2009-05-25
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 0d 1 do 11. (czytano: 225 razy)

Rano – niewyspany i troszkę połamany ( spaliśmy na złączonych łóżkach i mnie przypadło miejsce na łączeniu) – wstaliśmy skoro świt o 6.50 i udaliśmy się na śniadanko.
Dzień wcześniej Jacuś zakochał się ( chyba z wzajemnością ) w pewnej uroczej czteroletniej Ali.
Śniadanie w wykonaniu zakochanego Jacusia wygląda….hmmm…..dość specyficznie i lepiej jak tego nie będę opisywał. W każdym razie zjadł niewiele.
Start do biegu był oddalony ok.5 km od ośrodka. O dziwo i wbrew zapowiedziom pogoda była wspaniała.
Ponieważ Basia miała start w 2 minucie, wyjechaliśmy przed 9 .
Niestety prognozy zaczęły się sprawdzać i z zachodu zaczęły napływać ciemne i nic dobrego nie wróżące chmury. Z tego powodu Jacuś został z ciocią Jolą w ośrodku.
Kiedy dojechaliśmy na start miejscowy leśnik poinformował nas o dwóch rzeczach. Jedna i druga brzmiały dość zaskakująco.
Pierwsza z nich dotyczyła …..wilków(!) a druga pogarszającej się z każdą chwilą pogody.
Otóż tenże,- słusznego już wieku leśnik - poinformował nas, że wczoraj w okolicy, mieszkańcy przepędzali wilka ( lub wilki) zbliżające się do pasących się krów :0 i lepiej uważać.
Druga mówiła o tym, że w tym rejonie, jeśli nie zacznie porządnie padać do godz. 9.00 to już cały dzień będzie bez deszczu.
Szczerze w to wątpiłem ,bo właśnie zaczynało kropić i słychać było nadciągającą burzę.
Stary Borus bez mrugnięcia okiem i w ogóle nie speszony zaistniałą sytuacją upierał się przy swoim, i z uporem maniaka zapewniał nas ,ze pracuje w tych lasach od 40 lat i TAK MUSI BYĆ.
I co się stało?!
Pomimo krążących ciemnych chmur , deszczu nie było.
Prorok czy cuś?!
Muszę przyznać ,że te wilki nie zrobiły na mnie wrażenia ale ten numer z pogodą ROZŁOŻYŁ MNIE NA ŁOPATKI.
No ale godzina startu zbliżała się nieubłaganie. Miałem 30 min. startową. Krysia dość pechowo od kilku biegów dostaje jedną z ostatnich. Tym razem była to 62 ( dobrze ,że nie 42 :)
Moja 30 minuta może byłaby i dobra ,gdyby nie fakt, że byłem pierwszy wśród zawodników swojej kategorii. Do tego 4 minuty za mną startował- mistrz nad mistrza – Darek B.
Znów ,podobnie jak przy biegu parkowym „wyczyściłem” chipa, zarejestrowałem się i wszedłem do pierwszego boksu. Po minucie oczekiwania wszedłem do drugiego, gdzie otrzymałem mapę. Tym razem nie popełniłem błędu ze sprintu i kartkę z piktogramami wziąłem w rękę. Teraz szybka orientacja mapy i……..O,O!!!... jakoś tak niebiesko mi się przed oczami zrobiło. Niemal 80 % terenu było zabagnione,”zawodnione”, „zawodzone” i......mokre.
Ale w końcu nikt tu nie przyjechał dla przyjemności :) Trzeba było się skupić, kompas na palcu poprawić i....w drogę ( choć słowo droga tutaj nie pasuje, bo było ich jak na lekarstwo, a te co były na miano dróg ledwo zasługiwały).
Pierwszy punkt ze spokojem i nie przeczuwając jeszcze najgorszego zaatakowałem z asfaltu i drogi leśnej. Do 2 też drogami, ale już zaczęły do mnie „ zachęcająco” mrugać oczka wodne, coraz liczniej pojawiające się po obu moich stronach.
2 złapana.
Teraz do 3.
No i się zaczęło. Teraz już tylko mapa, kompas, woda, mapa, kompas, woda, mapa, kompas, woda.
3,4 i 5 biegnę na azymut. Nie robię większych błędów i zaliczam je bez problemów.
Mówiąc „bez problemów” mam na myśli sam atak na punkt . Samo przejście między nimi już do łatwych nie należały. Bagienka były co prawda urokliwe, ale wyobraźcie sobie bieg( bo to był jeszcze bieg) po wodzie, miejscami po kolana, z leżącymi w poprzek powalonymi małymi i dużymi drzewami. Co chwilę jakaś niespodzianka. A to jakaś dziura, a to ruchoma kępa trawy. Niemal żadnego punktu odniesienia a tu trzeba właściwy kierunek biegu utrzymać. Zaczynam wątpić ,czy dobrze robię biegnąc na azymut. Próbuje znaleźć jakiś inny wariant ale......nie znajduję go. Pozostaje azymut.
Na 5 dochodzi mnie mój znakomity rywal – Darek B.
Wbrew pozorom nie martwi mnie to. Wręcz przeciwnie.
Myślę sobie :
- „Jak doszedł mnie dopiero na piątce taki spec, to znaczy ,że całkiem nieźle biegnę.
Po odbiciu 5 Darek biegnie ku mojemu zdziwieniu w lewo .Analizuję szybko jego ruch i ....moje zdziwienie się pogłębia .
Biegnę w prawo i tracę go z oczu.
Z 5 do 6 znów wykorzystuję drogę, bo zaczynam czuć nogi ( nie, nie....skarpetki były świeże i do tego cały czas moczyły się w wodzie :).
Od 6 przyłącza się do mnie jakiś chłopak z „młodej” kategorii. Dwa następne punkty mamy w tej samej kolejności, więc pyta czy może biec ze mną.
Jak najbardziej się zgadzam, ale uprzedzam go lojalnie, że istnieje możliwość zgubienia się.
Przez moment zrobiło się twardo pod nogami. Przyspieszam więc i widzę, że młody troszkę zostaje. Niestety to nie są podchody, tylko poważne zawody. Nie czekam na niego.
7,8 i 9 cały czas po bagnach, wykrotach, wywrotach, gęstwinach, rowach i innych utrudnieniach wszelakich. Cały czas biegnę na azymut. Boli mnie już kciuk, na którym trzymam kompas i tak go dociskam do mapy ,że aż krew nie dochodzi.
Z 9 na 10 jest ok. 1000 m. Mając dosyć bagien i dziur wybieram obieg drogą ( ok. 1700 m).W połowie zmieniam koncepcję i zaczynam się namierzać krótszą drogą. Przebiegam kilkanaście metrów i....znów wracam na drogę.
To był błąd.
Straciłem czas na namierzanie i przedzieranie się przez krzaki. W tym czasie przebiegłbym już ok. 200 metrów. Jestem coraz bardziej zmęczony.
Patrzę na zegarek. Biegnę już godzinę a tu jeszcze niemal połowa punktów do znalezienia.
Zazwyczaj na zawodach uzyskuję czasy w okolicach 80-90 minut. Tu zanosi się grubo ponad 120 min.
Biorę się w garść.
Biegnąc do 11 napotykam duży krzyż z tablicą. Cieszę się niezmiernie, gdyż wystarczyłoby ,abym przeszedł kilka metrów niżej i nie zauważyłbym go, a tak mam doskonały punkt aby namierzyć się na bliską już 11. Na krzyżu był jakiś napis.
Zaczynam czytać:
- „W tym miejscu w roku 194? grupa partyzantów pod dowództwem ??? zaatakowała ……….”
- „ Panie Radku” – mówię głośno do siebie. Ostatnio prawie na każdym biegu gadam głośno do siebie ( czy to jakaś choroba?) - „ Lekcja historii, to może innym razem, teraz biegnij dalej”.
Namierzyłem się dokładnie na punkt i po przebyciu ok.150 wchodzę niemal w punkt. UFFF!!! Tu też wystarczyło kilka metrów pomyłki i kilka minut mogłoby pójść w plecy.
Z 11 do 12 biegnę po warstwicy ale o tym w następnej części, bo Jacka czas kąpać
c.d.n.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2009-05-25,22:53): Niezała "zabawa".. Chyba długo Jacusia nie bedziesz kąpał co??? A tak na serio..super się czytało, z niecierpliwością czekam na cdn :)))
|