2010-06-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Nie było szansy... (czytano: 455 razy)

Niestety, nie miałem szans. Już na starcie wiedziałem, że jest gorąco, ale to co działo się dalej przerosło mnie zupełnie. Już wiem dlaczego funkcjonują określenia "maraton wiosenny" i "maraton jesienny", a nie funkcjonuje "maraton letni". Biegłem równo po 5:40/km tak jak zakładałem do około 12-tego kilometra. Bez żadnych problemów z nogami. Niestety pacemakerów musiałem odpuścić od razu. Moje tempo to już było minimalnie szybciej niż tempo na 4:00, a oni byli jeszcze szybsi.
Od 12-tego kilometra zacząłem gwałtownie odpadać od tempa. W połowie 12-tego przeszedłem do marszu przemaszerowałem około półtora kilometra, dopóki nie dogoniła mnie grupa na 4:15. Poderwałem się z nimi, ale wytrzymałem około 500 metrów. Domaszerowałem do punktu odżywczego i to był koniec. Nie było szansy.
Temperatura powietrza w słońcu 38 stopni. Temperatura asfaltu 45 stopni. Trasa właściwie bez cienia. Gdy zobaczyłem, że po półtora kilometra marszu moje tętno nadal jest w górnej połowie drugiego zakresu wiedziałem, że nie dziś...
Strażak użyczył mi prywatnej komórki, zadzwoniłem po transport, przeszedłem na drugą stronę drogi, by na niego poczekać i zacząłem ryczeć jak małe dziecko, któremu wyrwano z ręki napoczętego przez nie lizaka. Z tej koszmarnej bezsilności. Zrobiłem wszystko dobrze. Lepiej niż się spodziewałem. Gdybym coś spieprzył... Gdybym mógł sobie wytknąć konkretny błąd... Ale od 3 miesięcy robię wszystko poprawnie z myślą o jednej konkretnej imprezie. Przez około 800 przebiegniętych kilometrów myślę tylko i wyłącznie o tej jednej imprezie. I schodzę z trasy przed 1/3 dystansu. Wiedziałem, że obsługa punktu patrzy, że patrzą inni maratończycy, ale nie mogłem się powstrzymać i po prostu ryczałem. Właściwie cały dzień, aż do wieczora, co jakiś czas mam urozmaicony napadami płaczu.
Rozmawiałem chwilę z Tomkiem. Po wysłuchaniu mojej relacji... pogratulował mi mądrej decyzji o zejściu z trasy.
Dziękuję wszystkim, którzy mnie wsparli. Była nawet ekipa rowerowa, ale nie zdołałem do nich dobiec. Po biegu dostałem mnóstwo słów wsparcia - naprawdę dziękuję. Szczerze mówiąc chciałem się na trochę zaszyć w domu (mam możliwość pracy z domu), ale po kilku rozmowach zmieniłem zdanie. Żebym się tylko nie rozryczał w pracy :)
Konkurs na najlepszego pocieszycielskiego sms"a wygrała bezkonkurencyjnie Rufi. Na mojego płaczliwego sms"a jak to nie poszło i jak to się rozkleiłem odpisała "Przestań pierdolić" :D Moim zdaniem ma zadatki na terapeutkę :D
I niestety nie sposób nie wspomnieć o poziomie organizacyjnym imprezy. Nie miał żadnego wpływu na moją porażkę, absolutnie, ale...
- Start był nie tam gdzie wyraźnie mówiła mapka biegu. A co gorsza w punkcie gdzie start miał być, nie było żadnej informacji, ani nikogo, kto znałby nową lokalizację. Nie jest fajnie 30 minut przed startem... szukać startu.
- Izotoniku nie było ani na 5-tce, ani na 15-tce. Dalej nie dotarłem. Nie trzeba tłumaczyć co znaczy izotonik w takim upale.
- Dalsze informacje to opowieści znajomych, ale są tak przerażające, że zaczynam się cieszyć, że nie zmusiłem się do dalszego biegu: Dla niektórych przez kilkanaście kilometrów zabrakło wody w ogóle. Dla niektórych zabrakło kubeczków i.. wolontariusze lali im wodę W DŁONIE...
- Kolega, z którym miałem biec, ale w ostatniej chwili zdecydował się pobiec szybciej, na mecie, chwilę po odebraniu medalu, upadł na asfalt i nie mógł się podnieść. Przez kilka minut nie interesował się nim nikt. Po kilku minutach kolega sam dowlókł się do namiotu medycznego.
- Na mecie brakowało wszystkiego - wody, izotoniku oraz posiłków.
Cóż mogę powiedzieć reasumując... Całę tegoroczne bieganie ustawione było pod ten start. I całe wykonane było w temperaturze 10-17 stopni... Dostałem lekcję, którą zapamiętam. Szkoda, że taką bolesną. Pomyślałem o nocnym maratonie w najbliższym czasie, ale Tomek jest przeciwny. Jeszcze popertraktujemy. A teraz pora obsypać cukrem pudrem ciasto marchewkowe, którym jutro uczczę w pracy swój start...
Wiem, że treningi nie idą na marne. Wiem, że dzisiejsza porażka nie była spowodowana moimi błędami. Wiem, że nie było możliwości ukończenia tego biegu z zaplanowanym rezultatem. Ale mimo to straszny żal pozostaje...
4:00 nie chciało współpracować. Cóż, nie pozna zaszczytu współpracy ze mną. Jesienią będzie 3:45 (wersja moja) lub 3:30 (wersja Tomka). Jeszcze popertraktujemy :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Aga Es (2010-06-07,08:56): O widzę,że nastrój już lepszy:)A nowy cel,hmmm robi wrażenie:) Rufi (2010-06-07,09:08): to kiedy to ciasto? :) Woland (2010-06-07,12:01): Jeszcze raz dziękuję wszystkim za słowa otuchy. Z Truskawczakiem wykazaliśmy się czujnością niesamowitą... Trochę zagadaliśmy listami na MP przed biegiem. W czasie biegu przypadkiem zacząłem gadać z napotkaną biegaczką. Oczywiście to była Truskawa i oczywiście zorientowaliśmy się, że to my dopiero długo po rozstaniu :D
|