Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [48]  PRZYJAC. [172]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
raFAUL!
Pamiętnik internetowy
poalkoholowe bełkotliwe mądrości

Rafał Kowalczyk
Urodzony: 1978-01-26
Miejsce zamieszkania: Wrocław
144 / 217


2011-09-21

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
człowiek smerf (czytano: 718 razy)



Jest dziesięć. Dwucyfrówka, hip hip hurra. Dziesięć - drugi najlepszy wynik w tym roku! Jestem z siebie obrzydliwie dumny. No bo, jak to pięknie brzmi: dziesięć dni w zupełnej trzeźwości. I choć sok jabłkowy nie spełnił pokładanych w nim nadziei – było w tym trochę mojej winy, kupiłem taki naturalnie mętny i za żadne skarby nie chciał przypominać z wyglądu (ze smaku tym bardziej) białego wina – to znalazłem coś lepszego. Piccolo! Dzieciom niech będą dzięki, że są i mają co roku urodziny, na których piją bezalkoholowe szampany owocowe. Ten mój dzisiejszy – wiśniowy – był boski. I nawet korek jak trzeba strzelił. Wystarczyło zedrzeć tę kolorową folię z butelki i wszystko się zgadzało. To był naprawdę wspaniały dzień.

Z tej okazji napiszę coś optymistycznego (będzie jak u Kasi Kowalskiej*).
Piątkowa, niedzielna i wczorajsza – te trzy kolejne specjalistyczne jednostki treningowe poszły tak dobrze, że nie rozumiem, co się dzieje. Padły mi wszystkie plany i strategie na najbliższe zawody. Zaszły zmiany. O tak, zaszły. Tego akurat oczekiwałem, bo zasuwam od 15 tygodni po około 100km tygodniowo. Ale sądziłem, że wzrost możliwości fizycznych mojego organizmu odbędzie się płynnie. Delikatnie, prawie niezauważalnie, a nie skokowo. Książki powiadają, że tyle a tyle, co tyle a tyle. A nie tyle, po prostu tyle i teraz. Gdybym był bohaterem kiepskiego filmu sci-fi lub komiksu dla dziesięciolatków wyglądałoby to tak, że tuż po napromieniowaniu promieniami Alfa z kosmosu, albo po zielonym fluorescencyjnym zastrzyku zafundowanym mi przez szalonego naukowca lub ugryzieniu przez jakiegoś czerwonookiego robala nagle odkrywam, że rosną mi czułki, z pleców wyłażą super twarde włosy, a na nogach pojawiają się łuski. Widzę w ciemnościach, słyszę szept konspiratorów wprost z Korei Płn., łażę po ścianach i oddycham pod wodą. Oczywiście to wszystko wcale się nie stało i nadal jestem tym fajnym, przystojnym i niepijącym od dziesięciu dni Rafałem. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy tygodnie temu umierałem przy sześciu kilometrówkach w tempie w okolicach 3:55/km, a w piątek, w tychże okolicach prędkościowych, tętno nie chciało przekroczyć 160ud/min. Dopiero, gdy 5,6 i 7 powtórzenie interwału wykonałem poniżej 3:45 łaskawie wskoczyło na 90%max. W niedzielę ostatnie 7km BNP tuż po 25km długiego wybiegania kończyłem po 4:20, a wczoraj po 22km zróżnicowanego treningu pobiegłem na koniec 4km w średnim tempie 4:05 z tętnem w okolicy 80%max. No nie to, że chcę się koniecznie pochwalić (mimo, że chcę), bo dla wielu 3:45 to tempo rozgrzewki i w ogóle wstyd wyskakiwać z takimi wynikami, ale jeśli to kwestia alkoholu, to…to…
.
.
nieeee, to nie może być kwestią niepicia. To byłoby głupie i absolutnie niefajne. Zamierzam przecież pić – jestem Polakiem. Jak ktoś ma pomysł, o co w tym wszystkim chodzi, to czekam na pomoc. I to szybko. Wiecie, będą imieniny, święta, sylwester. Ja nie mogę nie pić!

Wracając do optymistycznych rzeczy.
Kiedyś pisałem, że bieganie zaczyna się poniżej 4:00/km. Tzn. kiedy się takie tempo potrafi utrzymać bezproblemowo przez przynajmniej 10km. Zmieniam zdanie. Potrafię już przez jakiś czas „posiedzieć” poniżej tego tempa, ale za cholerę nie wygląda to jakbym biegł. Wciąż poruszam się pokracznie, stawiam małe i koślawe kroki i na fotach wyglądam jak chodziarz. Dowód: jeszcze nikomu nie udało się zrobić zdjęcia mojej osobie w sytuacji, kiedy mam oderwane obie stopy od ziemi. Podczas tego nibybiegu, ma się rozumieć. I to jest frustrujące. Niedawno robiłem kilometrowe interwały w tempie 4:20/km. Teraz robię to ponad pół minuty szybciej i wciąż nie mogę napisać, że biegam. To dalej …trucht, tyle, że szybszy. O! To taki szybszy trucht właśnie. Myślę sobie, że bieganie to musi się zaczynać przy przynajmniej dychaczu poniżej 3:30/km. Ciekawe jak długo musiałbym nie tykać alko, żeby nabiegać te 35min? Nierealne.

* żart branżowy


Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga


raFAUL! (2011-09-21,22:21): Ja raz miałem 4:58 na 1500m. To średnio ze 3:19/km! Byłem na kacu. Dostałem pucharek. A potem to dopiero miałem kaca.
kemezrp (2011-09-21,23:37): ja nabiegałem życie na 800 metrów po mega balandze, wypiłem z 6 browarów, jak dla mnie to dawka alkoholu przekraczająca granicę mojej przyzwoitości. Niestety to na długich dystansach się nie sprawdza. Teraz biegam 5, 10, 15, 21km i unikam napojów wyskokowych. Raz eksperymentowałem z browarami przed 15ką dzień przed.. efekt marny. Jeżeli chcesz podnosić wyżej nogi rób więcej sprawności np. siła biegowa, płotki, ćwiczenia ze sztangą, ćwiczenia stabilizujące ..pomoże.
Maria (2011-09-22,19:12): normalnie gratuluję,oczywiście wyników ,ale żeby zachować równowagę w przyrodzie: dziś będę się raczyła bimbrem z colą:))) A wiesz co to jest"burlich"?
dziesiatka (2011-09-30,20:34): zgoda na wszystko ale...przystojny????:)
raFAUL! (2011-10-01,13:31): A co? Że niby Ty jesteś?







 Ostatnio zalogowani
jaro109
06:14
marekch11
03:49
Piotr100
01:21
Grzegorz Kita
01:08
SzyMen
23:33
uro69
23:10
wujotem
22:53
soniksoniks
22:37
damwoj
22:35
ProjektMaratonEuropaplus
22:29
kris1020
21:59
Patriszja11
21:39
jantor
21:00
ziutek58
20:51

20:50
gpnowak
20:49
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |