2012-12-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Z kart historii (czytano: 1288 razy)

Na prośbę kilku osób starałem się sięgnąć pamięcią jak to u mnie było, jestem talentem czy zwykłym zadziorą który na beztalenciu osiągnął swój cel.
Pisze czysto z pamięci więc niektóre fakty mogą się różnić a że nie prowadzę szczegółowego pamiętnika więc niektóre podane daty mogą nieco odbiegać od rzeczywistości za co z góry przepraszam
Do 4 klasy podstawówki mieszkałem we Wrocławiu. Już wtedy ganiałem jak szalony, nie byłem jednak jakimś szybkim zawodnikiem, na zawody w barwach szkoły i byłem jeszcze za słaby żeby mnie wytypowano, zawsze musiałem mocno prosić nauczyciela o pozwolenie żeby też jechać-zwykle było tak że jak nie będzie aż tylu chętnych to będą mnie mieli na uwadze. Jakoś się udawało, niestety bez osiągnięć, Byłem na zawodach 3 może 4 razy i zawsze na końcu. Więc dałem sobie spokój. Swoja formę szlifowałem na
uciekaniu, a to na poligonie żołnierze mnie gonili, a to sokiści za włóczenie się po stancji kolejowej. Dziwne to trochę ale zawsze jak już to łapali moich kolegów, na zawodach nigdy nie potrafiłem się tak zmotywować. Pamiętam jak w ucieczce na poligonie przed ruskimi (mieszkałem w bloku wojskowym obok jednostki rosyjskiej jak i naszej, 2km od domu był poligon rosyjski, i za nim polski...)przez lornetkę wypatrzył nas ktoś z patrolu, żołnierz na kolarzówce ruszył za nami, wiedzieliśmy że musimy
uciekać po trudnym terenie gdzie ciężko jechać rowerem, zapomniałem że przed nami jest mały strumyk. Do dziś nie wiem jak to zrobiłem ale próbując przeskoczyć, zmoczyłem się aż po szyje-a że nie umiem pływać to szczęście że się nie utopiłem. Nie mniej uratowało mnie to przed złapaniem, pozostali moi koledzy znaleźli inną drogę ucieczki, trochę dłuższą, ale się nie zmoczyli jak ja. Oblepiony w dodatku byłem pijawkami-bałem się że nie przeżyje. Rodzice zajęci swoimi sprawami nawet nie zauważyli w jakim stanie przyszedłem wtedy do domu....Co robiliśmy na poligonie? zwykle szukaliśmy łusek, a wzięcie wówczas miały naboje gdzie można sobie wyobrazić co by było gdyby taki mały arsenał jaki trzymałem w domu eksplodował). Na szczęście nigdy do tego nie doszło, a zrobiłem na tym całkiem dobry wówczas interes, takie to wówczas były czasy że handlowało się wszystkim i wszystko ludzie kupowali..
Wracając do biegania, był pamiętam okres letni. był chodnik wokół naszego domu i z kumplem się jakoś założyłem kto kogo zdubluje. Byłem od niego szybszy więc wiedziałem że nie powinno to trwać długo. Mama obserwowała nas przez balkon i wiadro wody od czasu do czasu z góry polała że że mieszkałem wówczas na pierwszym piętrze więc celnie lała:) Nie wiem ile to czasu trwało, pamiętam że zrobiłem 60 okrążeń jak mnie kolega zdublował gdzie zbyt mocno zacząłem i on swoim wolnym krokiem z czasem mnie doszedł, i cel przez niego został osiągnięty. Miałem wtedy może 7-8 lat.
Już wtedy rozmawiałem z rodzicami o poświęceniu się jakiejś dyscyplinie sportu, ale nie miałem niestety poparcia
Później przeprowadziłem się do Torunia, tutaj nie miałem już takich rozrywek jak we Wrocławiu. Nie myślałem już tak o bieganiu do czasu kiedy nie nadchodził dzień dziecka. Rozgrywano wówczas zawody szkolne na dystansie ok może jednego kilometra. Tuż po starcie pamiętam jak powstaje w bólu, nie pamiętam momentu upadku, zawodnicy sa już w znacznej odległości mimo to powstałem i kontynuowałem bieg. Na mecie przybiegłem na wysokiej czwartej pozycji. I do dziś pamiętam słowa nauczyciela na jednej z lekcji kiedy publicznie powiedział że mam coś w sobie, to co odwaliłem na tych zawodach świadczy o mocnych ambicjach. Te słowa pamiętam do dziś, szkoda że nigdy nie mogłem się sprawdzić jako elitarny zawodnik. Później byłem brany pod uwagę przy wszelkich ogólno szkolnych zawodach, ale bez treningów to jak zwykle przybiegałem na końcu. Z czasem chyba zaczęło mnie to nudzić bo jakoś przez kolejne 5 lat nie przypominam sobie udziału w zawodach, zdarzało mi się nawet na lekcjach wf chować się w krzakach jak mieliśmy biegać.. być może wpływ na to miało otoczenie i jak to dzisiejsza młodzież chciałem być "kool""...
Przyszedł okres kiedy chciałem coś z tym zrobić, nie myślałem jeszcze o bieganiu, ogólnie chciałem być przy jakimś sporcie. W jednym roku próbowałem karate, judo, taniec disco i towarzyski, niestety w niczym się nie sprawdzałem jakbym sobie tego życzył, a to na karate nie byłem dostatecznie wygimnastykowany, a to przy tańcu towarzyskim z chłopaków zostałem sam...
próbowałem jeszcze kolarstwa, ale powiedzieli mi że szukają młodszych zawodników..
W jednym z grudniowych wydań gazety Nowości wyczytałem o organizowaniu biegu sylwestrowego na wrzosach w kierunku Barbarki. Dystans 11km. Marian Gęsicki, olimpijczyk, dziś jako trener wystawił kilku swoich zawodników, i wówczas z nimi wygrałem. Ale okazało się że oni robili tylko trening i jak przyszły zawody to srogo z nimi przegrałem.. Próbowałem ich naśladować chodząc od czasu do czasu na treningi, ale byłem zbyt ambitny, nigdy się nie słuchałem zaleceń i co miesiąc miałem bardzo mocno nadwyrężone łydki w efekcie czego aż 5 razy w ciągu roku miałem zakładany gips. Kilka razy wystartowałem nawet na bieżni, wybrałem sobie za bieg koronny 800m, ale zawsze przybiegałem daleko z tyłu, najlepszy wynik jaki uzyskałem na tym dystansie to 2:05. ostatnią kontuzję jaką pamiętam to to, iż było to jako na jesieni kiedy miałem założony gips, mimo to pojechałem podpatrzeć na zawody rozgrywane w Dąbrowie Górniczej, były to jeszcze czasy kiedy startowała tam najmocniejsza krajowa czołówka. Jakiś klub potrzebował jednego do drużyny więc długo się nie zastanawiałem jak podjąłem na miejscu decyzje o rozerwaniu tępym narzędziem jaki ktoś miał pod ręką gipsu i jakoś ten dystans przeczłapałem (7km). Następnego dnia udałem się jeszcze raz do ortopedy, a ten widząc mnie bez gipsu i słysząc że wystartowałem w zawodach wykreślił mnie ze swoich pacjentów i w kartotece dał jakąś adnotacje żeby mnie nie przyjmować...!!
Wtedy może byłem wściekły na niego, ale z perspektywy lat mam do tego lekarza szacunek i wiem że głupio strasznie postąpiłem tym bardziej że miałem poważne komplikacje ze ścięgnami. Chcąc zapomnieć o bieganiu zapisałem się na siłownie. Chodziłem może przez pół roku do czasu aż był rozgrywany maraton na trasie Chełmno -Toruń w 1994 roku były to wówczas Mistrzostwa Polski w maratonie, chcąc zobaczyć zwycięzcę musiałem przyśpieszyć na trasę biegu, okazało się że po mojej kontuzji nie ma już śladu. Na metę wbiegł Jerzy Bednarz i w wywiadzie wspomniał że za miesiąc planuje udział w biegu na 100km w Boguszów Gorce gdzie limit wynosi 24h. Zaczynałem zbierać na ten temat wszelkie informacje. Podjąłem decyzje o sprawdzeniu się w biegu ulicznym na 20km, niestety po 10km stanąłem z wyczerpania i dalszą drogę kontynuowałem marszem, wyprzedził mnie wówczas Tadziu Spychalski. Więc kiepsko siebie widziałem na setce, ale się uparłem. Wracając do maratonu na chwilę to wyniki powinny zostać anulowane gdyż trasa nie spełnia obecnie kryterium IAAF I PZLA ponadto prawie 30km było wtedy mocno z wiatrem. Zawodnicy z czołówki nie zbliżyli się do swoich rekordów nabieganych w Toruniu, no ale być może wtedy był jeszcze inny regulamin. Podobnie jak z kobietami gdzie obecnie rekordy kobiet nie mogą być rozgrywane przy pomocy mężczyzn...
Trenowałem z Tadziem Spychalskim i o 6-tej rano pokonywałem ok 10km, pod wieczór jeszcze pompki, na kilka dni przed setka robiłem już do tysiąca pompek dziennie. Nadszedł dzień prawdy, na starcie o 22-iej bez picia i jedzenia, bez żadnego ekwipunku ruszyłem na trasę. Po 30km zachciało mi się pić, wtedy już miałem dosyć całego biegu i chciałem zejść z trasy. Dobiega do mnie Mirek Lasota który nie miał latarki, licząc na moją pomoc nakazał mi biec z nim, ambitnie się jego trzymałem i dzięki temu chyba dobiegłem(doszedłem) do mety, przybiegliśmy wówczas na siódmej pozycji w trzech lub czterech trzymając się za ręce. Za kolejny miesiąc wystartowałem z marszu w kolejnym ultaramaratonie(po setce nie byłem w stanie trenować), tym razem było to w Czechach 7 maratonów w siedem dni dzień po dniu. Do tego lipcowa pogoda dawała się we znaki. Pojechałem tam wraz z Tadziem Spychalskim i Jurkiem Bednarzem. Nie było lekko, zwykle byłem w stanie biec do półmetka, później przechodziłem do marszobiegu. Na piątym etapie doznałem kontuzji i kolejne 100km pokonywałem utykając, ostatni etap pamiętam najbardziej gdyż mocno pobłądziłem i jak zwykle pokonywałem ok 3.30 etap to tutaj zajęło mi to coś ok 6godzin. Nie pamiętam ile pauzowałem po tym wyczynie, ale może z miesiąc po zaraz na początku wrześniu pobiegłem w swoim pierwszym klasycznym maratonie w życiu na trasie ze Świnoujścia do Wolgastu, ale o tym i innych ciekawych wydarzeniach napisze za kilka dni w kolejnym swoim wpisie.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2012-12-22,15:51): Krzysiek...moim zdaniem jesteś ambitnym "zadziorą"...talentu Tobie też nie brakuje...:)) renia_42195 (2012-12-22,19:17): I dobrze, że byłeś takim niespokojnym duchem i szukałeś miejsca w sporcie dla siebie. Bieganie faktycznie wychodzi Tobie rewelacyjnie :) Tak trzymaj i czekam na dalszą opowieść :) filips1 (2012-12-22,23:05): bardzo ta historia przypomina moje poszukiwania ulubionej dyscypliny .niby we wszystkim byłem dobry ale zawsze szukałem tego co mną zawładnie,czekamna ciąg dalszy pozd Krzysiek_biega (2012-12-22,23:08): Ciąg dalszy postaram się zrobić nieco bardziej dłuższy opisowo bo nie chciałbym kończyć tego w nieskończoność kwiatu666 (2012-12-26,13:15): czekam niecierpliwie na ciąg dalszy :)
|