Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [8]  PRZYJAC. [114]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Ojla
Pamiętnik internetowy
Mandala ...

Jolanta Pawłowska
Urodzony: --------
Miejsce zamieszkania: Warszawa
133 / 209


2009-05-07

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
W pogoni za żubrem ( w SPD-ach) (czytano: 314 razy)



Odkąd kupiłam sobie mojego Duszka wydaje mi się, że ściganie na góralu, to przede wszystkim adrenalina. I coś zapewne w tym jest, bo adrenalina towarzyszy mi nieprzerwanie. Obecnie adrenalina jest ze mną w każdej jeździe, nie tylko na zawodach. Jaka jest tego przyczyna? SPD-y!!! Bardzo żałuję tego, że tak późno zdecydowałam się na nie. Teraz jazda w nich spędza mi sen z powiek. No bo jak to zrobić, by przestać o nich myśleć a działać intuicyjnie? Jak na razie nie bardzo mi to wychodzi, stąd mój strach przed poważnymi maratonami. Oczywiście same SPD-y nie są tu winne. Dochodzi do tego Absolutny Brak Umiejętności Technicznych Jazdy w Terenie. Stąd nawet tak prosty w założeniu Skandiamaraton w Białowieży wzbudzał u mnie pewien lęk: piach i SPD-y!!!
Zatem nie pozostało mi nic innego jak powoli oswajać się z tym zadaniem.
Pierwsze założenie: startuję na samym końcu – wtedy nie powinnam mieć żadnej kolizji.
Okazało się jednak, że jest wydzielony sektor dla nowych z Grand Fondo i Medio, a w następnym sektorze ustawieni są zawodnicy na Mini i odpowiednio dalej na Rodzinny.
Zatem stajemy z Witu w pierwszej linii. Obok nas stoi młode dziewczę. W toku rozmowy zdradza nam swój patent na brak skurczy. Witu skrzętnie zapamiętuje. Może to wykorzystamy? Startujemy. Ja zdecydowanie mocno asekuracyjnie przesuwam się na tyły, by zrealizować pierwsze założenie. Witu postanowił jechać ze mną, co trochę mnie speszyło, bo przyzwyczaiłam się do jazdy samotnie i własnym tempem, no i jeszcze wyrzuty sumienia miałam, że jego wynik od razu bardzo się pogarsza.
Bardzo szybko okazało się, że jesteśmy na szarym końcu (wszyscy docisnęli na asfalcie aż miło). Moje początkowe kilometry nigdy nie są szybkie, zatem specjalnie tym się nie zmartwiłam, zresztą zamierzałam zrealizować drugie założenie, czyli ukończyć, a był to najdłuższy mój dystans w tym roku (najdłuższe to 2 x po 40 km). Po kilku kilometrach po lewej stronie drogi natknęliśmy się na dziewczynę, która potrzebowała imbusa. Wróciliśmy się. Witu dokręcał przerzutkę, gdy nadjechała grupa startująca na dystansie Mini (wystartowano ją 5 minut później). Gdzieś w połowie ich stawki włączyliśmy się na trasę. Od startu miałam problem z licznikiem. Po prostu nie wyregulowałam czujnika po założeniu koła. Podczas postoju technicznego przy tej dziewczynie postanowiłam spróbować odpalić czujnik. Coś jednak nadal było nie tak ale szkoda już było czasu. Podczas jazdy Witu zadał mi pytanie dotyczące tego licznika i … no co tu dużo gadać, zahamowałam by sprawdzić i … wykonałam piękny upadek do rowu, wymachując kołami pod niebiosa. No nie wiem. Jak tu pamiętać o tych SPD-ach????? Kolejna 3 gleba zaliczona praktycznie w ten sam sposób!!! Całe szczęście, że opanowałam już pady na lewy bok i jak do tej pory kończy się na siniakach i podrapaniach (bez złamań)!
Jedziemy dalej Ja jadę na zegarek. Pierwsze 20km dokładnie zajęło nam godzinę. Rewelacyjnie oznaczona trasa – co 5km tabliczka z dystansem. Trasa sympatyczna, choć „nudna”, dla tych, co widzieli tylko migające drzewa i tuman kurzu z piaszczystego podłoża (średnia na Fondo ponad 30km/h). Ten piach skutecznie hamuje moje zapędy by przyspieszyć. Normalnie przy większej prędkości wpadam w poślizg!!! Zatem zwalniam. Odbijam to sobie na odcinkach asfaltowych, gdzie nawet moje oponki 2,25 nie przeszkadzają. W pewnym momencie Mini skręca w prawo. Od tej pory jedziemy sami. Telewizja nas filmuje z samochodu, pusto na bufetach – można się zatrzymać, wypić napój z kubeczka, przegryźć ciastka lub wziąć batonika. Po jakimś czasie zauważamy na horyzoncie żółtą koszulkę. Chyba przyspieszamy ale koszulka zbliża się bardzo powoli. Dojeżdżamy do Narewki. Tutaj Witu robi zdjęcia, rozmawia z miejscową ludnością. Ja jadę, bo przecież i tak mnie Witu dogoni. Bufet w piachu a po nim mata. Wracamy na asfalt. Droga do Masiewa. Byłam tam kiedyś. To już przy samej granicy. Bardzo klimatycznie. Podobno ma tam działkę Pazura. My jednak skręcamy w prawo w mocno piaszczystą drogę, nieco pod górkę. W końcu dochodzimy żółtą koszulkę, która stanęła w lesie. Kolejny raz służymy pomocą techniczną – zakleszczony łańcuch. Dziewczyna jest już jednak zmęczona. Przez 2-3 kilometry próbuje jechać z nami ale odpada. Po chwili jeszcze jeden uczestnik (najstarszy) zostaje przez nas minięty. Chwilę potem jeszcze jeden. Na więcej się nie zanosi, bo przed nami tylko turyści z sakwami. Dojeżdżamy do Starej Białowieży. Tutaj o dziwo jeszcze jakiegoś bardzo młodego chłopca mijamy. On stara się nas nie tracić z oczu. Dopóki jedziemy szosą jest nieźle. Niestety skręcamy w lewo i zaczynają się betonowe płyty. Tego bardzo nie lubię. Do tego dochodzi podjazd (chyba te 25 metrów, które jest w opisie trasy). To już jest tuż przed metą. Dojeżdżamy do stadionu. Skręt w lewo i wpadamy w tłum spacerowiczów. To jedyny odcinek trasy, który nie był dobrze zabezpieczony. Tutaj niespodzianka. Ostry podjazd obok schodów na bieżnię. Ja panikuję i zsiadam z roweru. Tutaj dopada mnie młody, który oczywiście podjeżdża. Bieżnia. Sypki i głęboki w niektórych miejscach szary piach. Witu po dżentelmeńsku czeka na mnie, by razem wjechać na metę.
Niestety nie udało nam się zmieścić w trzech godzinach ale mieliśmy satysfakcję, że „długasy”, czyli Ci z Grand Fondo nas nie dopadli.
Na mecie właściwie nie zmęczeni poszliśmy na posiłek regeneracyjny: kiełba lub karkówka z grila z surówką i pieczywem. Ania i Witu postanowili nie czekać na losowanie tylko iść sobie coś jeszcze pozwiedzać. Ja położyłam się na trawce i oglądałam dekorację. Potem przemieściłam się, by złożyć gratulacje naszej koleżance z sektora, którą okazała się Emanuela Kufera (pozdrowienia dla Jane :) ).
Wołany jest również najstarszy uczestnik (rocznik 1946), któremu orgowie na scenie puszczają … „wesołe jest życie staruszka …” . Na takiego bardzostaruszka to on nie wyglądał. Ciekawe jak się z tym czuł???
Skutera niestety nie wylosowałam :( ale bardzo miło spędziłam czas no i zrobiłam porządny trening!!! :)
A po powrocie na działkę (40 km od Białowieży) nareszcie mogłam napić się piwa!!!!!!!!! Po ponad dwutygodniowej absolutnej abstynencji (antybiotyk pokleszczowy ) i 64 przepedałowanych po puszczy kilometrach nareszcie upolowałam Żubra!!! :) :) :)




Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


Marfackib (2009-05-08,07:51): Super relacja. Opanowanie SPD-ów to tylko kwestia czasów. O umiejętności techniczne się nie martw, gdzyż większość ludzi z nizin ich nie posiada, po prostu nie mamy gór i nie ma tego gdzie trenować :-)))







 Ostatnio zalogowani
jaro109
06:45
jacekklosek
06:31
pckmyslowice
06:11
Andrea
01:45
Artur z Błonia
22:44
szalas
22:40
jacek50
22:29
Piotr100
22:26
manjan
22:17
maratonczyk
22:10
rdz86
22:02
janusz.m
21:59
japaszk
21:57
maleńka26
21:46
benfika
21:42
Pawel63
21:32
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |