2010-09-14
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Dyszka w Knurowie, czyli - kto mi dał skrzydła? :) (czytano: 323 razy)

Nie będę ukrywał, że na dyszkę do Knurowa jechałem w jednym, jasno określonym celu – nowa życiówka. Jasne, że ważne było też sprawdzenie formy przed katowicką połówką, oszacowanie, jak szybko potrafię pobiec w dobrych warunkach pogodowych po asfalcie, a w związku z tym, na jaki czas mogę się nastawiać za trzy tygodnie. Ale to był raczej tylko pretekst. Gdyby nie to, że czułem się w życiowej formie, a trasa w Knurowie ma atest PZLA na 10 km, to pewnie nie chciałoby mi się tam jechać. Chciałem poprawić życiówkę, i to porządnie. Nie jakieś tam 3, czy 5 sekund, ale przynajmniej pół minuty, a po głowie chodziła mi nawet cała minuta. Wszystko wydawało się sprzyjać. Pogoda – idealna do biegania. Godzina zawodów – 12, czyli czas, w którym przez ostatnie dwa miesiące zwykle trenowałem. Forma – wiadomo, jeszcze nigdy tak szybko i lekko mi się nie biegało.
Tak się nakręciłem na tę życiówkę, że w dzień startu, poczułem, że się boję. Bo co będzie, jak się nie uda? Tym bardziej, że już wszystkim wokół naopowiadałem, co chcę zrobić. A przecież wiadomo, że różne rzeczy mogą się zdarzyć ... Nawet zacząłem myśleć, że może by sobie odpuścić i nie jechać. Na szczęście szybko mi to przeszło. Po drodze do Knurowa wstąpiłem jeszcze na chwilę na Muchowiec, gdzie trwał bieg 24-godzinny (a dokładnie jego dwudziesta godzina). Widok tych naprawdę Wielkich Biegaczy natchnął mnie porcją optymizmu i pozytywną energią. Bo skoro oni potrafią tak przez całą dobę, to ja przecież tę niecałą godzinę tez dam radę.
Do pobicia miałem 49 minut i 31 sekund zrobione w czerwcu w Bielsku. Czyli interesował mnie tylko wynik lepszy od 49 min. Start... i... Nie będę opisywał każdego kilometra, bo w zasadzie nie ma o czym pisać. Zacząłem równo, w miarę mocno, jak zwykle ciut szybciej, niż planowałem, a potem było już tylko lepiej i szybciej. To był jeden z tych startów, które będę chyba zawsze pamiętał i stawiał sobie jako przykład tego, jak bieg powinien wyglądać. Kolejne kilometry mijały mi niesamowicie szybko. Tak subiektywnie czułem, jakby liczyły nie więcej niż 800 m. Od piątego kilometra, po każdym piknięciu GPS-a próbowałem lekko zwiększać tempo. I wcale nie było to trudne! Wiedziałem już wtedy, że na pewno się uda. Jedynym pytaniem pozostawało – ile? Wyszło... 47:56 wg mojego stopera lub nawet 47:45 wg oficjalnych wyników! Nie wiem skąd ta różnica w czasie – być może z wrażenia wyłączyłem stoper trochę za późno, ale chyba nie aż o tyle. Nie jest to jednak aż tak ważne. Najważniejsze, że wyniki jest rewelacyjny. Tego, że poprawię się o ponad półtorej minuty, zupełnie się nie spodziewałem. Średnie tempo całego biegu – 4:48 min/km wyszło nawet lepsze niż na ósemce w Blachowni! Dodatkowo niesamowicie się cieszę, że doskonale udało mi się ten bieg rozegrać taktycznie. Pierwsze 5 km w średnim tempie 4:52, a drugie 4:44, czyli wręcz modelowo. A ostatni kilometr poniżej 4:30! Jeszcze lepiej niż w Blachowni i na GP Mysłowic.
Ten wynik z Knurowa, to oczywiście dobry prognostyk przed startem jesieni, czyli połówką w Katowicach. Tyle, że pojawił się pewien problem... Gdy wrzuciłem sobie tę życiówkę z 10 km do internetowego kalkulatora, który szacuje orientacyjne czasy na innych dystansach, to się lekko przeraziłem. Czas na półmaraton wyskoczył mi tak kosmiczny, że nie wiem, co z tym zrobić. Po prostu boję się zaczynać bieg na 21 km w takim tempie. Wydaje mi się niemożliwe, aby to wytrzymać. Ale z drugiej strony... ten kalkulator zawsze bardzo dobrze przewidywał mi wyniki. Może więc stać mnie na taki czas? Może to tylko w głowie mam jakąś barierę? Dobrze, że mam jeszcze prawie trzy tygodnie, aby się z tymi nowymi liczbami oswoić. Póki co, stwierdziłem, że muszę teraz trochę poćwiczyć dłuższe biegi, takie w zakresie 1,5 – 2 godziny. Dziś był już taki pierwszy trening – 17 km w 1h:46 min.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |