2009-06-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Kabaty - powtórka z rozrywki plus darmowy shower bez żelu (czytano: 170 razy)

Dobrze, że w sobotę byl bieg Entre. Bo inaczej chyba bym straciła resztki motywacji treningowej. Wczoraj kolejny bieg na Kabatach, po raz kolejny powtórzylam wszystkie błędy i po raz kolejny wynik osi±gnęłam żałosny. Jakkolwiek o minutę lepszy niż przed dwoma tygodniami.
Jednym słowem - nie lubię Kabat. Nie lubię Kabat zwłaszcza we wtorki. I nie ma to nic wspolnego z organizatorami - s± ¶wietni :), z sędziami (za to co wczoraj zrobili maja moj± niema dozgonn± wdzięczno¶ć), ani z towarzystwem - bo to jest wy¶mienite. Tylko ja jakas taka jestem niepoukładana. Najchętniej bym zawiesiła kabackie starty na jakis czas, ale Grand Prix, klasyfikacje klubowe i tak dalej... Zreszt±, wczoraj od 5. km powtarzałam sobie: "Robisz to dla klubu, nie dla siebie" :) Trochę pomogło...
A na mecie było mi juz wszystko jedno czy stoję po daszkiem, czy nie, czy stoję na suchym (nie było), czy po kostki w wodzie... Oberwanie chmury zaczęło się na drugim kilometrze (gdzies po niespełna 10 minutach biegu) i potem tylko przybieralo na sile.
Ale może od poczatku. A poczatek już nie był optymistyczny, bo zamiast wyjsc z pracy w miarę punktualnie, co w miarę gwarantuje dojazd na zawody o czasie, wyszłam prawie pol godziny pozniej w sam srodek korkow. Na szczescie korki byly umiarkowane i o 17.55. wjezdzalam na Ursynow i dzwonilam do TZ-a żeby odebral moj numerek. Odebral, ja bylam na starcie 3 minuty przed czasem, po kilometrowym klusie od samochodu.
Już na pierwszym kilometrze zgubilam numerek, a GPS niby dzialal, ale jakos udawal, że nie (na szczescie tylko udawal, szybko sie dogadalismy). Ruszylam dziarsko, chociaz bez przesady. Pierwszy kilometr - 4:35, drugi jako¶ podobnie i.... Zaczęło padać. Rzęsi¶cie. Ale to nic, dobrze, bo duszno bylo. Tylko jednoczesnie czulam, że biegnei mi się coraz gorzej, zaczęłam zwalniać. Na 3. km min±ł mnie TZ. To już kiedy¶ było. Tylko że teraz min±ł mnie jak rozpędzona lokomotywka, a ja zostałam. Pomaszerowałam sobie troszkę, Potem znowu podbiegłam.
Rozwi±zalo mi się sznurowadło. Zawi±załam. Zaczęlam znowu biec, wyprzedzilam kilka osob. Zwolnilam. Znowu marsz. Parę osób wyprzedzilo mnie, dopiero do ktorejs kolejnej się przykleiłam. Znowu przyspieszyłam. Wyprzedzilam. Dogonilam. Już koncówka. Zaczelam finisz po 8. kilometrze. Szybki 9. kilometr.
I... na 500 m przed met± nogi robiły mi się coraz cięższe i cięższe. 300 m od mety pu¶ciłam przodem dwie dziewczyny (no dobra, Kasię i Olę :)) ktore biegly za mna. Normalnie Wersal, panie przodem pozwol±. Kilka metrów podeszlam i zerwalam się do sprintu. Ale bylo za póĽno. Trzeba było nie puszczac. A tak... Szkoda gadać.
Dobrze, że sedziowie byli tak mili i wpisali moj czas mimo braku numerka.
A zaraz za met± wpakowalam się na TZ-a, który a) przybiegl przede mn± (ale to już bylo); b) poprawił życiówkę (zdarza mu się coraz czę¶ciej), c) poprawil zyciówkę o 4 minuty! d) i tym samym ma lepsz± życiówkę od mojej. Przynajmniej na Kabatach. I teraz ja go muszę gonić....
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Isle del Force (2009-06-15,17:35): No to gonisz TZ-a 23 czerwca, ja teraz tydzień laby biegowej (do niedzieli).
|