2007-12-23
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| myśli przy zawiajaniu papierków (czytano: 307 razy)

Pakowanie prezentów. Robię to ponad godzinę. Każdy trzeba dokładnie przymierzyć do papierka, przyciąć, potem zawijać, równać, następnie taśma klejąca, która zwykle się zwija i zwykle przyczepia nie tam gdzie chcę, ale jakoś daję radę. Potem jeszcze jakaś wstążka albo rafia oraz mazakiem "DLA...". Dobra, następny proszę. Przy tej operacji, gdy ręce zajęte głowa wolna. Pierwsze myśli: tak długo pakuję, a potem rozpakowanie to jedynie moment rozdarcia papierka. Ja tak nie robię. Nie będę tak robić. Będę celebrować rozwiązywanie, rozklejanie, rozpakowywanie, rozwijanie. Torebki są znacznie praktyczniejsze, ale mniej romantyczne. No i wielokrotnego użytku. Choć jestem bardzo proekologiczna, to jednak wolę papierki. Nie wiem jak Wy...?
Dumam nad życzeniami, które już powoli spływają do mojej skrzynki pocztowej (tradycyjnej), na moją skrzynkę pocztową (elektroniczną), do telefonu ujęte w ramy systemu Short Message, życzenia wysłuchiwane osobiście lub przez telefon... Dużo jest tego zwykłego, ale jakże fajnego Wesołych Świąt! - tak, to najbardziej lubię: wesoło, nawet ironicznie - dobijają mnie wierszyki podniosłe, uduchowione, refleksyjne. Ja chcę Świąt wesołych. Wystarczy. ...spełnienia marzeń... ooops! Jakie ja mam marzenia? Myślę, myślę, myślę. Tak, mam jedno takie marzenie - totalnie nierealne, dlatego pozwalam sobie nazywać je marzeniem, a nie planem do realizacji. Ale spełnienie go? Niemożliwe. No dbrze, ale pomyślmy o czymś, co inni uważają za marzenia - czyli takie cóś, co może się spełnić i ja tego bardzo chcę:
Rodzina? Rodzinę mam rewelacyjną. Wszystko u nas dobrze. Może możnaby pomyśleć o tym, żeby między nami było jakoś lepiej, ale lepiej trochę nad tym popracować, niż uważać za marzenie. Nie, chyba nie potrzebuję marzyć o rodzinie. Kiedyś marzyłam, że będę mieć dzieci - zdrowe, wspaniałe. I co? Mam!!! Mam cudowne, mądre, dobre, kochane, zdrowe dzieci! Więcej dzieci...? Może...? Ale to nie może być marzenie jednej osoby. Jest nas w tej rodzinie troje. Trzy to taka dobra, zrównoważona liczba. Czwarta osoba byłaby nadmiarowa, powodowałaby rozchwianie naszej stabilności. Już teraz to wiem. Doświadczyłam.
Praca? Tak. Mogę pomarzyć o pracy. Teraz nie mogę narzekać, jest OK, ale ta sielanka moze się skończyć, bo umowę mam tylko do końca stycznia. Czy zostanie przedłużona? Nie wiem. Ale jeśli nawet - nie daje mi ona zadowolenia takiego, jakiego się spodziewam. Ale daje zadowalające wynagrodzenie. Tego chyba nie da się pogodzić. Wydaje mi się, że jestem w jakimś punkcie równowagi pomiędzy pracą dość satysfakcjonującą i dość dobrze wynagradzaną. Pójście w którąkolwiek ze stron zaniedbałoby tę drugą strefę.
Zdrowie? Uroda? Nie narzekam, jest OK. Nie ma o czym marzyć. Tylko tyle, aby było tak nadal.
Sukcesy sportowe? Życiówki? Nie. Ja o tym nie marzę. Jeśli czasami coś mi tam w głowie zaświta, to z pewnością jest to plan, a nie marzenie. Zbyt dobrze wiem, że nie ma nic za darmo. Realizacja planu czy spełnienie marzenia poprzedza ciężka praca. Czasami ciężka, radosna praca, ale jednak praca. Nic mi z nieba nie spłynie.
Pieniądze? Kilka dni temu przechodziłam obok kolektury LOTTO. Jakaś kulminacja, do wygrania 10 milionów złotych. Idę dalej i myślę. Co bym zrobiła, gdybym wygrała jakąś fortunę. Raczej woda sodowa do głowy by mi nie strzeliła. Poznańskie wychowanie: inwestować i wydawać jak najmniej. Pewnie zanim bym jakoś rozsądnie rozdysponowała fortuną jakiś mały kawałeczek wydałabym jednak na jakieś, mniej lub bardziej, przyjemności, na które aktualnie mnie nie stać. Przede wszystkim wstawiłabym sobie implanta w miejsce wyrwanej rok temu szóstki. To mój jedyny ubytek, bardzo to przeżyłam. Dzieciom od razu dałabym wyfluoryzować ich ząbki. Pewnie nie musiałabym pracować, miałabym więc czas (i pieniądze), aby pochodzić sobie na basen, posiedzieć w saunie i jacuzzi, chodziłabym regularnie na masaże. Może nawet incydentalnie wybrałabym się do kosmetyczki? Nie wiem, może. To może od razu też do fryzjera. Wydawałabym sporo na tzw. kulturę. Dużo sama i z dziećmi do teatru, opery, na balet, na przeróżne przyjezdne przedstawienia, wystawy. Zapraszałabym do siebie jakiegoś lektora na prywatne lekcje i konwersacje (dla siebie i dzieci) z angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego. Wszystko oczywiście po to, aby potem podróżować... Tak, to moje marzenie. Zobaczyć świat, zasmakować go, powąchać, dotknąć, usłyszeć... Ogólnie pojętego standardu życia za bardzo bym nie zmieniała, tzn. mieszkanie jest rewelacyjne (bo blisko lasu), może tylko trzeba by wezwać stolarza, zeby w końcu zrobić to, co 10 lat temu zaprojektowałam i nie zrealizowałam. Auto też jest wystarczające. Mogłabym tylko pojechać do serwisu i dać naprawić w końcu ten zamek i pokrętło wentylacji. A także tankować zawsze do pełna, a nie za 20 lub 50 zł. Ubrania? Nie, raczej nie. Może tylko coś eleganckiego, żebym bez skrępowania mogła bywać na tych bardziej wykwintnych przedstawieniach i koncertach. Nowymi butami biegowymi też byłym nie pogardziła. Wyprawiłabym jakąś fajną imprezkę dla innych. Z pewnością jakąś wyjątkową milongę - z orkiestrą na żywo, w jakimś uroczym miejscu. A dla biegaczy jakiś fajny maratonik z innymi biegami towarzyszącymi. Piwo za darmo i pamiątkowy medal. Oraz skarpetki okolicznościowe. Możnaby jeszcze...
...ale przecież ja nawet losu nie wykupiłam!
Dość tych fantazji. Prezenty spakowane.
PS. Na fotografii moja biegowa, medalowa choinka AD 2007.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |