2009-06-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Nigdy niegasnące rudawskie ognisko. (czytano: 307 razy)

UWAGA!!! To jest bardzo długi(trzyczęściowy) wpis, (dla wielu) z wieloma nieistotnymi, mało znaczącymi szczegółami i informacjami.
Zaleca się ,aby czytali go tylko ludzie o mocnych nerwach i anielskiej cierpliwości.
Co prawda, te nieistotne i mało znaczące szczegóły - dla mnie – miały bardzo duże znaczenie , bo tam byłem, miód i wino piłem i po prostu.....tak to widziałem i czułem.
Akcja „Rudawa” rozpoczęta.
Planujemy wyjechać ok.10.00 i zgodnie z planem wyjeżdżamy o…..12.45.
Trasa do Rudawy przeszła spokojnie i ok.17.00 meldujemy się na przy scenie.
Jeszcze nie zakołowaliśmy dobrze na parking , a już widzimy znajomą i uśmiechniętą buzię.
Jak powiedział pewien wielki filozof : „ Wszystkie Jacki to fajne chłopaki”....i już za chwilkę witamy się z Jackiem.
Widać już pierwszych zawodników.
Mówimy grzecznie: „Dzień Dobry” i ruszamy do biura.
A w drzwiach biura stoi kto????...........GABAAAAAA!!!!!!...........RADEEEEEK!!!!!!.........
Panie w biurze podskakują na swoich krzesłach na ten rozdzierający okrzyk.
Ściskamy się ,witamy a tu już następni znajomi pchają się z łapami do powitania:)
Teraz udajemy się na pole namiotowe celem zakwaterowania.
Kiedy Jacuś zobaczył namioty był bardzo zadowolony, ale jak się dowiedział, że będzie w nim dzisiaj spał, jego szczęście wymalowane na umorusanej już twarzy było bezgraniczne.
Dostajemy łóżka polowe, po sztuce na głowę ,wstawiamy je do namiotu i idziemy z Gabą do Gaby.
Ledwo ruszyliśmy a tu już klakson samochodu.
To Leśny proponuje nam podwózkę swoją taksówką. Pomimo zapewnień, że nie włączy taksometru, nie dajemy się zwieść cwaniaczkowi i naciągaczowi :), i z propozycji nie korzystamy.
Kolejne metry pokonujemy napotykając co rusz na "przeszkody". Kolejną był Kowal, który znienacka zaatakował nas od tyłu swoim autkiem.
Jako, że Darek jechał też do Gaby, tym razem daliśmy się namówić ( musiał nas błagać na kolanach i obiecać ,ze nam za ten kurs opłaci wpisowe) i wsiedliśmy do samochodu
Już po chwili naszym oczom ukazuje się rozbawiona grupka.
To Dalija ,Mirek i Jurek wracający z jakimś gigantycznym ,młyńskim kołem w rękach, które okazało się pizzą.
Następuje szybkie, aczkolwiek serdeczne powitanie i już po chwili wyładowany po brzegi samochód toczy się dalej.
Gaba, Jurek i ja będąc pełnymi obaw czy samochód przetrwa tę podróż, idziemy pieszo.
Po kilku minutkach docieramy do domu Gaby i zaczyna się pochłanianie ton ciasta, które nasza kochana Gabrysia przygotowała na okoliczność spotkania.
Gadamy więc i jemy. Jemy i gadamy.
Już sam nie wiem od czego bardziej boli mnie gęba.
Jacuś integruje się z synami Gaby i Piotrka ,ale najbardziej z Jerzykiem .
Podchodzi do mnie i bardzo niewyraźnie mówi mi do ucha:
- „Tatusiuuuuu, ale ja bardzo lubię tych chłopców”
- „ To świetnie” - odpowiadam zadowolony ,bo tak zaczął ,że obawiałem się ,że powie coś przeciwnego.
- „Ale tatuuuusiuuu. Jerzyka to najbardziej lubię.”
I tak jeszcze kilka podejść było. Chłopak bardzo przeżywał to spotkanie.
W końcu nadszedł czas aby udać się na ognisko.
Pakujemy placuszki, ciasta i inne wypieki i podążamy na pole namiotowe.
Tu spotkań ciąg dalszy. Aż trudno jest wszystkich wymienić.
Kaziu!!!. No ten to jest wszędzie. Opędzić się od niego nie idzie :)
Witamy się i witamy z kolejnymi znajomymi.
Nareszcie mogę się poznać w „realu” i przywitać na tzw. micha z Iwoną i Jaśkiem.
Poznaję zresztą mnóstwo "nowych" przesympatycznych ludzi.
Ognicho się rozpoczęło.
Co rusz ktoś podchodzi i częstuje jakimś supertajnym specyfikiem, który jutro na trasie ma dać pewny medal.
Jeden smaczniejszy od drugiego, więc degustowaliśmy z ogromną przyjemnością.
Koledzy informowali:
- "To czterdziesteczka"
- " Ta ma coś koło pięćdziesięciu"
To chyba miało oznaczać ,że po wypiciu np. takiej "czterdziesteczki" , będziesz mógł biec na 40 % swoich możliwości a wynik osiągniesz lepszy od życiówki.
- Cholerka – pomyślałem- Już tyle tych wspomagaczy wypiłem, że jutro rekord trasy jest poważnie zagrożony.
Gaba z Leśnym zaczynają grać na gitarach. Wołają mnie do grona ,ale ja jestem bardzo zajęty.
Muszę coś zjeść. Jak zaraz czegoś nie zjem ,to będzie niedobrze.
Trudno mi było jednak to zrealizować. Co usmażyłem kiełbaskę, to ktoś mi ją sprzątnął. A to żoneczka, a to syneczek.
Po raz pierwszy w życiu minęło tak dużo czasu od nabicia kiełbachy na patyk, do momentu kiedy ją skonsumowałem. Trwało to dokładnie 1godz. i 10 min( lubię dobrze wysmażone).
A Gaba mówiła, że ja się od grania migam.
Nie! Ja po prostu chciałem coś zjeść.
Krysia chciała upiec placek z truskawkami, ale niestety nie starczyło czasu i przywieźliśmy tylko gar truskawek.
Gar ten będzie mi się kojarzył jeszcze długo z truskawkową pożeraczką - Shadoke.
Zainteresowała się garnuszkiem i zaczęła wszystkich częstować.
Na pytanie, dlaczego męczy się z tym ciężkim przecież garem, obnosząc go wokół ogniska, odparła:
- "Niech się po jednej poczęstują, żeby potem pretensji nie mieli jak już wszystko pochłonę"
Impreza się rozkręcała.
A!!! Zapomniałbym o urodzinach Admina i Ciutka.
Odśpiewaliśmy im „Sto lat”, złożyliśmy życzenia i wręczyliśmy prezent .
Ważnym i pięknym momentem było ustawienie tzw. ołtarzyka z wizerunkiem Admina Wiecznie Żywego.
Można było przed nim złożyć pokłon, oddać hołd, pokłonić się a nawet położyć, co z uporem maniaka robił pewien żołnierz (w cywilu), pomimo ,że ołtarzyk został już dawno zdjęty.
Wizerunek Admina Wiecznie Żywego, zrobił nam nim tak piorunujące wrażenie, że padał w tym uświęconym miejscu kilkanaście razy.
Na gitarrrach rżnęliśmy coraz śmielej i chociaż znaliśmy ( niestety) po kilka słów piosenek, nie przeszkadzało to nikomu i darliśmy się wspaniale(?).
Słowa jednej z piosenek okazały się prorocze, gdyż następnego dnia po biegu niemal każdy był….. "czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec"....
Repertuar był przeróżny. Od: - "A teraz idziemy na jednego" do "Ave Maria" w brawurowym wykonaniu Gaby.
Sama wykonawczyni mówiła ,ze coś jej nie wyszło ale chyba mówiliśmy o innych utworach :)
Nie wiem jak inni ,ale ja bawiłem się świetnie.
Towarzystwo zaczęło się powoli wykruszać i zaczęliśmy rozchodzić się na miejsce spoczynku( ale nie wiecznego).
"Na szczęście" było tak zimno, że nawet ci wiecznie spoczywający chętnie zamieniliby miejsce na jakieś cieplejsze.
Z powodu tego zimna wspaniałomyślnie oddałem synkowi swój śpiwór i ostał mi się ino jakiś ciniutki i prześwitujący kocyk.
Rzuciłem się łoże w opakowaniu o godz. 3.00.
"Przespałem się" godzinkę i skoro świt, punktualnie o 4.00 wstałem.
Było mi PRZERAŹLIWIE zimno.
Przykryłem kocykiem śpiącego smacznie synka i poszedłem się ogrzać przy nigdy nie gasnącym rudawskim ognisku.
Ciepło rozkosznie, choć dość powoli rozchodziło się po moich przemarzniętych na kość kościach.
Tak sobie spacerowałem, słuchałem muzyczki w samochodzie (mam nadzieję ,że w swoim), znów spacerowałem i....tak zeszło do 6.00.
Zaczęło się robić odrobinę cieplej.
Budzili się kolejni zawodnicy.
W jednym z namiotów uśmiechnięty od ucha do ucha i rozebrany niemal do naga Mirek mówił:
- "Nie ma to jak puchowy śpiworek.
-Co, zimno wam było?" – pytał z rozbrajającym uśmiechem.
Powoli życie wracało na pole namiotowe.
Obudziliśmy Jacusia.
Ten uśmiech i szczęście w oczach jak załapał gdzie śpi ...bezcenne (jakie to szczęście ,że jesteś - synku)
Zaczęło się robić późno, więc prawie biegiem udaliśmy się do Gaby na śniadanko.
U Mamusijakubaijasiaijerzyka było już gwarno i tłoczno.
Myślę ,że po naszej wizycie znacznie powiększy im się metraż ( choć dom z gumy nie był).
Malowaliśmy szybko koszulki, przypinaliśmy numery, opracowywaliśmy strategię na bieg etc.etc.
Teraz już szybciutko na start.
Obawiając się ,że zginie w męczarniach z rąk Wierszokletów, Gaba musiała zawrócić po minutową "rozpiskę" trasy, której zapomniała zabrać.
Po dojściu na pole namiotowe naszym oczom ukazał się piękny i długi ogonek zawodników czekających do niebiesko-białych ,malutkich domeczków, poustawianych w rzędzie jeden koło drugiego.
Niektórzy( szczególnie ci na końcu) mieli takie dziwne i duże i rozbiegane oczy(niektórzy powiedziałbym nawet - obłędne) i zaciskali coś w rękach, gdzieś tak poniżej pępka.
Był to bardzo pasjonujący widok ,ale czas ubiegał nieubłaganie, a tu jeszcze trzeba się było przebrać.
Przed namiotami zaczęli się już gromadzić członkowie drużyny „Wierszokleci” i przy żartach i śmiechach, kończyliśmy dekorować nasze koszulki a w niektórych najcięższych przypadkach, nawet czyste ,żywe ciała.
Godzina startu nadeszła.
Ustawiliśmy się( prawie) na końcu ponadtysięcznej rzeszy zawodników i rozpoczęło się odliczanie…….
A nie mówiłem ,że będzie długo.
A tu jeszcze nie wystartowaliśmy.
Reszta niebawem.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu mamusiajakubaijasia (2009-06-15,19:05): Radek....przypomniałam sobie właśnie tego "bijącego pokłony" żołnierza. Fakt jest, że oddawał się temu zajęciu z zapałem godnym lepszej sprawy, ale to był jego (wiem, że nieświadomy) wybór. Mnie to wspomnienie przyprawiło o trwałą dosyć głupawkę:))))) Szybko pisz drugą część!! golon (2009-06-15,19:09): super się czytało :=) a jeszcze lepiej było tam być i spotkać się znów i pogadać sobie po 4 przy ognisku :=) było super Jasiek (2009-06-15,19:26): Nie wystawiaj na próbę naszej cierpliwości!!! Chcemy, żeby ciąg dalszy nastąpił już teraz!... a tak na marginesie, to dlaczego ty jesteś leśnikiem, skoro masz zadatki na świetnego reportażystę?... Renia (2009-06-15,19:40): Ty to potrafisz oddać atmosferę...:) Nie pomijaj żadnego szczegółu. Czekam na c.d. Marysieńka (2009-06-16,00:17): Radek...było dłuuuugoooo, ale baaaardzoooo superancko napisane....Napięcie sięga niemalże zenitu:))))))
Proszę o ciąg dalszy..byle szybko:))) mkmilosz (2009-06-16,00:29): no pierwsza czesc oddaje klimat temu co bylo na w Rudawie
az boje sie pomyslec co mozesz nabazgrac w 2 czesci :) shadoke (2009-06-16,08:40): Kocham Radka:):):) mamusiajakubaijasia (2009-06-16,08:45): Iwonka...nie jesteś jedyna. Takich jak my jest więcej:) Kedar Letre (2009-06-16,08:53): Dziewczyny!!! Nie zawstydzajcie mnie.....to ja może zacznę pisać ciąg dalszy,bo na dworze leje. Aż sam się boję.Przecież tyle się na trasie działo ,że do wieczora się nie wyrobię.A tak poza tym ,to gdyby nie WY WSZYSCY to nie byłoby o czym pisać. dario_7 (2009-06-16,09:15): I tak oto kolejny raz ominęło mnie ognisko w Rudawie :( W zeszłym roku, kiedy tam startowałem, jeszcze się nie znaliśmy, a w tym roku startowałem w Grodzisku... Mam nadzieję, że za rok w końcu się uda :) Bo takie przygody są warte grzechu :D shadoke (2009-06-16,11:00): Ale ja zapomniałam dodać, że oprócz Radka kocham Krysię i ich truskawki:):) mamusiajakubaijasia (2009-06-16,13:41): To ja jestem lepsza:) Moje uczucie do Radka obejmuje Krysię i Jacka na dodatek:) A truskawki (mniam) miałam w domu:)........Ach...piękny to czas tej szalonej miłości:) hehe:)))))))))))))))))))) Dalija (2009-06-16,13:44): ognisko było superrr....jak do ognia i do kosza chcieli mnie wrzucić chłopaki :))
oj bedzie co wspominac z takiej imprezy
|