2014-09-14
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| XXXVII BIEG LECHITÓW XVII MISTRZOSTWA POLSKI LEKARZY GNIEZNO (czytano: 658 razy)

Przyjechałem tu po raz trzeci ze względu na Mistrzostwa Polski Lekarzy razem z kolegą po fachu.
Dotarliśmy w przeddzień zawodów.Odebraliśmy pakiet startowy - niebieska koszulka techniczna z długim rękawem ,pamiątkowa drewniana deska do krojenia i mieliśmy szczęście również latarka(nie dla wszystkich).
Wieczorem w pubie kibicowaliśmy polskim siatkarzom razem z lokalnym kolegą biegaczem.
Mecz zapowiadał się na szybkie 3 sety ,a skończyło się na wymęczonych 5 na szczęście dla Polaków.
Wypiliśmy kulturalnie po 1 piwie i grzecznie przed północą byliśmy w łóżkach - w końcu trzeba przestrzegać higieny sportowej,tym bardziej ,że przyjechałem powalczyć
o najwyższe podium w mojej kategorii wiekowej.
Po internetowym przeglądzie rywali musiałem wygrać tylko z kolegą z Kołobrzegu ,który w zeszłym roku był przede mną.
Niestety następnego dnia zgodnie w zasadzie z prognozą pogody zaczął się upalny dzień, rano jeszcze z chmurami, ale z każdą chwilą było coraz cieplej i słonecznie,
niezwykłe jak na połowę września.
Autokary przewiozły nas na start do Lednickiego Muzeum Pierwszych Piastów.W oczekiwaniu na start pogawędka z lokalnymi biegaczami, rozgrzewka i do boju.
Niestety trasa bezcienista,skąpana słońcem i na dodatek cały czas silny wiatr od przodu.
W założeniu miałem pobiec w tempie 4:20 min/km razem z gnieźnieńskim kolegą,ale wytrwałem w tym tempie tylko 8 km, a na 10 km zgubiłem kolegę,którego zmogły trudy pilskiego półmaratonu z przed tygodnia oraz kontuzja.
Dalej biegłem samotnie uciekając mojemu konkurentowi.
Andrzej dogonił mnie w zeszłym roku na 13 km i szybko ujrzałem wówczas jego plecy.
Tym razem byłem w lepszej formie i mimo narastającego zmęczenia cały czas uciekałem mu nie wiedząc jak daleko jest za mną.
Na 12 km bezcenny widok katedry gnieźnieńskiej obiecującej niedługi koniec trudów dodawał wsparcia w dalszym biegu.
Na 18 km na ostatnim wodopoju, mimo picia i polewania nie doświadczyłem przyrostu mocy i tylko czując intuicyjnie oddech Andrzeja za sobą byłym w stanie wykrzesać ostatnie resztki sił.
Na 19 km jawi się już katedra na wyciągnięcie ręki, ale trzeba ją okrążyć długim 2 km łukiem.
Organizatorzy w tym roku przenieśli metę na plac za katedrą pozbawiając nas morderczego finiszu -podbiegu na rynek.
Na ostatniej prostej finiszując z górki oglądam się za siebie- brak Andrzeja uskrzydla mnie i wpadam przeszczęśliwy na metę.
Na szyi zawisł mi patriotyczny medal z ażurowym orłem z cyklu historia godła Polski.
Najchętniej od razu położyłbym się na trawie ,ale obawiam się ,że służby medyczne mogłyby chcieć mie zwinąć więc odtajam na stojąco.
Za metą na każdego czeka zimne piwo,kiełbaska na gorąco i drożdżówka.
Przychodzi sms- zająłem 7 m-ce w klasyfikacji generalnej lekarzy i widząc Andrzeja ,który zmęczony wpada 1,5 min. za mną na metę wiem ,że jestem pierwszy w lekarskim M 50.
Czekam jeszcze na kolegę z którym tu przyjechałem- to jego debiut tutaj- on zadowolony ,że dał radę i dobiegł.
Szybki prysznic , wyprowadzka z hotelu i wracamy na dekoracje.
Po raz pierwszy udało mi się wejść do 10 najszybszych lekarzy - w nagrodę plecak.
Nagrody w kategoriach to szkatułka -tryptyk z drzwiami gnieźnieńskimi a w środku coś na kształt dyplomu - w sumie eleganckie i pomysłowe.
W moim domowym muzeum sportu :) zajmie mało miejsca.
Jeszcze tylko telefony do kolegów biegaczy i rodziny i wracamy do domu.
P.S. Zadzwoniłem do prezesa Rungryfu z relacją i zaskoczył mnie , że widział mnie na mecie w bezpośredniej relacji w internecie.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |