Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [18]  PRZYJAC. [279]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Tr
Pamiętnik internetowy
Biegam, więc żyję.

I W
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania:
403 / 483


2013-08-19

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Katorżnik 2013 17.08.2013 (czytano: 719 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=yMMUZLmQPAM

 

Po ciężkim piątku sobotnia pobudka o szóstej to naprawdę było wyzwanie. Nie dość, że sama nie potrafiłam się obudzić, to parę metrów dalej, w sypialniach dzieci czekało mnie o wiele większe wyzwanie. O ile Monię na nogi stawia pogłaskanie po łebku i wystarczy cos tam pomarudzić dziecku do uszka, o tyle z Wiką jest ciężka sprawa. Dziecko to śpi jak zabite, nie budzą jej armaty ani nic. Trzeba się wykazać talentem i pomysłowością, żeby tego śpiocha wytargać z łóżka, na szczęście po latach mam już niezłą praktykę i naprawdę spore umiejętności. Poszło w miarę gładko. Dwa, już wcale niemałe upiory powlokły się do kuchni na śniadanko, które Marcinek podsunął nam pod nosy. To było bardzo ważne śniadanie, bo przedkatorżnicze więc trzeba było porządnie zjeść.

Potem pożegnaliśmy sukę naszą Krupską, która to smętnym wzrokiem odprowadziła auto aż na wysokość Filoptyka i każdy zajął się swoimi sprawami. Idąc od przednich siedzień: Marcin kierownicą się zajął, ja podziwianiem znajomych widoków a dzieciaki książkami, kłótniami i prośbami: możesz to puścić jeszcze raz?.

Słońce bezlitośnie świeciło nam w ślepia, krajobrazy zmieniały się w umiarkowanym tempie i bez większych przygód udało nam się dojechać do Lublińca. Marcin trochę marudził, że organizatorzy prowadzą chyba już na etapie dojazdu wstępną selekcję, bo on nie wie jak jechać. Ale Cinek zawsze dojedzie. On ma gpsa pod skórą i zawsze wie gdzie jest. Zaparkowaliśmy na przeuroczym parkingu, obok pewnego żorskiego busa z którego wysypała się trójka dzieci, dwa psy i dwoje przemiłych dorosłych, z czego jedno z dredami.

W pierwszej kolejności należało przypilnować dzieciaki, żeby ubrały katorżnicze zbroje, bo to one szły na pierwszy ogień. Z naszych wszystkich dzieci jesteśmy bardzo dumni, bo wykazały się odwagą niezwykłą, hartem ducha i do tego wdziękiem z pierwszych stron magazynów dla pań. Z tym, że z najmłodszą uczestniczką poleciała Marta, jako przykładna Matka Polka, która dba o rodzinę w każdej sytuacji. I trzeba to docenić naprawdę bardzo, ale to bardzo, bo środowiskiem naturalnym Marty nie jest sport, tylko praca, rodzina i książki, niekoniecznie w tej kolejności. A tu, Marta nie tylko towarzyszyła najłodszemu dziecku w bojach o podkowę, ale i sama wzięła w nich udział niechcący, ponosząc przy tym niebagatelne straty. Jest bodaj jedyną osobą, która przeleciała trasę mini, w błocie po pachy, z aparatem na szyi, która dobiegła na metę bez butów, bez ciuchów na zmianę ale za to z dzieckiem, które uzyskało status „Katorżnika”. Naprawdę podziwiam i wyrażam pełen szacunek dla koleżanki, bo ja bym na boso do tego błota nie weszła, a matka potrafi wszystko! Pomyślałam sobie tylko jakie to szczęście, że moje dzieci są już tak duże, że mogą same latać po trasie. Martuś! Jesteś wielka! :)

Starsze dzieci bez żadnych ceregieli przebiegły swoje trasy z dumą odbierając katorżnicze laury. Widzę po moich dziewczynach, że cenią sobie to trofeum, choć poprzednie zniknęły z honorowych miejsc w pokojach. Musze zapytać o przyczynę.. jakoś wcześniej nie przyszło mi to do głowy.

I tak to nieubładanie nadchodziła godzina mojego startu. Adrenalina mi się nieco podniosła kiedy wciskałam się w ciuchy, które miały oddać życie na Katorżniku. Buzowała nieźle kiedy z czułością po raz ostatni wiązałam moje wysłużone mizunki (w sumie dobrze im tak, nie raz i nie dwa otarły mi stopy). Apogeum nastąpiło przy odliczaniu do startu ale kiedy wskoczyłam do wody poczułam się zupełnie spokojna i szczęśliwa.. o jakże głupia i naiwna byłam…

Miłe złego początki…

Wpadłam do wody i hajda za dziewczynami do przodu. Fajnie było. Duża, roześmiana grupa parła do przodu wesoło sobie pogadując, podtrzymując koleżanki które niepewnie czuły się w głębokiej wodzie i tak prawdę mówiąc przez spory kawał drogi wyglądało na to, że tak będzie do końca. Połowa trasy była naprawdę lekka, łatwa i przyjemna. Czad. Pomyślałam nawet, ze jest sto razy łatwiej niż trzy lata wcześniej.. kretynka…

Druga strona jeziora zbliżała się wolno lecz nieuchronnie. Zaczęły się schody. Ale nawet wtedy nie było jeszcze źle. Rowy były w miarę przyjemne, jeśli można w ogóle coś takiego powiedzieć o rowie pełnego brudnej, śmierdzącej brei ale dawało się w nich normalnie iść. To szłam. I tak szłam, znieczulona spokojem na trasie aż w pewnym momencie dotknęłam jakiegoś korzenia. Wydawało mi się nawet, że tylko musnęłam. Wydawało mi się to tylko przez chwilę bo nagle w myślach zaczęłam kląć z bólu na czym świat stoi, z tym że na zewnątrz wyrwało się tylko „ja p*ę”, po czym w myślach powtórzyłam to samo kiedy ból zaczął wędrować od rzepki, po udzie aż do pachwiny i nie zanikał tylko raczej narastał. Nie no koniec świata – pomyślałam dziękując przy okazji Bogu za taki drobny wynalazek jak rzepka. Gdyby nie ona to nie wiem co byłoby z kolanem. Przez chwilę miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko ale ze wszystkich sił strałam się do tego nie dopuścić. Tak naprawdę to z bólu mnie zatkało. Oddech mi się skrócił, do ócz napłynęły łzy i trochę sobie pojęczałam. „Jak się pani czuje”? To wolontariuszka okazała troskę „a nic, luz, dam radę” odpowiedziałam myśląc :niech mnie ktoś z tego gówna wyciągnie, ja mam dość. Ale polazłam dalej. Cała ta przygoda miała ten pozytywny skutek, że potem już żaden konar, trzcina, gałąź zadająca ból moim goleniom nie robiła na mnie żadnego wrażenia. A nogi mam poobijane konkretnie. Im bliżej mety, tym gorsza robiła się trasa. I ile można było odetchnąć na krętych leśnych odcinkach o tyle zaraz potem człowiek wpadał do cuchnącego bagna niemal po pachy, pełnego niespodzianek dobrze ukrytych dla oka, doskonale odczuwalnych dla kończyn dolnych. Zyć nie umierać! Pod koniec, kiedy widziałam kolejny rów, robiłam się wściekła. Byłam zmęczona, zmarznięta, głodna jak nie wiem co i wciąż miałam nadzieję, ze za chwilę już na pewno będzie łatwiej. Ale nie było. Do samego końca było ciężko jak diabli, do samego końca organizatorzy dbali o to, żeby nas zaskoczyć i w moim odczuciu udało im się to znakomicie.

Cały czas jak nie rów z wodą to prawdziwe bagno z którego nie szło wyciągnąć nogi. Jak nie korzenie, to choćby strome podjeście czy jakieś obrzydliwe rury przez które trzeba było przejść. Jak nie drabinka na molo, to choćby brudna piwnica, przed którą jeszcze dało radę postawić ławkę, żeby nie było zbyt łatwo. Jak nie zasieki, to opony. Zasieki wywołały nawet na mojej twarzy nikontrolowany uśmiech. Po prostu nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Ten uśmiech zamienił się zresztą na chwilę w zwykłą głupawkę ze zmęcznia. No Jeeeezzzzzuuuu - pomyślałam - czy to się nigdy nie skończy??


Kiedy dobiegałam do mety znowu chciało mi się ryczeć ale tym razem ze szczęścia, że tu już koniec. Kiedy przełaziłam przez ostanią przeszkodę, pień położony w szerz betonowego molo, nie mogłam się doczekać mojej podkowy. Naprawdę na nią zapracowałam. Trasa bolała, powiedziałam sobie, że to już ostatni raz i nigdy więcej. Ale się wyspałam i tęsknię za Kokotkiem. To raczej nie było ostatni raz.

A po imprezie usiadłam sobie na słoneczku z moimi dziećmi, rozmawiałyśmy sobie o naszych biegach a moje ciało zaczynało odzyskiwać zwyczajową temperaturę. Przyszła Gabrysia, która to dopingiem postawiła mnie do pionu na ostatnich metrach. Ten kto Gabrysię zna, ten wie, że trupa potrafi zerwać na równe nogi wrzaskiem nieziemskim. Rozmowy były nieśpieszne, leniwe ale bardzo przyjemne. A potem jeszcze rozwaliliśmy się na trawie parkingu. Dzieciaki grały w piłkę, psy dziczyły na trawie a my, dorośli mogliśmy sobie poopowiadać głupoty. Wróciliśmy do domu już po zachodzie słońca ale to był za krótki dzień. Takie dni powinny trwać wiecznie. Było po prostu przefajnie. I tyle. :)

PS. Od soboty śmierdzę. Smrodu rowów nie da sie tak szybko usunąć jak brudu. Śmierdzi ode mnie okropnie, mimo, że mydełko mam bardzo mocno pachące to nie działa. Przez pory nadal wydziela sie ze mnie zpach moczarów. Jeśli więc ktoś bęzie sie ze mną widział w najbliżych dniach to bardzo proszę mnie nie przytulać, nie podchodzić za blisko i najlepiej to wstrzymać oddech. Albo proszę sobie to wdychać ale na własną odpowiedzialność. :)






Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


sojer (2013-08-19,11:08): Wiele potrafię zrozumieć, ale startów w biegach typu katorżnik ni cholery.
Tr (2013-08-19,11:14): Hm... ale przecież nikt Ci nie każe .. :)
Biegam dla zdrowia (2013-08-19,11:25): A ja mogę zrozumieć, bo to wciąga jak bagno:) Mnie wciągnęło już trzy razy. Gratuluję zwycięstwa nad samą sobą! Brawo!
Tr (2013-08-19,11:30): Właśnie tak! Wciąga jak bagno i człowiek nawet nie wie kiedy wtapia. :)
Tr (2013-08-19,11:31): Tak sobie jeszcze myślę, że rzeczy nie do ogarnięcia to ludobójstwa, morderstwa, kradzieże, pobicia, głód.. a Katorżnik? Czym jest Katorżnik w prónaniu z takimi rzeczami. Co tu jest do rozumienia. Albo się to lubi albo nie. :)
snipster (2013-08-19,11:52): faktycznie na filmiku wyglądasz na "lekko" zmęczoną mentalnie ;) no ale jak to mawiają, co nas nie zabije, to nas wzmocni :) spróbuj się nakremować jakąś niveą, albo innym cudem balsamem, który wsiąka w skórę. Taplanko w błotku... normalnie jak na obozach ZHP ;)
kris0309 (2013-08-19,12:50): Szacun, tak się dać sponiewierać...
paulo (2013-08-19,13:07): niech nam żyje Iza :) Brawo!
Inek (2013-08-19,14:06): Bardzo fajne zdjęcie :)
Rufi (2013-08-19,14:14): Jak dobrze, że widzimy się dopiero za dwa tygodnie :-) Śmierdzielówo! :-)
Rufi (2013-08-19,14:15): Zobaczysz, że kiedyś dostaniesz tężca od tych nienormalnych zawodów!
adamus (2013-08-19,21:13): Brudas, brudas, brudas..... Kochany Brudas :))))
jacdzi (2013-08-19,22:53): Po tygodniu wietrzenia sie Twoj zapach wroci do normy, a przezyc Ci nikt nie odbierze, Katorzniczko!
Namorek (2013-08-20,20:48): Nie potrafię zrozumieć tej miłości do tego typu biegów - ale podziwiam !!! :-)
michu77 (2013-08-21,09:54): ...gratki... fajne przeżycie ;-)
Tr (2013-08-21,10:57): Piotrek, wszystko na filmiku jest z końca trasy. Byłam tak zajechana jak koń po Pardubickiej. Ze zmęczenia też mi się chciało ryczeć. Ja nie mam teraz kondychy żeby zwykłą dychę po asfalcie zrobić bez zadyszki a tu takie coś. :))
Tr (2013-08-21,11:00): Ależ Jacku, już bardziej mokrego podkoszulka nie dało sie mieć. Przed chwilą wszak wylazłam z jakiegoś rowu, czy coś. :) Dzięki za graty. :)
Tr (2013-08-21,11:00): Dzięki Krzysiek. :)
Tr (2013-08-21,11:02): Dziękuję Paweł. :)
Tr (2013-08-21,11:04): Uswiadomiłeś mi Ignacy, że ja nie wiem skąd to zdjęcie wzięłam... niedobrze. :/
Tr (2013-08-21,11:05): Oj tam Eluś. Tężec zdarzył mi się dwa razy w życiu ale za to mam dwie świetne córki! Na trzecia też jest w domu miejsce. :))
Tr (2013-08-21,11:06): I jak tu Cię nie kochać MIreczku, Ty moje słoneczko kochane. :)
Tr (2013-08-21,11:07): Powiedziałabym Jacku, że mój zapach jest już neutralny.. choc może po prostu przyzwyczaiłam się do swojego smródku. :))
Tr (2013-08-21,11:08): Dziękuję, dziękuję, dziękuję! :)
Tr (2013-08-21,11:09): Dzięki Michał. Bardzo fajne przeżycie. Zwłaszcza z perspektywy paru dni, w czystych ciuchach przed kompem. :)







 Ostatnio zalogowani
Piotr100
01:21
Grzegorz Kita
01:08
SzyMen
23:33
uro69
23:10
wujotem
22:53
soniksoniks
22:37
damwoj
22:35
ProjektMaratonEuropaplus
22:29
kris1020
21:59
Patriszja11
21:39
jantor
21:00
ziutek58
20:51

20:50
gpnowak
20:49
Stonechip
20:33
marekch11
20:00
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |