2011-04-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Biegać czy nie biegać? Tu nie powinno być chwili zastanowienia... Biegać!!! :) (czytano: 437 razy)

Witam ponownie czytających :)
Świeżo praktycznie po swym pierwszym maratonie w Krakowie i o tym akurat będzie owy wpis :) Wiem, że miałem chronologicznie jechać wszystkie swoje starty ale po prostu nie mogę wytrzymać by na ciepło opisać moje przeżycia z niedziel 17 kwietnia :)
Żyłem tym startem. Dzień przed maratonem wystartowałem w pucharze maratonu w Łodzi w lesie łagiewnickim na dystansie 5km. Trasa trudna ale chciałem przebiec tak na ok 23 minuty... Uczestników 71 :) Liczyłem na chociaż 10 miejsce w kategorii wiekowej i 1 punkt do klasyfikacji. Ostatecznie nie odpuściłem i z czasem 21:26 co jest o 31 sekund gorszym od życiówki dobiegłem na 17 miejscu a na 5 w kategorii wiekowej a to oznacza aż 9 punktów :)
Wróciłem do domku i poszedłem spać gdyż o 2:45 miałem pks do Krakowa z Łodzi :)
Naszykowany wpakowałem się do pks i moje jedyne zmartwienie było wówczas czy zdąże do 8 do biura się zweryfikować. W Krakowie na dworcu byłem 7:10 i od razu zacząłem się pytać którędy na błonia. Ale mówili mi, że to daleko... no to w końcu postanowiłem dotrzeć taksówką. w biurze byłem 7:45. Zadowolony odebrałem pakiet startowy i pokręciłem się trochę po okolicy między innymi podziwiając Kopiec Kościuszki :)
ok 8:30 przebrany oddałem worek z rzeczami do depozytu i zacząłem trucht po błoniach. Być może niektórzy z was mnie kojarzą byłem w czerwonej bluzie z napisem na plecach BADYL ŁÓDŹ :) rozgrzewka rozciąganko i jakieś 9:15 ustawiam się na starcie. Zakładałem sobie cel przebiec poniżej 4h ale bałem się o moje kolana szczególnie prawe, które jest dużo słabsze niż lewe. Ustawiłem się tuż za zającem na 4:15. No nie dało się przebić do przodu ;) Rozglądam się wokoło masa luda :) Jest stres ale malutki :) W głowie myśli czy dam radę czy kolana wytrzymają. Mobilizowanie się. Wystrzał i ruszyliśmy :) To znaczy pierwsze metry szedłem bo w takim tłumie nie dało się z początku biec :) Ale już za startem ruszyło się wolniutko :) Obmyśliłem wcześniej, że powinienem tak ok 5:30 mieć średnio na km :) Wpierw pętla wokół błoni. Wśród uczestników pan biegnący na boso!!! I do tego pchający wózek z niepełnosprawnym... Coś budującego i pierwsze łzy na sam widok nacierają po polikach :) Rozpiera mnie duma, że zapoczątkowałem bieg, którym przejdę do historii światowego biegania :) Czemu tak? Ano temu, że chcę go ukończyć i tym samym wstąpić do elitarnego grona maratończyków :) W głowie miliony myśli. Wiedziałem, że pod względem płuc jestem przygotowany ale te kolana. wyłączyłem myślenie o nich. Biegłem. Kościół Mariacki, Stary Rynek... biegnąc zwiedzam, gdyż pierwszy raz jestem w Krakowie. Biegnąc rozglądam się wokół podziwiając miasto :) Czyste i uśmiechnięte :) Uda mi się rzucić w stronę uczestnika biegnącego obok mnie "Ładny macie ten Kraków" :) Atmosfera iście jak ze snu :) Ale to pierwsze kilometry. Pogoda idealna wręcz :) Kibice fenomenalni :) Wbiegamy na brzeg Wisły obok Wawel :) Fenomen tejże budowli mnie olśniewa. Kolejne łzy :) oczywiście łzy radości :) Że spełniam wielkie swe marzenie :) Po drodze ok 10km dwójka dzieci wystawiło swe rączki :) Korzystam z okazji i przybijam im piątki :) Wspaniałe uczucie :) Wybiegamy na miasto. Metry umykają, zamieniają się w kilometry :) Jak narazie kolana dobrze. Biegniemy ulicą. Nie znam się jaką. Mijamy starszego pana kibica. Słyszę jego słowa "Panowie bardzo dobrze, panowie coraz bliżej". Pasażerowie z tramwajów patrzą się. Wbiegamy między jakieś bloki. Słyszę, że to Nowa Huta... Jest półmetek. Czas 1:57. Kolana dobrze. Bolą ale jestem w stanie trzymać tempo żeby zejść poniżej 4h. Wcześniej przed półmetkiem mijają nas liderzy. Chyba z ośmiu czarnoskórych biegaczy. Ja biegnę swoje. Mijam już znane mi twarze a raz one mnie mijają i tak na zmianę :) Ciesze się biegiem :) i niestety nadszedł 25-26 km. Kolana bolą coraz bardziej i bardziej. Nie jestem w stanie utrzymać tempa poniżej 4h. Ale biegnę. Wolniej ale biegnę. 28km. Pierwsze przejście do marszu. Kolana piekielnie bolą. Zaczynam się bać. Jest rozczarowanie, że nie zejdę poniżej 4 godzin. Włączam pozytywne myślenie. To mój pierwszy maraton chcę go ukończyć. To jest cel na 28km. Biegnę wolno. Jak nie mogę to przechodzę do marszu. Byleby bliżej mety. Wbiegamy ponownie na brzeg Wisły. Dobiegam powoli do pewnego pana, który też maszeruje kulejąc. Pytam się "Kolano?". Odpowiada mi "Nie. Kolka mnie złapała i trzyma" Przedstawiamy się sobie. Jarek, Robert. I razem już raz biegniemy raz idziemy. Rozmawiamy kto ile czego przebiegł :) Jarka to jest 31 maraton. Nie przypadkowe spotkanie :) Ból przy towarzyszu jest o wiele lżejszy. Boli jak diabli ale mniej się myśli o bólu. 31km, 32km, 33km, 34km... Wbiegamy na błonia. Wyprzedzamy wolnym biegiem maszerujących, by później oni wyprzedzili nas gdy maszerujemy :) Patrzę co jakiś czas na czas :) Będzie między 4:25-4:30. Jak byliśmy na błoniach robiliśmy ostatnią pętlę miałem ponownie łzy w oczach. Wiedziałem, że teraz to już z górki :) Jeszcze trochę i wydam z siebie okrzyk radości :) Myślę, że podczas maratonu to nie wstyd iść. Wstyd to mając szansę okazję i możliwości do biegania i nie robić tego. Moim zdaniem. 40km :) Mata rejestrująca czas :) Już biegniemy do końca. Na ostatnim punkcie odżywczym biorę butelkę czerwonego powerade i dwa banany :) Ostatnia prosta :) Patrzę nieprzerwanie na balon mety. Kątem oka widzę po lewej stronie tablicę 500m Finish :) ostatnie metry... Zwalniam by Pan Jarek był przede mną na mecie jako mistrz dla mnie :) Ja z rękoma w górze łzami w oczach na polikach uśmiechem na twarzy i powerade i bananami w rękach przekraczam linię mety :) Okrzyk "Hurra!!! Jestem maratończykiem!!!". Za mną 42km195m :) Medal zawisa na szyi :) Całuję go :) Uścick dłoni z panem Jarkiem towarzyszem przez ostatnie 12km :) Szczęśliwy :) Chodzę dumny z medalem na szyi :) Czuję zmęczenie na całym ciele ale radość jeszcze większa niż ból :)
Idę na masaż masują mnie dwie młode dziewczyny :) Przyjemnie i szkoda, że krótki masaż :) Wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na dłuższe pozostanie na błoniach bo wkrótce pks powrotny do Łodzi. Przebieram się i jeszcze poznaję kilka osób :) Idę zjeść ową grochówkę i na przystanek 15 by podjechać pod dworzec :) Koszulka Cracovia Maraton na sobie medal wisi na szyi :) Mijając ludzi w drodze na dworzec patrzą się na mnie jak na nie z tego świata :) I to prawda :) Przebiegłem (przeszedłem) maraton :) Jestem nie z tego świata :) Duma mnie rozpiera :) Wracam do Łodzi słuchają muzyki w pełni szczęśliwy i dumny, że pokonałem samego siebie :) Czas gorszy niż zakładałem ale podobno pierwszy maraton trzeba ukończyć i nieważny czas :) Mój 4:29 brutto :) Nie jest źle :) Może za dużo chciałem od siebie. Fakt, że od 17 kwietnia a był to dzień moich imienin noszę zaszczytne miano maratończyka i będę nim do końca swych dni :) Lepszego prezentu imieninowego nie mogłem sobie sprawić :) Dziękuję tym, których spotkałem na trasie a szczególnie panu Jarkowi z Truchtacza Drobczyce :) Dzięki kibicom :) Dziś kolana nie bolą :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Aussie (2011-04-20,02:37): Gratuluję. Witaj w rodzinie maratończyków Badyl!
Dziękuję za ciekawą, niezwykle emocjonalnie naładowaną relację. Mimo że spędziłem na Błoniach czas od piątku promując na Expo Łódź Maraton Dbam o Zdrowie, z przyjemnością przeniosłem się tam jeszcze raz dzięki Twemu barwnemu opisowi... Gerhard (2011-04-20,08:25): Gratuluję. Co do kolan - moim zdniem wyszedł "szybki bieg" dzień wcześniej. Teraz kilka dni odpoczynku (Wesołych Świąt przy okazji), łagodne treningi i do zobaczenia na Silesii.. kokrobite (2011-04-20,08:53): Gratuluję! :-) Debiut smakuje rozkosznie, prawda? Gdybyś dzień przed nie startował, wynik byłby pewnie lepszy. Ale dzięki temu będzie miał większy progres życiówki następnym razem :-) Jako czytelnik mam prośbę o przerwy w tekście (enter), bo czytając taki zbity, długi tekst, oczy się męczą. robert77g (2011-04-20,10:00): Super opisałeś. Czytając, czułem się, że biegłem z Tobą a ja debiut na tym dystansie będę miał dopiero 3 maja w Katowicach.
|