2009-09-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Prawie jak Haile Gebrselassie (czytano: 466 razy)

Była 7.15
Na parkingu jeszcze sennie, ale ilość przyjeżdżających samochodów zwiększała się z każdą chwilą.
Mirek był już myślami na trasie, ale nie zapomniał nas informować – z szerokim uśmiechem na ustach – że za chwilę idzie... trzeci raz.
Ja, wiedząc, że Gaba tego nie lubi, ale będąc zupełnie niezłośliwie złośliwym, nie zapominałem jej przypomnieć , że do startu zostało półtorej godziny.
Po wykonaniu pamiątkowej fotki przez Roberta, który uczył się robić zdjęcia Mirkową armatą, udaliśmy w kierunku tamowego namiotu.
Kiedy zobaczyliśmy Michała i Benka mocujących flagi, natychmiast ostrzegłem moich towarzyszy o grożącym nam niebezpieczeństwie.
Po powitaniu Admin spojrzał na nas wymownie i powiedział:
- Dobrze, że jesteście, pomożecie nam przy flagach i już po chwili zostaliśmy wciągnięci w wir katorżniczej pracy:)
Humory nam przy tym dopisywały, więc wybuchy śmiechu co rusz zwracały uwagę coraz liczniej gromadzących się maratończyków.
- Godzina i dziesięć minut – mówię do Gaby , będąc oczywiście cały czas niezłośliwie złośliwym.
- Po 10 km. – odpowiedziała Gabrysia.
Mirek znowu z uśmiechem na ustach poinformował nas bardzo dumny z siebie, że idzie...czwarty raz(!), i podążył w kierunku niebieskich domeczków, przed którymi zaczęły się już tworzyć pierwsze kolejki.
Pogadaliśmy jeszcze kilka minut i ruszyliśmy na obchód terenu, chcąc po drodze zabrać Mirasa.
Stanęliśmy więc pod „tojtojami” i zaczęliśmy wydzierać się (dobrze się przy tym bawiąc):
- Mirek, Mirek,Mirek
- Miiireeeek!!!! Ileż razy można.
- Mireeeek!!!! Już starczy.
- Mireeeek!!! Inni też by chcieli …. i jeszcze wiele tego typu głupot.
Po kilku minutach okrzyków zaniepokoiliśmy się na dobre, bo Mirek jak nie wychodził, tak nie wychodzi.
Stwierdziliśmy, że albo mu wstyd ( za nas), albo wpadł.
Po komisyjnym sprawdzeniu wszystkich drzwi okazało się ,ze Mirka nie ma.
Ruszyliśmy więc dalej.
- 45 minut – podpowiedziałem Gabie.
- Godzina i dziesięć minut – odpowiadała niezmiennie.
Chciałem jeszcze pogadać z naszą serwisantką Iwoną, ale albo nie przyszła, albo zginęła w tłumie.
- 20 miiinuuuut, Gabrysiu – zasyczałem słodziutko do jej ucha.
- Godzina dziesięć – odpowiadała niezrażona moją złośliwością.
W końcu 15 minut przed dziewiątą też wpadłem w amok przedstartowy i już nikogo nie zauważając zacząłem się rozgrzewać.
Dokładnie o 8.58 zacząłem szukać miejsca i po przeciśnięciu swego drobniutkiego i filigranowego ciałka przez wąziuteńką szczelinkę w ogrodzeniu :), stanąłem gdzieś w okolicy baloników z napisem 4.30.
Punktualnie o 9.00 wystartowali wózkarze a już po chwili, o 9.01 My - Maratończycy.
Każdy w innej formie, każdy z innymi planami czasowymi, każdy z innymi oczekiwaniami i nadziejami, ale w jednym, łączącym nas wszystkich celu: ukończyć maraton.
Moim celem było PRZEBIEC maraton a do tego przebiec go choćby ułamek sekundy poniżej czterech godzin. Gdzieś po cichu liczyłem nawet na 3.55, a nawet w porywach szaleństwa na 3.50......
Pierwsze półtorej minuty szaleńczego tempa do linii startu nie wytrąciły mnie z równowagi.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, od bramki startowej, marsz zamienił się w bieg.
Nie miałem jakiegoś ściśle określonego planu, ale tylko taki lekki zarys.
Chciałem biegnąć do 25 km po 5.35-5.40/ km a potem jak Bóg da przyspieszać.
W uszach ciągle miałem porady doświadczonych maratończyków a w szczególności MARYSI:
- „Pamiętaj! Zaczynaj wolno. WOLNO!!! Zaczniesz za szybko, to zapłacisz za to później. To nie jest jakaś dyszka, czy półmaraton. To jest MA-RA-TON!!!”
Postawiłem więc ,że choćby mury się waliły, to będę do 25 km trzymał tempo 5.35-5.40/km.
Pierwszy kilometr zrobiłem w 5.11 :)
- No kolego, zrób coś z tym – pomyślałem.
Drugi kilometr był już lepszy ,bo nabiegałem 5.28, a ponadto dogoniłem tamowych kolegów: Wiesia i Mariana.
Okazało ,że mają podobne plany do moich, a kiedy po przebiegnięciu następnych kilometrów, stwierdzili, że trzymam dobrze tempo, postanowili, że mam ich prowadzić (tak ich przynajmniej zrozumiałem).
Kilometr upływał za kilometrem na przesympatycznych rozmowach i żartach.
Gdzieś tak na wysokości ZOO dogoniliśmy dużą grupę biegnącą na 4.00.
Choć nie biegliśmy dużo szybciej i było dość szeroko, to zrobił się mały zator i zaczęło być ciasno.
Poinformowałem chłopaków, że skaczemy do przodu , bo źle się biegnie i...skoczyłem.
Po chwili oglądam się a tu ani Mariana, ani Wiesia.
No cóż, trzeba biegnąć dalej. Może mnie dogonią.
Przy wyprzedzeniu grupki na 4.00 wymieniliśmy pozdrowienia z Jurkiem, który też atakował dzisiaj "czwórkę".
Po minięciu tej grupy biegło się super.
Tempo cały czas 5.35 i już bez tłoku.
Po chwili dołączyli maruderzy i dalej biegliśmy znowu w trójkę.
Wspaniałą i miłą niespodziankę sprawili mi też pewni kibice mocno i głośno dopingując konkretnie moją osobę.
To moja pierwsza żona Krystyna, która dotarła na trasę razem z chrześniakiem Pawłem.
Wyściskałem kobietę z radości i ku uciesze innych kibiców.
W ferworze ściskania nie zauważyłem niestety mojego ukochanego synka, który miał nie przyjechać ,ale w ostatniej chwili się załapał.
Stał taki słodziutki, malutki i machał krzycząc:
- Tutuuusiu!!!............
Wzruszyłem się........
Ale nie był to dobry czas na wzruszenia. Przed nami było jeszcze ponad 30 km.
Wbiegliśmy na rynek, a tu...SZOK!!!
Miały być wiwatujące i porywające do walki tłumy a tu raptem kilka przechadzających się par i małe grupki kibiców.
Byłem lekko rozczarowany.
Ponadto na rynku miała być serwisantka Iwona.
Mało oczu nie wypatrzyłem.
No nie ma.
Coś się musiało stać.
Przebiegliśmy przez Plac Solny a Iwony nie ma...
Ubiegliśmy jeszcze spory kawałek i kiedy pogodziłem się ,że serwisantki naszej kochanej już nie zobaczę, nagle, w oddali ujrzałem upragniony niebieski szal, wesoło powiewający na wietrze ( a może raczej na szyi?)
-IWOOOONAAAAA!!! ( po co ja tyle ryczę jak biegam?)
Tak, to była ona... Iwona ...czekała...nie zawiodła...
Wiesia co rusz korciło aby przyspieszać. Jakaś siła ciągnęła go do przodu i co kilkaset metrów musiałem Go upominać głosem Mądrali ( tego od Smerfów):
- "Wiesiu, przecież Marysia mówiła...."itp,itd.
Jak puściłem Wiecha do przodu od razu robiło się 5.20/km.
Na półmetku wszystko szło dobrze i równo ( 5.35) a po 25 km pozwoliłem sobie na 5.20-5.30/km.
Poinformowałem wcześniej współtowarzyszy, że od 31 km przyspieszam, bo jak nie sprawdzę ,czy jestem w stanie biegnąć w szybszym tempie to...nigdy się nie dowiem. Najwyżej nie dam rady.
Zaczął zastawać Marian.
Biegliśmy więc z Wieśkiem, choć nie było to proste.
Rwał się chłop do przodu nieustannie.
Na szczęście skutkowało:
- "Pamiętaj! Marysia mówiła, że..." :)
Wyprzedzaliśmy coraz więcej zawodników, coraz więcej zmęczonych zawodników, co utwierdzało nas ,że taktyka jest dobra.
Nadszedł 31 km.
Mówię do Wiesia:
- "No to co, przyspieszam. Teraz albo nigdy"
Ruszam i „dorykuję” jeszcze:
- "Jak mi się nie uda ,to świeczkę mi chociaż zapal" – ale nie wiem czy mnie usłyszał.
Do 32 dobiegłem w 5.05,ale ciągle przyspieszałem .Zacząłem doganiać czarnoskórych. Przegoniłem ich. To nic ,że to byli spacerowicze-turyści, ale zawsze to czarnoskórzy :)
Do 33 – 4.49
Do 34 – 4.45
Do 35 – 4.40 – i zaczyna mnie coraz mocniej boleć lewy piszczel
Do 36 – 4.40
Do 37 – 4.48
Do 38 – 4.43
Do 39 – 4.43.
To było niesamowite uczucie.
To było... wspaniałe... piękne... Rewelacyjne.
Mijałem zmęczonych już mocno zawodników.
Wydawało mi się ,że oni stoją w miejscu a ja frunę w powietrzu.
Przez te kilka kilometrów wydawało mi się , że jestem jakimś mistrzem Europy... Świata...i Olimpijskim w jednym, że jestem... PRAWIE JAK ... Haile Gebrselassie:)
Ktoś krzyknął:
- "A ten skąd się urwał"
To dodało mi jeszcze więcej sił.
Biegło mi się lekko i wspaniale......
Euforia minęła między 39 a 40 km.
Poczułem ,że jednak mogę w tym tempie nie dociągnąć do mety.
Szybka analiza
- "Jeszcze 3 km....przecież doświadczeni zawodnicy ostrzegali, że na maratonie można stanąć znienacka i.. po biegu...."
Przestraszyłem się tego.
Zwolniłem.
Do 40 dobiegłem w 5.12.
Do 41 w 5.20.
- No! To teraz ,to ja nawet na rzęsach dojdę – i znowu zwiększyłem tempo.
Do 42 dobiegłem w 4.40…
A potem....
Potem już znowu EUFORIA……
Ostatnie 195 merów już nie przyspieszałem. Zostawiłem je sobie na radość. Tak machałem łapami, że o mało równowagi nie straciłem.
Z zaciśniętymi w geście tryumfu pięściami wpadłem na metę, aby już po chwili paść na miękkiej wykładzinie i w tradycyjnym już geście całować gościnną i tak dla mnie szczęśliwą wrocławską ziemię.
Czas 3.46.18 przerósł moje oczekiwania.
Co było dalej nie będę już opisywał, bo tak mnie ta pisanina zmęczyła, że nóg nie czuję.
Dodam tylko – aby nie było zbyt pięknie -, że noga spuchła i boli okropnie.
Ale nie żałuję.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Grażyna W. (2009-09-15,17:19): Radku, Ty to jesteś gość, wciąż się dobrze bawisz, nawet na maratonie :) a ja byłam dość spięta, bo bałam się, ze nie ukończę, że stanie się cos, co mi na to nie pozwoli. Na szczęście wszystko się udało, czas może kiepski, ale na osobę nie trenującą a tylko startującą, to wcale niezły, hehehe. Pozdrawiam serdecznie !!! Kedar Letre (2009-09-15,17:23): Grażynko, ja też się bałem,że stanie się coś niespodziewanego i nie skończę.Dopiero na 195 m przed końcem zacząłem się cieszyć. golon (2009-09-15,18:09): świetnie , gratki Radziu wyniku !! super wpis , dobrze poleciałeś - ciesze się razem z Tobą ! :-) Marysieńka (2009-09-15,19:23): Napiszę to co Ty sam często mi pisujesz....RADKU...JESTEŚ WIELKI!!!!! Raz jeszcze gratuluję..i cieszę się, że chociaż ktoś z moich rad skorzystał:)) elpaya (2009-09-15,20:00): Radek! Masz talent, i maratoński i pisarski ;)) shadoke (2009-09-15,20:56): Jestem pod wrażeniem! I wiem, że nie powiedziałeś ostatniego słowa! Gratuluje!! P.S. Zapomniałeś dodać, że dziewczyna w niebieskim szaliczku była też na 30-tym km;) Kedar Letre (2009-09-15,21:56): Z Twoich rad Marysiu, zawsze. Kedar Letre (2009-09-15,22:00): A jak sobie kupię gitarrę, to napiszę piosenkę pt."Kobieta w niebieskim szaliku" i tam już nie zapomnę o 30 km :) Kedar Letre (2009-09-15,22:01): No nie wiem Paweł. Biegłem krócej niż pisałem ;) dario_7 (2009-09-16,10:57): Radek, czytając Twoje teksty czuję się jakbym oglądał film z tego maratonu, potrafisz zadziałać słowami na wyobraźnię!!! Gratuluję raz jeszcze świetnego czasu! Po tym co napisałeś widzę jeszcze ogromne rezerwy u Ciebie i wiem, że bardzo krótko będziesz się cieszył tą życiówką... bo będą następne! :))))
Kedar Letre (2009-09-16,12:21): Darek,rezerwę to ja mam ,ale wieczną w samochodzie:))Dzięki za miłe słowa i obiecuję, że będę się starał mamusiajakubaijasia (2009-09-16,14:52): Kilka uzupełnień: Po pierwsze To nie było "godzina dziesięć", tylko "godzina dziewięć". po drugie pod niebieskim domkiem skandowaliśmy przeraźliwym rykiem MI-REK DASZ RA-DĘ, a brat Mirka dzielnie nam w rykach towarzyszył. I rzeczywiście poważnie obawialiśmy się, że Mirek wpadł do dziury...jest taki chudziutki przecież... Po trzecie Istnieje już piosenka o "Dziewczynie w niebieskim szaliku". A Po czwarte bardzo, bardzo Ci, Radeczku, dziękuję:) Za to, co przed, i za to co po maratonie. Za to, że mimo bolącej piszczeli po mnie wyszedłeś, za to, że dodawałeś ducha, za to wszystko co składa się na zjawisko pt. Radek Ertel..............Ty wiesz co:) Kedar Letre (2009-09-17,10:11): To nic wielkiego, Gabrysiu. Sprawia mi to po prostu ogromną przyjemność i cieszę się ,że Tobie ( chyba) też :) jacdzi (2009-09-21,20:20): Radek, jestes WIELKI, bardzo WIELKI. Chcialbym kiedys miec dokladnie taki sam bieg.
|