2010-06-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| XXX Półmaraton Gochów, Bytów - 06 czerwca 2010 (czytano: 441 razy)

W niedzielę z rańca pojechaliśmy do Bytowa na połówkę, było tradycyjnie upalnie i masakrycznie gorąco, ale cóż, taką mamy powaloną pogodę w tym roku. Po cichu liczyłem, że trasa będzie w miarę OK i uda polecieć się jakiś przyzwoity wynik, jednak się lekko przeliczyłem :] Od samego początku było maskarycznie gorąco i jak w dodatku zobaczyłem górki i górzyska... wiedziałem, że będzie to walka o przetrwanie.
Impreza zorganizowana była bardzo sympatycznie, start i meta były na zamku, wbiegało się przez bramę i po czerwonym dywanie ;) Trasa oznakowana była co 1km, na ulicy namalowane były strzałki kierunkowe a trasę zabezpieczali całkiem całkiem dobrze strażacy i policjanci. Na punktach odżywczych była woda i jakiś izotonik, więc było ok. Gorzej z widowiskowością i malowniczością trasy. Bieg prowadził po osiedlach, więc nie było na czym oka zawiesić ;) w poprzednich latach było wg mnie ciekawiej.
Od startu ruszyliśmy od razu pod górę, jakieś 600m... a na horyzoncie ukazały się kolejne podbiegi... rewelacja. Szliśmy we trójkę, na początku z Romkiem Elwartem i Darkiem Guzowskim, i jeszcze jednym biegaczem. Po kilku km zostałem z Romkiem. Darek osłabł. Biegło się bardzo ciężko, upał i góry. Po za tym nie czułem się w pełni zdrowy, od czwartku mam jakąś infekcję górnych dróg oddechowych i jestem lekko osłabiony, no ale jak podjąłem walkę to trzeba było iść mocno. Pierwszą piątkę minęliśmy całkiem przyzwoicie, jak na te warunki bo w 18:07. Na 10-tym było 36:08, ale tu skończył się prąd... około 800m podbieg skutecznie mnie rozwalił i totalnie odciął prąd. Na 15km miałem już...55:56 i szczerze mówiąc dość wszystkiego dookoła :) Na 20km było 1:15:49 i pomimo człapiącego tempa nie było luzu. Na metę wbiegłem z czasem 1:19:30, 15 sekund za Arturem Pelo. Byłem 7 w generalce, ale żeby lepiej zobrazować sytuację na trasie to...
1. Tadeusz Zblewski 1:11:47
2. Bartosz Mazerski 1:15:21
3. Mikolai Anoshko 1:15:25
4. Marek Wojtas 1:15:32
...takie wyniki osiągnęła pierwsza czwórka...
Po biegu dochodziłem do siebie przez kilka godzin, byłem masakrycznie zmasakrowany i padnięty. Temperatura, góry i 5 startów w 5 tygodni (ponad 54km startowe) zrobiło swoje, bo gdzie tu trenować...
Teraz należy się odpoczynek i chwila roztrenowania, by zabrać się znów do roboty bo TYLKO SILNI PRZETRWAJĄ!
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Henryk W. (2010-06-07,14:38): Grażyna bezpośrednio po biegu mówiła siedząc na ławce pod drzewkiem-"nigdy więcej półmaratonu". A ja się tylko w duchu śmiałem, bo pamiętam jak kiedyś ległem pod drzewem na mecie Maratonu Warszawskiego i też mówiłem "nigdy więcej". To zniechęcenie szybko mija.:) Biegacze długodystansowi to twardziele niesamowici. tdrapella (2010-06-07,14:54): Co nas nie zabije to wzmocni :) Gulunek (2010-06-07,17:01): Masakra..... ja prawie umarłem ;-))) tarzi (2010-06-07,17:36): jak ja w Sobótce:) tyle że ja na 10km miałem 38:38 a na mecie 1:18:20 hehe fajne są polówki po górkach - szkoła przetrwania :) suchy (2010-06-08,07:56): Górki to pół biedy, ale ja w pewnym momencie nie miałem czym oddychać :/ myślałem że powietrze się skończyło :] BULEE (2010-06-08,11:53): I takie bieganie nazywasz Run 4 Fun? :P
A na poważnie: gratulacje!
|