2008-02-06
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Śpiew biały i dzikowe łosiowe (czytano: 122 razy)

W poniedziałek znowu było wysokoobrotowo. Postanowiłem nie zważając na przeciwności wreszcie wyrwać się na warsztaty białego śpiewu ukraińskiego na Nowogrodzką. A przeciwności trochę było. Bo moja Ania w poniedziałki w dwóch robotach pracuje od świtu do późnej nocy. Ja zaprowadzam dzieciaki do szkoły, babcia odbiera je ze szkoły i zaprowadza Szymka na reedukację a Zosię na ceramikę, a ja odbieram po zajęciach dzieciaki i prowadzę do domu, po czym organizuję im posiłek. Żeby udało się to wszystko do 18.30 muszę zrobić zakupy przed pracą po zaprowadzeniu potomstwa do szkoły. Czyli lekkie spóźnienie do roboty. A zamiast obiadu z prawdziwego zdarzenia szybkie tosty. Dzieciaki przez dwie godziny muszą zostać w domu same z psem, ale nie są już przecież takie malutkie.
Wreszcie mknę rowerem do centrum i znajduję miejsce warsztatowe. To chyba także siedziba zespołu Werchowyna. Warsztaty ciekawe, prowadzi je Ewa Wróbel. Jest dziesięć osób, stoimy w kole w sali z licznymi obrazami (galeria jakaś?). Zaczynamy od ćwiczeń przypominających rozciąganie biegaczy, potem ćwiczenia oddechu i emisji dźwięku, różne okrzyki, długie zawołania itp. Wreszcie rozdane zostają teksty kilku piosenek, Ewa szybko nas z nimi zapoznaje, śpiewamy poszczególne głosy, niepostrzeżenie jedziemy razem, każdy swój głos. Panowie przytłaczają trochę panie, proporcje powinny być odwrotne: dominacja głosów kobiecych, mężczyźni robią podbudowę od dołu. Szczególnie ciekawa jest Koljada z zahadoczkami, bardzo fajna rytmicznie, głosowo i konstrukcyjnie. Następne zajęcia za dwa tygodnie, postaram się dotrzeć, bo rewela.
A we wtorek po raz pierwszy od co najmniej miesiąca udało się pobiegać w dzień powszedni. Bo Ania nie poszła tego dnia do roboty i troszku zajęła się rodziną. Umówiłem się z B&B na wspólny dojazd na Łosiowe Błota z Szarą. Ledwo się wyrobiłem z roboty, na przebranie się miałem niecały kwadrans. Przed stadionem o 19.00 zebrała się szóstka biegaczy i pies. Ciemności rozświetlały trzy czołówki i świecąca diodami na żółto obroża Szarej. Znowu ja jestem do niej podpięty. Świetlne efekty przypominają mi film science-fiction z dzieciństwa: Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Kiedy wracaliśmy, ponownie przekroczywszy Radiową przed strzelnicą sportową, to w nozdrza uderzył nam silny zapach grzybów. Po lewej w ciemnościach coś zaszeleściło, mignęło, dało się słyszeć głośne chrząknięcia jakby świni. Dziki. Zapach grzybów to pewnie efekt intensywnego rycia w ściółce. Bez powodzenia próbujemy wypatrzyć zwierzaki. Szara też je czuje i wyrywa się skomląc. Ale amortyzator nie puszcza. Biegniemy dalej, dziki zasuwają równolegle do nas, z lewej słychać tupot. Zatrzymujemy się, dziki przecinają nam drogę, ale też ledwo je widać. Docieramy do stadionu i wracamy do domu.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |