Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [30]  PRZYJAC. [148]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
MEL.
Pamiętnik internetowy
Życie na krawędzi... pięciolinii

Basia Muzyka
Urodzony: 1970-12-03
Miejsce zamieszkania: Warszawa
125 / 192


2007-12-24

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
myśli przy rozwijaniu papierków, czyli jak mnie widzą inni (czytano: 383 razy)



Wigilię zaczynam 14 km rozruchem w Lesie Kabackim. Potem kąpiel, małe śniadanko i już tylko przygotowania do uroczystej wieczerzy. Maurycy z dziadkiem ruszają po choinkę. Ja wcześniej podczas biegu w lesie uświadomiiłam sobie, że poprzednia Wigilia była w innym mieszkaniu, a więc bombki i wszystkie ozdoby są schowane w tamtej piwnicy, a ja nie wiem, czy się do niej dostanę, czy mam do niej klucze.

To jest cudowny dzień, kiedy wszystko musi się udać. Pani ochroniarz wpuściła mnie do tamtejszej piwnicy, a ja pierwszym kluczem z całego pęku, jaki znalazłam w domu otwarłam kłódkę. Ozdoby są. Dzieci z dziadkiem stroją drzewko, ja z moją mamą kręcimy się przy kuchennym blacie. Płyty z kolędami też zostały w tamtym mieszkaniu, ale od czego mamy radio. Trójka nadaje niezłe melodie, przy których prace przebiegają radośnie, bezkonfliktowo. Babcia nakrywa stół białym obrusem. Jest sianko, jest dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa.

Dzielimy się opłatkiem choć pierwszej gwiazdki nie widać (niebo jest zachmurzone). Maurycy, Maszka i ja czytamy po kolei Pismo Święte, śpiewamy kolędę, zasiadamy do stołu. Nasze potrawy wiligijne to dwa rodzaje śledzi: w jogurcie i w oliwie z ziołami - przygotowaliśmy je z Maurycym kilka dni wcześniej, barszcz z uszkami - kwas buraczany własnej roboty (moja specjalność odziedziczona po śp. babci mojego ex-małżonka) dodany do wywaru z warzyw i grzybów, a uszka (niestety) kupione przez babcię (szkoda, chciałam z Maszką lepić), gotowane ziemniaki, kapusta z grzybami przywieziona przez babcię, smażone filety z dorsza, kompot z suszu z miodem, makiełki - babcina specjalność, pierniczki, makowiec, słodkości przeróżne...

Potem znów czas na kolędy. Maszka gra na flecie, wszyscy śpiewamy. Nie mogę się nadziwić, ze dzieci tak cierpliwie we wszystkim biorą udział, choć pewnie ich myśli krążą coraz bliżej choinki, coraz bliżej paczuszek, które pod nią stoją. Nareszcie zaczyna się rozdawanie prezentów. Z zaciekawieniem spoglądam na rozgorączkowane dzieci, a sama spokojnie rozsiadam się na kanapie. Co dostanę? Wszystko zależy od tego, jak mnie i moje potrzeby, pragnienia widzi obdarowujący. Zaczyna się pięknie:

Folia aluminiowa - to od Maurycego. Symboliczne? Nie wiem, mam nadzieję, że nie. Jakiś czas temu przestałam dzieciom dawać do szkoły śniadania pakowane właśnie w taką folię, gdyż kanapki wracały do domu nietknięte. Czy to znak, abym znów je zaczęła szykować? Nie sądzę. Raczej reakcja na mój zdecydowany sprzeciw na pomysł Maurycego, aby dziadkom podarować pieniądze (propozycja Mau'ego: 20 zł). Wytłumaczyłam, że nie wypada tak robić, dałam przykłady wyjątków (np. prezent ślubny) i chyba zrozumiał, że ja też powinnam dostać coś innego niż kasę. Chyba uznał, że folia aluminiowa jest na tyle praktycznym prezentem, że nie powinien się zmarnować. Nie zmarnuje się. Mama (ja) jest praktyczna.

Chiński kubeczek z przykrywką i zaparzaczką - to od mamy. Kubeczek jest śliczny, ale domyślam się, że mama go nie kupiła z myślą o mnie. Pewnie dostała od kogoś przy okazji swoich urodzin, które miała miesiąc temu. Ale ona twierdzi, że już ma dość "pierdół" i taki kubek nijak nie pasuje do posiadanej przez nią zastawy. Do mojej też nie pasuje, choć... przecież wygrałam na jednym z maratonów taki chiński komplet porcelany do parzenia herbaty. Ostatecznie ja lubię pić i parzyć sobie herbatę (mama jest kawoszką), więc pewnie mi się przyda. Jasne! Spodobał mi się. Od razu zaprzyłam sobie w nim chińską zieloną herbatę, którą przywiózł z podróży do Chin Wawer. Kubeczek jest uroczy i od pierwszego wejrzenia stał się moim ulubionym.

