Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [22]  PRZYJAC. [146]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Kedar Letre
Pamiętnik internetowy
Nie tylko o bieganiu.

RADOSŁAW Ertel
Urodzony: 1968----
Miejsce zamieszkania: Środek lasu(k.Kępna)
46 / 81


2009-07-08

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Czysta przyjemność! (czytano: 341 razy)

 

Deszcz lał nieustannie.
Były co prawda małe przerwy kiedy nie padało…..i wtedy po prostu lało!!!
Minuta po minucie ,godzina po godzinie, lało się z nieba nieprzerwanym strumieniem.......

Nie jest to opis pory monsunowej w Indiach.
Tak było podczas XVI Mistrzostw Europy Leśników w BnO.

Z powodów rodzinnych wyjechaliśmy dopiero we wtorek po pracy.
Na szczęście zawody miały być rozgrywane w czeskich Zlatych Horach, więc te dzielące nas 150km pokonaliśmy szybko i sprawnie.

Po zakwaterowaniu się w pensjonacie postanowiliśmy wyruszyć jeszcze na tzw. trening.
Pomimo padającego rzęsiście deszczu wykupiliśmy - za pół euro – mapy i ruszyliśmy na trasę treningową.

Lało się za kołnierz nieprzyjemnie ,ale z terenem trzeba się było zapoznać..
Chmury wisiały bardzo nisko, a niektóre zahaczały nawet o piękne, wysmukłe świerki przykrywając je niemal do połowy.
Była godz. 18.30 a na dworze niemal ciemno.

Po wejściu do gęstego lasu okazało się ,że bez czołówki ,to się za długo nie pobawimy, a o szczegółach widocznych w terenie można było zapomnieć.
Wybraliśmy kilka punktów najbardziej widocznych w zapadających ciemnościach.
Dojście do ostatniego z wybranych punktów wybiła nam z głowy nadchodząca burza.
Krysia, która była ubrana w przemakający bardzo sprawnie , zielony i nieprzemakalny płaszcz przeciwdeszczowy, była już niemal niewidoczna z kilku metrów.
Tylko biała mapa trzymana przez nią w ręku, wskazywał mi miejsce ,w którym się znajduje..
Burza wprawdzie przeszła bokiem, ale byliśmy już porządnie przemoczeni, wiec wróciliśmy do pensjonatu.

Muszę w tym miejscu dodać, że mieszkaliśmy po stronie polskiej, gdyż naszym czeskim kolegom coś się z nadmiaru deszczu w głowach odmoczyło, i zapodali takie ceny, o których nawet tu wspominać nie warto.

A deszcz siąpił i siąpił......, ( że zacytuję pewnego znanego sprawozdawcę sportowego) z tym ,że słowo siąpił należało by zastąpić słowem „lał”.

Była taka wilgoć w powietrzu, że suche rzeczy w naszych pokojach zrobiły się takie ………nieprzyjemne w dotyku i niemal oślizłe…bleeee.

W środę rano obudził nas.......deszcz.

Widok za oknem był taki jak pamiętam z czasów ,kiedy to mieszkałem sobie w Dusznikach Zdroju. Schowane w chmurach czubki drzew, , wilgoć, ale.....PIĘKNIE.
I ta obłędna zieleń.
Pamiętam, że jak zaczynało padać ,to potrafiło tak przez tydzień, i między innymi dlatego moi Rodzice się stamtąd wyprowadzili.

A deszcz siąpił i siąpił.....

Na śniadaniu było bardzo wesoło i gwarno( w pensjonacie było nas ok. 10 zawodników wraz z rodzinami). Humory, pomimo padającego deszczu wszystkim dopisywały.
Co chwilę udawało mi się nabierać ludzi na tekst:
- „PRZEJAŚNIA SIĘ!!!” – i gdy wszyscy z nadzieją patrzyli w niebo dodawałem;
- „Od piorunów”.

Po śniadaniu pakowanie.
Na początek NAJWAŻNIESZE RZECZY:
- chip
- kompas
- numer.
Bez nich bieg byłby niemożliwy.
Kiedy już wsiadałem do samochodu, ujrzałem na palcu kolegi chipa i……….nagle w mózgu pojawia się jakaś bliżej nieokreślona iskierka niepokoju i……..następuje wybuch olśnienia…………zapomniałem zabrać ….chipa i kompasu ( „noł koment”).
Wśród śmiechów , „złośliwych” i kąśliwych komentarzy kolegów wróciłem po nie biegusiem do pokoju.

A deszcz siąpił i siąpił.

Mieliśmy z Krysią 47 i 61 minutę startową, więc czasu było dużo.
Tylko co tu robić w taką pogodę?!.
Pogapiliśmy się więc w niebo, ale już bez nadziei , że się przejaśni, przebraliśmy się w ciuchy biegowe i udaliśmy się do autobusu podwożącego zawodników na oddalone o 2 km miejsce startu.
Było tam małe schronisko turystyczne więc w oczekiwaniu na swoją kolej - i mając na uwadze nazwę tej budowli - …..schroniliśmy się w nim.
Jeszcze tylko krótka rozgrzewka i na start czas się było udać.

A deszcz siąpił i siąpił.....( czyt. LAŁ!!!)

Byłem ubrany w krótkie spodenki i krótki rękaw, więc pierwszy kontakt rozgrzanego ciała z deszczem nie był miły.
Już po chwili było dobrze i…wszystko jedno.
Śmiesznie to wyglądało, jak przemoczeni do suchej nitki zawodnicy próbują na początku omijać kałuże, by już po chwili nie zwracać na nie żadnej uwagi.
Kapitalnie i niesamowicie wyglądała następująca scenka:

Do namiotu startowego podeszli dwaj zawodnicy: Norweżka i Węgier.
Sędziowie ich zrejestrowali , oni sami „wyczyścili” swoje chipy i oczekiwali na wejście do boksów startowych.
Nagle , jeden z sędziów zauważywszy, że namiot niebezpiecznie się wydął od nadmiaru wody ( czy wspominałem już ,że padało?!) , podszedł i wypchnął ją na zewnątrz ,prosto na.......głowy i plecy stojących tam ludzi.
Były to około 2 wiadra(!) wody. Ktoś się spyta co w tym kapitalnego i niesamowitego?!
Otóż ci zawodnicy nawet nie drgnęli. Nie wykonali najmniejszego ruchu, nie wzdrygnęli się , nie otrząsnęli a na ich twarzach nie pojawił się żaden grymas.
Stali tak po prostu jakby nic się nie stało, jakby nikt przed chwilą nie wylał im 2 wiader wody na głowę, jakby to była normalka.

W końcu przyszła moja kolej i kompletnie mokry ustawiłem się na starcie.

A deszcz siąpił i siąpił.....

Nareszcie start.
Biorę mapę .
Teraz mam 1 minutę na jej analizę.
Jeszcze ostatnie pik, pik, pik, piiiik i gnam przed siebie z trudem wyrywając z błota zapadające się po kostki nogi.
Jest to bieg parkowy ,ale z parkiem to on ma tyle wspólnego co….moja żona z piłką nożną.
Wszędzie doły, skały, zbocza, dziury, wykroty, głębokie strumienie, rowy, błoto.
Jednym słowem - REWELKA!!!!
Mam do znalezienia 19 punktów na dystansie 3.5 km w linii prostej .
Od pierwszego punktu idzie mi nad wyraz dobrze, ale nie myślę zupełnie o wyniku tylko maksymalnie skupiam się nad pracą z mapą i kompasem. W końcu to sprint.
Mapa jest formatu A3,więc trudno się ją składa.
Przy 5 jest już tak wydeptane ,że zapadam się w błocie na 20-30 cm.
Deszcz nie przeszkadza wcale
A lało coraz mocniej.
Szukam 7.
Biegnę po skraju gęstwiny ( na mapie oznaczonej na ciemno-zielono) i wypatruję charakterystycznego drzewa, pod który ma się znajdować punkt.
JEEEEST!!!
Co prawda to jakiś rachityczny dąb, ale coś tam pod nim stoi.
Podbiegam i przed włożeniem chipa sprawdzam jeszcze, czy to mój numer.
Miał być 48.
Sprawdzam….Jasny gwint, to nie mój. To 46
Szybka analiza.
Przecież na pewno jestem w tym miejscu.
Jeszcze raz sprawdzam mapę i numer.
Na mapie 46 a na stojaku......też 46.....czyli mój.
Nieźle się zamieszałem, ale na szczęście nie straciłem zbyt dużo czasu.
Biegnę dalej.
Kompas, mapa, mapa, teren, kompas , mapa, teren , mapa, kompas..........i tak w kółko , a tu trzeba jeszcze biec i uważać na skały ,doły i inne niebezpieczeństwa.
Na 9 dobiegam kilka sekund przed Norweżką, ale chwilkę czekam i z uśmiechem mówię nienaganną i płynną angielszczyzną:
- „Please”
Kobieta jest mocno zdziwiona. Jej twarz wydawała się mówić – „dlaczego czekasz, to są przecież zawody?”, ale kasuje i odwzajemnia się uśmiechem .Co prawda nie władała tak doskonale językiem angielskim jak ja, ale dało się zrozumieć, że powiedziała:
- "Thanks"

Z 11 na 12 popełniam DUŻY błąd.
Znosi mnie na prawo i.......zgubiłem się.

Muszę się teraz jak najszybciej do czegoś się nawiązać.
Teren wokół mnie jednolity, wiec aby nie popaść w jeszcze gorsze tarapaty muszę przejść przez rwący strumień ,aby skonfrontować mapę z terenem i na 100% ustalić gdzie jestem.
Mogłem co prawda nie przeprawiać się na drugi brzeg, ale z doświadczenia wiem, że szukanie po omacku nie popłaca.
Ruszam wiec stromym zboczem do rwącego potoku.
Prąd jest silny, woda powyżej kolan, (czasami zahacza o.......ale dziecko już mam więc idę dalej), dno nierówne, ale jakoś bez większych problemów przeprawiam się na drugą stronę.
Mijam gęste zarośla i wychodzę na szeroką polanę.
Szybko ustalam gdzie jestem.
Po lewej stronie widzę drzewo, które znajduje się na mapie .
Od niego postanawiam namierzyć się na moją 12.
Ustawiam kompas, obieram kierunek i dawaj z powrotem przez strumień.
Znowu udało się go pokonać bez przygód.
Wyłażę na drugi brzeg i biegną w stronę 12.
- Jesteś wredna małpo – mówię z uśmiechniętą od ucha do ucha gębą i podbiegam do stojaka.
Zgadza się.
Kasuję i.......dawaj z powrotem przez strumień.
Następny punkt jest prosty.
Niestety przeprawa nie.
Tym razem wszedłem do wody w innym miejscu .
Woda była płytsza ,ale.....szybsza.
Ścięło mnie z nóg.
W ułamku sekundy łapie się rękami jakiejś skałki .
Znajduję się w pozycji leżąco – walcząco- brzusznej ,wiec woda zalewa mnie całego.
Boże ,jaka ta woda zimna.
Podciągam się w końcu i wydostaję z wody.
Jakimś cudem nie zgubiłem mapy i chipa i z tego powodu jestem szczęśliwy i.......biegnę dalej.
Pozostało jeszcze 7 punktów, które są już umieszczone na terenie dużego ośrodka wypoczynkowego.
Znajduję je bez problemów .
Postanawiam zawalczyć jeszcze od tzw. „100” do mety, czyli na odcinku oznaczonym już do samej mety taśmami. W tym wypadku było to ok. 150 m.
Na wydruku można później sprawdzić, jaki się miało czasy między poszczególnymi punktami, ile było straty do najlepszego, itp.
Walka się opłacała, bo wraz z dwoma innymi zawodnikami miałem z „100” najlepszy czas:)
Miałem jeszcze swoje małe zwycięstwo ,ponieważ na 6 też wygrałem :)

Szkoda mi tego błędu na 12.
Straciłem na nim prawie 4 minuty.
Do zwycięzcy straciłem 8 min.9sek.......
Gdyby nie to, była szansa na miejsce w pierwszej 5......................

Gdyby, gdyby, gdyby......

Trzeba się było po prostu nie zgubić......:)

Bieg na orientację to taka dyscyplina,w której wygrywa ten co popełni najmniej błędów.
Zdaję sobie z tego doskonale sprawę, ale, co.......pomarudzić , ponarzekać, pomarzyć, poanalizować sobie nie można ?!:)

Jestem BARDZO zadowolony z tego biegu.
Zająłem 14 miejsce na 24 startujących z czasem 36min33sek..
Jeszcze nigdy nie straciłem tak mało do zwycięzcy ( a wygrał nie byle kto ,bo… mistrz świata Ville Vinkel z Estonii)…..

A deszcz siąpił i siąpił….

Spakowaliśmy się szybko do samochodu i udaliśmy się negocjować z właścicielem pensjonatu, aby włączył ogrzewanie
Przecież jutro bieg główny

< Na zdjęciu dość liczna reprezentacja Polski w ....deszczu ( czy wspominałem już ,że padało?)

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


dario_7 (2009-07-09,20:43): Radek, Ty kawalarzu!!! Prawie mam mokro w gaciach i pod oczami od tego... deszczu :D Takem się obśmiał... :D Muszę koniecznie nauczyć się tego BnO, bo widzę, że to niezła frajda! :)))))) CONGRATULATIONS!!!
Kedar Letre (2009-07-10,08:04): Darek! Naprawdę warto spróbować. To świetny sport i zabawa w jednym. Podczas biegów ulicznych ,co prawda też się możesz wyłączyć z otoczenia i biec tylko Ty i Twoje myśli,ale w tłumie ludzi jest to dość trudne.Podczas BnO wbiegasz do lasu i....jesteś zupełnie sam, zdany tylko na siebie....Gorąco Ci ten sport polecam!!!







 Ostatnio zalogowani
Andrea
00:07
Yazomb
23:36
radosc
23:19
rogul
23:00
stawmar
22:39
jacek50
22:26
Hari
21:58
benfika
21:46
soniksoniks
21:43
janusz9876543213
21:25
Raffaello conti
21:04
szyper
20:52
bogaw
20:44
Tomasz 77
20:25
jarek1909
20:23
kmajna
20:14
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |