Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [2]  PRZYJAC. [91]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Tomasz Ławniczak
Pamiętnik internetowy
"we all fall down once a while"

Tomasz Ławniczak
Urodzony: 1982-11-06
Miejsce zamieszkania: Poznań
314 / 401


2010-05-17

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
eventfull weekend (czytano: 270 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://picasaweb.google.pl/thomaslawniczak/Jedlina#

 

Mijający weekend miał dwie "strony mocy". Ciemną i jasną. Niemniej było ciekawie.

Sobotę należy zaliczyć do tej ciemnej... z happy endem. Już wychodząc z domu o mało co nie spóźniłem się na pociąg bo nie wiedziałem jakie rzeczy zabrać. W ostatniej chwili "zabity" panującym chłodem cofnąłem się po grubszą kurtkę, rękawiczki i parę innych drobiazgów. Przez 5h w pociągu nudy. Dopóki nie dotarłem na dworzec Wałbrzych Główny. Tam okazało się iż pociąg na który miałem się przesiąść już pojechał. Następny za 4,5h. Pierwsza myśl "idę z buta, to tylko 10km":] Zrezygnowałem. Zaczęło się szukanie jakiegoś autobusu do Jedliny, próba dodzwonienia się do znajomego który miał już być w Jedlinie, wypytywanie o drodze. Wkońcu skierowany do centrum trafiłem na dworzec PKS. Anyway, dworzec główny w Wałbrzychu leży na peryferiach, dookoła pełno "pijalni piwa", "dziwnej" młodzieży, strange place. Dworzec PKS... hmmm... słowo dworzec powinienem skreślić. Na szczęście za 0,5h jechał jeszcze jeden autobus do Kłodzka. I tak szczęśliwie dotarłem do Jedliny.

Aczkolwiek kłopotów było mi jeszcze mało. Zadowolony z piękna okolicy wybrałem się na miejsce w którym miałem mieć nocleg. Tam dowiedziałem się że nie składałem żadnej rezerwacji... choć ją składałem. Właściciel nie wzruszony nie chciał mi pomóc mimo iż mu powiedziałem że nie jestem samochodem. Cóż, czasami jestem za spokojnym człowiekiem.

Wybrałem się szukać wolnego pokoju. Po trzeciej nieudanej próbie, załamany i przerażony wizją nocowania na dworze, dzwonie do Marka. Tu wielkie dzięki dla Ciebie Marku za mega pomoc, wcześniej w Wałbrzychu i już w samej Jedlinie. Obdzwaniam kilka miejsc które pamiętałem i wkońcu jest. Z tym że muszę przejść 5km, większość pod górkę, ale to już pikuś, pan pikuś:] Aaaa, nocleg u państwa Biegunów polecam miło, przyjemnie i przytulnych warunkach. Uff... sobota dobiegła końca;)

W niedziele budzę się wcześnie, trochę z nerwów że zaśpię. Śniadanie, przywracanie pokoju do stanu pierwotnego i w drogę. Tym razem już cały czas z górki, nie mogąc się nadziwić pięknu okolicy. Po drodze odbijam na chwilę na opuszczoną stację kolejową Jedlina Górna. O dziwo szynobusy tam się jeszcze zatrzymują. Kilka zdjęć znajdziecie w linku. Po dotarciu na miejsce jest jeszcze wcześnie i jak dla mnie... mega zimno. A schować nie bardzo jest się gdzie. Humor trochę mi się poprawia gdy przyjeźdżają Kaliszacy Mariusz, Piotr i Paweł, którzy dzień wcześniej biegali ze Szrenicy na Śnieżkę i z powrotem. Harpagany jedne ;D

Przebranie się w tych warunkach na dworze przyprawia mnie o drgawki, ale nauczony doświadczeniem nie przesadzam z ubiorem. Biegać będziemy po lesie, zatem nie będzie tak wiać, a wiatr był najgorszy. Chwilę przed biegiem na boisku obok startu rozpoczyna się mecz piłkarski Jedlina Zdrój - Zagłębie Wałbrzych (B Klasa).

Kilkadziesiąt sekund później czas na nas. Może zdążę na ostatnie parę minut;D Zaczynam ze standardowego ostatnio dla mnie miejsca czyli z tyłu. Początkowe 2km w zasadzie płaskie kółko w okolicy startu. Staram się dotrzymać tempa Mariuszowi. Po chwili zaczynam mu uciekać, doganiam Pawła. Gdy zaczyna się pierwszy prawdziwy podbieg / podejście zostają z tyłu. Formują się małe grupki. W mojej do 9km jest pewna Czeszka, która jest dla mnie wyznacznikiem czy nie zwalniam za bardzo. Oczywiście wychodzi na to że nie umiem zbiegać, bo na każdym zbiegu jestem doganiany. Trochę ze strachu, trochę z racji braku doświadczenia a także z racji butów w których biegnę cały czas zbiegam jakby z zaciągniętym ręcznym. Trzeba uważać na błotne pułapki. Na szczęście trzymam pion. Choć na podbiegach nogi stają się betonowe. Pierwszą ponad 11km pętlę kończę w 55min.

Wg realnych założeń przedstartowych miałem złamać 2h, biec spokojnie. Już po pierwszej pętli wiedziałem że takie coś to na luzie zrobię. Zacząłem myśleć o czymś lepszym. Szczególnie że druga pętla miała tylko 10km. Drugi podbieg na najwyższy punkt na trasie daje w kość. Choć cały czas panuję na tętnem. Walczę samotnie starając się obserwować plecy. Zbieganie jest już trochę bardziej na luzie. Podbiegi pokonuje szybko bo to ostatni raz.

A wszystko to mimo iż momentami ciężko, boli, pojawiają się wesołe myśli "ja pier****, kiedy koniec tego cholernego podbiegu" albo "może lepiej będzie z tej górki stoczyć się jak kula śniegowa", to cały czas sprawia mi to frajdę, ani przez moment się nie nudzę .... dlaczego takich górek nie ma w Poznaniu?;)

Jeszcze jeden mega stromy zbieg i ostatni km już po płaskim, byle szybko do mety. I jest coś niesamowitego - 1:42:35. Połówka szybciej niż dwa tygodnie wcześniej z Mogilna do Trzemeszna. Trochę czekam na mecie, dobiegają po kolei Kaliszacy, wszyscy zdecydowanie przed czasem.

W międzyczasie kończy się obok mecz. Widziałem ostatnią bramkę na 3:3 :]

Dekoracja, losowanie w którym wylosowałem pas na bidon i czas w drogę do domu. Dzięki kolegom którzy zawieźli mnie do Wrocławia w domu wylądowałem 3,5h wcześniej niż planowałem. Zmachany, głodny, bardzo senny ale szczęśliwy że dałem radę. Chciałbym tak z miesiąc potrenować w górach. Wtedy to bym śmigał;)

PS. Choroba się zaostrza, jako że nic mnie nie boli, dzisiaj już przeglądałem kalendarz... w poszukiwaniu biegów górskich w wakacje :D ;P

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
kos 88
23:33
manjan
22:50
pjach
22:40
maxxxik822
22:35
pbest
22:26
szyper
22:23
miłośnik biegania
22:17
szymon_p
22:09
wwdo
21:39
kruszyna
21:33
romelos
21:30
Bartuś
21:22
kostekmar
21:18
jacek83
21:01
Pawel63
20:51
ruski22
20:28
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |