2009-10-30
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Mój pierwszy raz... :) (czytano: 206 razy)

Hm… wypadałoby wreszcie zadebiutować jakoś w “kręgu literackim”… Mój pierwszy raz… pierwszy wpis na blogu… :) No tak, ale jak…?
Los bywa przewrotny… bywają dni, na podstawie których można napisać niezły scenariusz do filmu, ale nie ma czasu, ni innych możliwości… Potem następują chwile, kiedy nie wiadomo co z nim zrobić, jak spożytkować ten nadmiar, ale nie ma o czym skrobać, albo głowa cięższa od reszty ciała… :)
Jeszcze tydzień temu miałem jasno w główce, ale gdy przyleciałem z Hiszpanii, w odwiedziny, wszystko się pozmieniało… Odwykłem od Naszej tradycyjnej aury, zwłaszcza jesiennej… Każdego dnia powtarzam sobie… „spokojnie nóżki, jutro wreszcie pobiegamy”… i tak od niedzieli je oszukuję… Zerkanie przez okno odbiera ochotę…
A miało być tak pięknie… Przyleciałem wszak zaopatrzony w wielki bagaż optymizmu i dobrego nastroju, na co wpływ miały ostatnie wydarzenia, szczególnie mój debiut na dystansie półmaratońskim… Ale sukces w biegu to jedno, a szara polska jesień to drugie… tej słynnej złotej jeszcze nie zaobserwowałem. Powoli moje zasoby optymizmu pustoszeją, ale na rezerwach też można daleko zajechać… :) Aby jednak „debiut pisarski” nie wypadł całkiem ponuro, nawiążę może do ostatniego miłego wydarzenia w mojej młodej „karierze truchtacza”… :)
V Marato del Maditerrani – Castelldefels (Barcelona)… Debiut na dystansie 21,097 km.
Dnia 18 października 2009, na obiektach olimpijskich ”Barcelona 1992”, wystartowało ponad 3000 zawodników. Choć sama nazwa mówi wyłącznie o dystansie maratońskim, to jednak biegacze mieli do wyboru również dystanse krótsze, a mianowicie półmaratoński oraz 10 km. Na tym ostatnim wystartowało najwięcej, bo ponad 1500 osób. Nieco mniej (około tysiąca) zmierzyło się z trasą 21 km i ponad 400 wybiegło powalczyć ze swoimi słabościami na trasę maratonu.
Do tego dnia przygotowywałem się mentalnie od dłuższego czasu - fizycznie zresztą też :), bowiem miałem zamiar pobiec, przebiec i ukończyć swój pierwszy półmaraton. Oczywiście priorytetem było dobiegnięcie do mety, ale nienasycony umysł podkręcał bardziej „śrubkę”... chciał nie tylko dobiec, ale zrobić to w przyzwoitym czasie... Ze stoickim spokojem tłumiłem jednak jego zapędy i trzymałem się „planu A” :)
Na trasę wystartowali wszyscy jednocześnie wobec czego linię startu minąłem dopiero po przeszło minucie. Z tego też powodu, aż do ukończenia biegu przez „10-kilometrowców”, momentami był niezły ścisk. Dopiero po minięciu tego odcinka można było wreszcie poczuć przestrzeń i pełną swobodę ruchów… można było zacząć łapać wiatr w żagle :) Zatem zacząłem… dzięki czemu drugą część dystansu, a dokładnie 11 km przebiegłem niewiele wolniej niż pierwsze 10 km.
Sama trasa trochę mnie zaskoczyła… Znając ten nadmorski kurort, myślałem, że będzie wyłącznie płaska, a przez to łatwiejsza… okazała się jednak bardziej wymagająca i nie obyło się bez podbiegów… Wtedy pomyślałem sobie, że bardzo przydała się wycieczka biegowa po górkach, jaką zafundowałem sobie kilka dni wcześniej. Myślę że głównie dzięki temu szczęśliwie uniknąłem kryzysów, kontuzji (nie licząc tej drobnej, z którą wystartowałem) i na metę przybiegłem z wynikiem 1 godz. 41 min 38 sek. (netto)... Yuuupiii!!! :). Dało mi to 386 pozycję w gronie 858 zawodników, którzy dobiegli do mety półmaratonu.
Meta…! :) a potem nastała radość… wielka, wręcz dzika… :) Udało się bowiem przebiec ten dystans, jak również osiągnięty rezultat w pełni mnie satysfakcjonował. Teraz wiem, że „nie taki diabeł straszny…” półmaraton okazał się biegiem, który bardzo mnie zainteresował i już zacząłem się rozglądać za możliwościami ponownej konfrontacji z tym dystansem, w niedalekiej przyszłości. O dłuższych biegach na razie nie myślę. Na wszystko przyjdzie czas… na kolejne wpisy również... zwłaszcza że pierwsze lody zostały przełamane.
Życzę miłego dnia wszystkim, zwłaszcza tym, którzy podobnie jak ja od kilku dni takiego nie zaznały...
Na koniec specjalne pozdrowienia dla mojego "motywatora", bez którego jeszcze długo zwlekałbym z "zabawą" na blogu. Dzięki Wiesiu :)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora szlaku13 (2009-10-30,13:06): No tak, bez nacisków... ale ja już tak mam, że jeśli ktoś mi tylko jakiegoś pomysła zapoda to potem, ten pomysł, niczym kornik mózg mi drąży i nie daje spokoju dopóki nie podejmę się jego realizacji... :))) szlaku13 (2009-10-30,16:34): aż boję się dalszego rozwoju wydarzeń... :)
|