2011-02-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| codzinnie wspinać się na szczyt.... (czytano: 250 razy)

znowu zaniedbuję pisanie z uwagi na brak czasu.
Zawodowo - Kończymy realizację projektu " Razem Damy Radę" - chciało by się dodać to przetrzymać....
Oj kosztował nas ten projekt sporo nerwów i energii.
Biegowo?
W ostatnich dniach sporo się działo.
Ale zacznijmy od początku czyli od powrotu z Trzemeszna.
Wiedziałam, że wszystkiego z siebie nie dałam na zawodach. Byłam wręcz wściekła na samą siebie i zdecydowanie niezadowoloną z tego faktu. Jednakże wynik jest wynikiem i z tego należy się cieszyć...
Ledwie zdążyłam wysiąść z autobusu po niemal pięciogodzinnej podróży z Gniezna.... grzechem było by opuścić trening, pomyślała...
Zatem nic więcej tylko obieram kierunek na PURE.
W planie?
Rozbieganie. Spokojna po zawodach regeneracja.
No i pewnie byłaby taka gdyby nie skumulowanie się we mnie emocji związanych z poniedziałkiem...
Po trzech kilometrach rozgrzewki, stwierdzam: dziś atakuję rekord na cardio...
schodzę z bieżni, wzrokiem wodzę po klubie. Kurna gdzie ten trener personalny od cardio? W końcu lokalizuje go i oświadczam, że będę atakować rekord...
Obieram strategię...
Wiem już z doświadczenia, że najcięższa będzie trzecia faza. Wówczas organizm zaczyna się buntować.
Ale staram się o tym nie myśleć tylko biec swoje.
Czuje jak pot zalewa mi oczy... Kątem oka widzę jak mnie obserwują pozostali klubowicze i trenerzy zdając się pytać: da radę?
Zrzucam z siebie koszulkę i biegnę w topie...
czym mniej warstw na sobie tym lepiej.
Prędkość z każdą minutą wzrasta by w końcowej fazie wyjść z powrotem do poziomu zero....
Po 20 minutach na monitorze wyświetla się wynik 5120m a ja w geście triumfu wznoszę ręce ku górze...
Udało się! :)
Nadchodzi środa i bunt organizmu. Po 6 kilometrach czuję, że więcej nie dam rady. Nie dzisiaj....
Schodzę z bieżni zrezygnowana.
Czwartek to dzień leniuszka z myślą przewodnią: żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce....
Piątek.
Czas wrócić do normy i reżimu treningowego.
W palnie OWB 1 - 16 km w tempie 4"50/km
Biegnie mi się cudowanie i bardzo lekko, a że zimno na dworze po treningu udaje się na saunę by móc się trochę wygrzać.
" zaliczam" jedną sesję 15 minut....
W przeciągu niecałych 30 minut ścina mnie tak bardzo, że wszystko wokół mnie zaczyna wirować a ja siadam na podłogę by nie paść....
wkrótce i to mija.
A ja zaczynam kolejną batalię tym razem z PIT-ami
Zaznaczam, że wygraną. :)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |