2010-07-25
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jest Moc ;) (czytano: 319 razy)

Biegałem już dwumaratony, dwupółmaratony. Tym razem przyszedł czas na „dwudyszkę” :) Trochę to z założenia było szalone i głupie ale jestem tutaj, piszę czyli chyba przeżyłem. A szalone było nie z racji dystansu.
Wyobraźcie sobie że to były moje pierwsze dyszki od początku stycznia. Jakoś skutecznie omijałem ten dystans, chyba mając świadomość że jest to wysiłek krótki acz intensywny. Ostatnie dwa miesiące upłynęły pod kątem dystansów od maratonu wzwyż. Ciekaw byłem w takiej sytuacji czy nadal jestem w stanie chociaż zbliżyć się do 40 minut. Uwarunkowania poprzedzające weekend nie były sprzyjające. Dużo pracy, dużo roweru po długiej przerwie. W sobotę rano byłem sztywny i tak jakby bez siły. Do tego ulewa od samego rana skutecznie zniechęcająca do wyjścia na dwór. Ale jakimś cudem dotarłem na dworzec tylko z przemoczonymi butami. Kierunek Azja … stop … Stolica ;)
„Syrenka” przywitała mnie lekką duchotą (w pociągu z powodu włączonej klimy prawie zmarzłem). Koleżanki zaprosiły mnie na obiad i „nafaszerowały” tak skutecznie że teraz chyba przed startem będę jadał to co wczoraj ;D Thx ;) Zawsze gdy mam trochę czasu w W-wie wybieram się na spacer na starówkę, usiąść pod kolumnę Zygmunta. Jak fajnie jest choć raz w tygodniu posiedzieć nie przejmując się niczym, obserwować płynący tłum ludzi, z dala od tego co człowieka otacza na co dzień. Po prostu piękno.
Na bieg Powstania Warszawskiego zawitałem po raz drugi i jak to w przypadku dyszki ze znanym dobrze i z góry ustalonym planem. W zeszłym roku biegnąc w butach które miałem na nogach grugi raz prawie połamałem „czterdziechę”. Tym razem byłem trochę zmartwiony naciągniętą pachwiną. Ale trochę potruchtałem, porozciągałem się , pomasowałem, porobiłem przebieżek i trochę odpuściło. Tłum był spory. 4 tyś. biegaczy. Jeśli chciałem myśleć o wyniku trzeba było koniecznie stanąć z przodu co oznaczało kilkanaście minut oczekiwania przed startem.
Wystrzał startera zaskoczył mnie gdy jeszcze „bawiłem się” zegarkiem. Ruszyłem i przez kilka sekund starałem się chaotycznie uruchomić stoper. Tłum ruszył szybko i trochę mnie połknął. Nie żebym ja ruszył wolno bo na pewno nie jest takim pierwszy km w 3:30. To był trochę taki gwóźdź do umierania. Ale starałem się przebierać nogami tak jak tylko potrafię najlepiej. Starając się przy tym nie udusić. Mimo panującego przed startem chłodu i wiatru, powietrze jeszcze nie było kompletnie czyste. Podoba mi się na tym biegu szczególnie fragment biegnący Krakowskim Przedmieściem. O tej porze pięknie oświetlonym, wypełnionym ludźmi. Potem zbieg Karową, na którym traciłem dystans do ludzi z którymi biegłem bo byłem uczciwy i biegłem po ulicy a nie po chodniku. Pozostawiam to sumieniu każdego z osobna.
Wybrzeże Gdańskie następujące po tym mega zbiegu to jedna długa prosta z podmuchami wiatru. Byle szybciej do kolejnej „atrakcji” – podbiegu Sanguszki i Konwiktorską prowadzącego na metę kółka. Strasznie wybijający z rytmu podbieg który zmusza do zaangażowania dużej dawki sił. 5km i czas dobry, choć zaczynam słabnąć – 19:35. Zamiast kubka z wodą dostaję całą butelkę. Piję, polewam się i oddaje do biegnących za mną. Za dużo razy już widziałem jak ludzię wypiją parę łyków i resztę wyrzucają na zimię zamiast dać się napić innym.
Po tankowaniu dostaję trochę więcej sił. Wpadam w tunel aero za pewnym biegaczem ale ten leci za szybko i na 6km go odpuszczam. Krakowskie Przedmieście i znowu Karowa gdzie już trochę nie mam siły zbiegać z górki na pazurki i znowu trochę tracę nie mówiąc o standardowych 40-50m względem skracaczy. Na 8km ląduję po 31:45. Teraz byle tylko nie stracić na podbiegu. Z tyłu popędzany jestem przez kobietę, którą staram się raczej ciągnąć niż nie dać się wyprzedzić. Na ostatnim km z górką daję z siebie absolutnie wszystko lawirując pomiędzy dublowanymi zawodnikami i mimo podbiegu robię go w 4min. Meta i prawie zawał – brutto 39:46 netto 39:37 – drugi najlepszy wynik na 10km. Jednak potrafię :]
Sprawne kąpanie i kierunek dworzec. Potem był opóźniony o godzinę powrót pociągiem. Dzięki czemu w domu wylądowałem przed 5 rano. O 7 pobudka, szybkie przepakowanie plecaka i już byłem w drodze do Wągrowca. Śniadanie składające się z dużego jogurtu jadłem już w samochodzie. W ogóle co to za odżywianie :)
O biegu w Wągrowcu w swoim wykonaniu mogę powiedzieć tyle – niefajnie się biega na śpiocha. Przez pierwszy km byłem ostatni. Potem ciut się rozpędziłem ale po prostu nie było mocy a ja byłem z lekka nieprzytomny. Dopiero na przed 7km odżyłem i ostatnie 4km wyszły w 17min, w stylu jaki ja lubię czyli z ciągłą pogonią za kolejnymi biegaczami. Wyszło 10,6km w 53min, ale ja już chyba nie będę tak robił… bo to boli ;)
Coraz bardziej nieprzytomny dotarłem do domu albo jak kto woli dowieziono moje zwłoki. Gdzie czekało na mnie sprzątanie, pranie, wymiana dętki w tylnim kole, no i Kubica of korz. Po 16 ostatecznie mogłem położyć się spać. Ale nie bardzo mi to wychodzi w dzień. Mam naciągniętę łydki, za co oczywiście jutro zapłacę, ale warto było … minąć się z życiówką o 9 sekund :]
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marass (2010-07-27,09:03): Fajny wpis. Mimo, że nie lubię długich, ten jest bardzo sprawnie napisany. :) Jednego tylko nie ogarniam - start po 2 godzinach snu?? :) Tomasz Ławniczak (2010-07-27,15:12): Nie bój się Marek. Ja też czasami siebie nie ogarniam ;D Ale rozsądne to to nie było ;) izamoskal (2010-07-30,00:49): Obiad przed biegiem w Warszawce masz zapewniony ;)
|