2009-05-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Antyżyciówka (czytano: 210 razy)

Termin zaczerpnięty od Szkieleta, czyli Wojtka Staszewskiego. Antyżyciówka to najgorszy wynik osiągnięty na jakiejś trasie. W tym przypadku użyty zatem bezzasadnie. Antyżyciówkę na Kabatach pobiłam w pierwszym biegu, 1 h 3 min i 27 sek jest wynikiem, który będę zawsze pamiętała ;) I który długo mam nadzieję będzie trudny do potwórzenia.
Więc nie do końca antyżyciówka. Ale występ - fatalny. A miało być tak ładnie. Dojechałam prawie bez korka, zdążyłam się spokojnie przebrać, zapisać, odebrac numer.
Co prawda wiedzialam, że jestem nieprzygotowana. Wiedziałam, że od dwóch tygodni biegam tylko w weekend, a w tygodniu wolniutko i mało. Ale ruszyłam jak dzika. Między innymi dlatego, że tłum był na starcie, a niektórzy panowie mieli łokcie na wysokości mojej twarzy i bałam się zarobić w oko albo w czoło. Więc ruszyłam z kopyta. Pierwszy kilometr - 4:36, natępny 4:26. I ... zamiast jak czlowiek pomyśleć, że nie mogę biec 10 km w tempie, w jakim robię kilometrówki, ja nie! Ja do przodu! A GPS-ik pokazywał...4:17, 4:09... potem lekko zwolniłam, ale nie tyle, ile trzeba. Na 3. kilometrze byłam w 13:15 i ... to był poczatek końca.
Po trzech i pół kilometra zaczełam regularny spacerek. I dopiero jak zaczeli mijać mnie znajomi, którzy zazwyczaj byli koło mnie albo przede mną, zorientowałam się, że przeszarżowałam. Właściwie powinnam zejść z trasy. Ale nie! "Maratończyk się nie poddaje", tak? No to się próbowałam nie poddać. Na piątym kilometrze znowu sie poderwałąm do biegu, dogoniłam kilka osób, w tym osobistego małżonka i... znowu mi para uciekła Małżonek też :) A ja -znowu spacerek. W połowie 7. km dogonił mnie kolega Piotr z Byledobiec i zapytał, o co chodzi. No to pomyśłałam, że podczepię się pod niego i może jednak dobiegnę do mety.
Spojrzałam na zegarek i już wiedziałam że nie biegnę ani po zyciówkę (<46:,10) ani po honor (<48), co najwyżej po przyzwoitość (<50). Okazało się jednak, że mam jeszcze trochę siły i mogę całkiem przyzwoicie biec. Na ósmym kilometrze zatrzymałam sie przy dziewczynei, ktorą skręciła kolka. Ruszyłyśmy razem. Sznasa na przyzwoitość pozostała. Na 9. kilometrze minęłam małżonka, który jakby zwolnił. Mnei minęł dziewczyna od kolki. Nie tylko mnie minęła. Nie wyglądała, ale finisz pokazała fantastyczny. Na ostatnich metrach minął mnie jeszcze finiszujący kolega Piotr.
A ja... No cóz, 49:42 nie powala. Ale przyzwoitość uratowana.
Reszta...jest treningiem.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Isle del Force (2009-05-26,22:57): Aniu, przyznam szczerze, że nawet ja zamykając stawkę biegu w trakcie czułem się przytkany taką duchotą. Po jutrzejszych ulewach pewnie przyjdzie ta świeżość w płucach. Mój debiut na Kabatach zaczynałem od 45'32" i każdy swój występ niezależnie od wyniku jest dla mnie sukcesem. A dziś w 1:07:50 i 333 pozycja. Jestem z siebie zadowolony,a wyniki mnie jak i Tobie przyjdą w najmniej niespodziewanym momencie. Teraz regeneruj się po treningach bo nogi czują podejście startowe do Silesii. Moim zdaniem jesień Twoja na każdym dystansie, czego bardzo Tobie życzę.
P.s. mąż chyba nie chciał w Dzień Matki dać ci przegrać, poza tym ładnie zaczynasz od startu. Ja góra 4:10 i do 4km około 4km , a potem puchnę bo za mocno. Beauty&Beast (2009-05-27,10:40): Czytalam Twój tekst :) Ale ja nie traktuję wszystkich biegów w kategoriach osobistej porażki. Tylko wczoraj pobieglam jak przedszkolak ;-) jacdzi (2009-05-30,21:39): Zawsze wiedzialem ze bardzo przyzwoita z Ciebie dziewczyna , no i wynik z uratowana przyzwoitoscia to potwierdzil.
|