2007-12-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| I PołudniowoPraska Dycha (czytano: 338 razy)

Nie mam ochoty na ¶ciganie, po przedmaratońskiej chorobie wci±ż odczuwam jej skutki, w wyniku czego prawie nie biegam. No bo przecież zej¶cie z 50-70 km tygodniowo do 18 km to przecież jakby nic.
Jadę jednak na PołudniowoPrask± Dychę, bo już wcze¶niej opłaciłam, dzieci zorganizowałam, na wspólny transport się umówiłam. Moje założenie, oczekiwanie, pragnienie - zmie¶cić się w 50'. Ruszam do¶ć żwawo, ale bez przesady. Po jaki¶ 2 km mijam Irinę. Mamy biec 5 pętli, ale miesza mi się to wszystko, nie mogę się rozeznać w oznaczeniach. Irina kilka razy podchodzi, ale skutecznie daję jej opór. Na ok. 7 km wyprzedza mnie odwieczny rywal Mazurek. Jeszcze jest w zasięgu mocniejszego finiszu, więc nie jest Ľle. Ale ok. 8-go kilometra w końcu wyprzedza mnie Irina bior±c odwet za ŻBM. To mnie wbija w asfalt do¶ć skutecznie. Prawie drepczę w miejscu. Robi mi się słabo. Przebłyskuje nawet przez chwilę taka my¶l, aby zej¶ć po 4 kółkach, ale to byłoby totalnie bez sensu. Dzieci dopinguj±. Przecież dam radę jeszcze to jedno głupie kółeczko. Daję radę, 300 m przed met± ostro finiszuję. Na mecie ledwo stoję na nogach. Dzieci zmarznięte, więc od razu lecimy do szatni. Przebieranie, ciepła herbata i odwożę dzieci na basen. Potem okazuje się, że Maurycy bawił się nad zamarzniętym kanałkiem. To, że się upaprał błotem (żółta kurtka), to nic. Ale nogi przemoczył na amen. Widać lód nie wytrzymał. Martwię się, czy nie zachoruje...
Aha, czas! No... dobry: 49'49". Powinnam być zadowolona, ale o¶ci± w gardle jednak stoi mi trochę ten Mazurek i Irina. W sumie nie mam się co biczować, czułam się dzi¶ nie w fatalnej formie i pobiegałam najlepiej jak mogłam. Tylko co z t± czekolad± z orzechami, która leży już od listopada? Muszę sprawdzić termin ważno¶ci.
fot. Dorota ¦widerska (www.maratonczyk.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |