc takim, muszę czekać na nie. W dodatku zaczyna grzmieć, więc decydujemy się pobiec pętle 13km. W pewnym momencie wbiegamy między zabudowania i teren zaczyna się obniżać dość gwałtownie i… JEST. TO, czego absolutnie nie miało być na tej trasie (przynajmniej Klaudynka tak myślała) – rzeczka.Woda to element, którego nie przerobiliśmy znając niechęć Mai do wchodzenia nawet w małe kałuże. No to pozamiatane- Maja opór, Klaudia wściekła. Przeskakuję (prawie dałem radę), zdejmuję buty, może ją jakoś przeprowadzę. Klaudynka ułamała gałązkę i pogania Maję- ta zdecydowała się skoczyć wprost na mnie. Dostaję kopytem w piętę, na szczęście noga wpadła w błoto, inaczej byłaby masssakra. Boli, ale robię dobrą minę do złej gry i udaję, że nic się nie stało. Zakładam buty i biegnę dalej. Początkowo boję się, że coś się stało ale na szczęcie rozbieguję ból. Łapie nas burza, Klaudynka ma serdecznie dosyć. Ostatnie 2 kilometry wracamy w ulewie. Najpierw trzeba zająć się koniem, później kolacją i noclegiem. Wrażenia i burza powodują, że padamy jak ścięci, robimy „Dzień dziecka” i brudni zalegamy w busie. Rejestruję jeszcze jak Klaudynka wraca ze stajni i mówi z rezygnacją, że ma „pojechane” bo klacz jest cała mokra, nie wiadomo czemu. Po powrocie ją wysuszyliśmy.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Zulus (2010-08-04,13:26): :-)Streszczałem się jak mogłem,ale weekend był pełen wrażeń.
|