Złoty notes do zapisywania złotych myśli - od "starego" przyjaciela tangowego. To dziwny, ale bardzo przydatny prezent. O nim jeszcze muszę podumać.

Zielony ołówek HB lekko nadgryziony - od Maurycego. Ten prezent jest chyba w zmowie z notesem.

Medal z plasteliny, papieru i rafii - od Maszki. Uroczy. Powiesiłam na choinkę. Przetrwa lata w pudełku z ozdobami, co roku wieszając go na wszystkie Choinki Przyszłości będę myśleć o tym wieczorze i o mojej wspaniałej, pomysłowej córeczce.

Woda toaletowa Euphoria - od przyjaciela. To elegancki, ale ryzykowny prezent. Zapach nie powala mnie na kolana. Pierwsza nuta odurza swoją intensywnością, powoduje mdłości. Potem jest lepiej - przyzwyczajam się albo ulatnia się to co najdotkliwsze. Nie zwykłam używać wód toaletowych na codzień. Wolę swój własny zapach, choć wiem, że po całym dniu nie bywa przyjemny. Wód toaletowych używam nieczęsto, okazyjnie i z umiarem - teraz, gdy więcej biegam, a nie tańczę, to już naprawdę rzadko. Przecież nie będę się perfumować do lasu. Buteleczka ładna. Będę korzystać. Incydentalnie.

Elektryczna szczoteczka do zębów - to ode mnie, dla mnie i dla dzieci. Poprzednia kilka lat temu nam się zupełnie rozładowała. Mam nadzieję, że atrakcyjność nowości zaowocuje regularnijszym i dokładniejszym myciem, szczególnie przez Maszę. Dzieci maja bardzo ładne, zdrowe zęby, wyróżniają się tym wśród rówieśników, którzy już w tym wieku mają plomby. Chcę, żeby tak było jak najdłużej. Ja też skorzystam. Nie chcę więcej ekstrakcji.

Trzy książki z serii "Mia" - od przyjaciela dla mnie i dzieci do wspólnego wieczornego czytania. Szybko je połkniemy.

Beżowy biustonosz Tryumf - od siostry. Ona uważa, że ubieram się beznadziejnie. Biostonosze też mam beznadziejne, bo powodują, że mam oklapły biust. Ten ma mnie uatrakcyjnić.

Książka Jedz, módl się, kochaj Elizabeth Gilbert - od przyjaciela, właściwie spóźniony prezent imieninowy, o czym przeczytałam w dedykacji. Rewelacyjna pozycja, której autorka, a zarazem bohaterka wyrusza w podróż do Italii, Indii i Indonezji. Pierwsze rodziały już wciągnęłam. Szybko się z nią uporam.

Cztery tabliczki czekolady z orzechami laskowymi - od dzieci. Słodkie są, wiedzą co lubię i chyba nie do końca rozumieją, dlaczego ta jedna tabliczka ciągle leży w szafce, gdy czasami przymieramy głodem słodkości.

Stalowa dwupoziomowa suszarka do naczyń - od ex-małżonka. Uważał, że jest niezbędna, choć ja sobie bez niej radziłam i wcale nie chciałam kupować. Dostałam. Ok. Praktyczne, będę korzystać. Do pudła wciśnięte były także żarówki taka do lodówki (!) oraz jedna z dwóch nad kuchenką. Tak więc nie mam już ciemnej lodówki.

Pudełko pysznych czekoladek - od ex'a. Wie, że lubię. Wie, że nie powinnam się obżerać, bo tyję ekspresowo. Prezent bardzo praktyczny dla kogoś, kto ma dzieci oraz często miewa gości. Plus.

Jestem pozytywnie zaskoczona podarunkami. Jakoś wcale się nie spodziewałam, że w ogóle coś dostanę. Lubię, gdy ktoś o mnie pamięta - całymi latami sama sobie kupowałam prezenty pod choinkę.

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
Henryk W.
23:11
żabka
23:10
gpnowak
22:37
Raffaello conti
22:32
romelos
22:00
Przemo013
21:52
Evelina33
21:28
Lucas
21:21
Wojciech
21:02
Citos
21:01
benfika
20:46
Piotr100
20:44
Jurek3:33:33
20:28
sparrow
20:24
kos 88
19:50
StaryCop
19:33
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |