2009-06-19
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Częstochowska "masakra" - powrót (czytano: 301 razy)

W niedzielę budzę się z „zakwaszonymi” mię¶niami nóg, bol± mnie uda i łydki, dystans i szarża Arka zebrały swoje żniwo. Nie wspominam o tyłku, bo ten jest w opłakanym stanie.
O 7.20 idziemy na ¶niadanie, niestety w przyklasztornym barze wybór jak na dworcu PKP 25 lat temu. Zjadam flaki i serek wiejski, za mało jak na czekaj±cy nas dystans, jednak o tej porze dnia mój organizm nie potrafi wchłon±ć więcej pokarmu, no może za wyj±tkiem spaghetti którego niestety nie serwuj±. Kolejna lekcja, było zabrać z sob± sałatkę makaronow±, zrobion± z 0,5 kg makaronu, starczyło by na posiłek po przyjeĽdzie i na ¶niadanko. O 9.00 ruszamy w 9 osobowym składzie. Pierwszy przystanek ponownie w Kępnie po 110 km. Od pierwszego kilometra jedzie mi się bardzo ciężko, zakwaszone nogi, zmasakrowany tyłek i aby było weselej jedziemy cały czas pod wiatr, momentami bardzo silny. Na 80 kilometrze robię się bardzo głodny, Artur ratuje mnie bananem, odliczam kilometry na utęskniony obiad w McDonaldzie, drugim powodem chęci dojazdu do Kępna jest odpoczynek, którego domaga się mój organizm. Jazda pod wiatr mnie powoli dobija. Normalnie nikt z nas nie jada w McDonaldzie, ale w czasie wycieczki na Jasn± Górę o dziwo stało się to tradycj±. W Kępnie zamawiam tortille, nuggetsy z kurczaka, colę i kawę. Tortilla mi smakuje. ale te kawałki kurczaka w cie¶cie s± wstrętne. Ruszamy, na ¶wiatłach Arek zrywa łańcuch, zatrzymujemy się i wzywamy samochód „serwisowy” który jest przed nami.
Jako, że tempo dyktowane przez grupę jest zabójcze dla moich nóg, postanawiam, nie czekaj±c na usunięcie awarii łańcucha, ruszyć samotnie swoim tempem. Jadę tempem około 27 km/h. Po godzinie grupa mnie dogania, jedziemy razem. Jest coraz gorzej, wkładam ogromny wysiłek aby utrzymać tempo grupy. Informuję kolegów, że gdybym strzelił nie maj± czekać na mnie, dojadę samotnie do Kobylina, proszę jednak aby tam czekał na mnie samochód. Na 150 kilometrze odpuszczam, zostawiam grupę, jadę już zdany tylko na własne siły. W Kobylinie decyduję, że nie ma kompletnie sensu mordować się jeszcze 2 godziny, pakuję rower oraz siebie do samochodu kończ±c etap na 199 km. Po powrocie do domu czuję się zajechany, wycieńczony i skatowany. Czy jeszcze kiedykolwiek pojadę do Częstochowy, na dzień dzisiejszy NIE NIE NIE, ale znaj±c siebie pewnie za jaki¶ czas zmienię zdanie. Czy taka wyprawa ma co¶ wspólnego z rozs±dnym treningiem. Na pewno nie ma. Gdybym to porównał do biegania to tak jakby na treningu przebiec 60-70 km i na drugi dzień chcieć taki trening powtórzyć, przecież tak nikt nie biega.
Poniedziałek
Nadal jestem wycieńczony, nie daje rady prosperować w pracy, muszę się zwolnić i i¶ć wypoczywać.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora AgaR. (2009-06-19,12:40): NieĽle się zmasakrowałe¶ Marku. Twardziel z Ciebie, normalnie we krwi to chyba masz Finish Line-a hehe :)) Ale z jedzeniem, a raczej "bylecojedzeniem" to dałe¶ ciała...
|