2010-09-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| IV GP Mysłowic (czytano: 347 razy)

W sobotę, podczas GP Mysłowic utwierdziłem się w przekonaniu, że dobry start w Blachowni to nie był przypadek, tylko wynik wysokiej formy. Do GP jakoś specjalnie się nie przygotowywałem, podszedłem do niego „z marszu”, ale jednocześnie z mocnym zamiarem poprawienia życiówki na trasie tego biegu (6,7 km). Nie wydawało się to zresztą zbyt trudne. Jakoś zawsze tak się składało, że na GP Mysłowic biegałem niezbyt szybko, a przynajmniej nie tak szybko jak bym chciał i teoretycznie mógł. Pierwsza edycja w lutym – śnieg, lód i błoto. Wiadomo, że w takich warunkach nie robi się dobrych wyników. Drugi bieg w kwietniu – tydzień przed Silesia Marthonem. Trenowałem wtedy raczej wytrzymałość niż szybkość, no i też w głowie na pewno siedziało mi, że muszę się już oszczędzać przed maratonem i uważać, aby sobie na leśnych ścieżkach gdzieś nogi nie skręcić. Trzecie GP – dwa dni po 30 km na Biegu Kukuczki. Nie zregenerowałem się jeszcze, a poza tym, biegłem nie ze wszystkimi, ale tylko z Mają w ramach „odrabiania” biegu we własnym zakresie. W takich warunkach, gdy nie ma z kim walczyć, zwykle biegnie się jednak trochę wolniej niż wśród innych biegaczy. Dopiero teraz, podczas czwartej edycji, nastały warunki do zrobienia dobrego wyniku. Nawet pogoda wydawała się idealna.
Tak się nakręciłem przed tym GP, że muszę wykręcić dobry czas, aż się tuż przed startem trochę wystraszyłem, że niepotrzebnie sobie taką presję wytwarzam. Ale co tam... Wystartowałem mocno. Jakoś nikt się nie wyrywał do przodu i po raz pierwszy w życiu na zawodach zdarzyło mi się przez pierwsze 200 m biec w małej grupce prowadzącej wyścig. Miłe uczucie, choć skończyło się na pierwszym podbiegu, gdy „ścigacze” w końcu popędzili do przodu, a ja biegłem sobie dalej we własnym tempie. Pierwsze dwa kilometry wyszły po 4:56. Idealnie tak jak chciałem – trochę wolniej od zakładanego ostatecznego średniego tempa. Tak mnie to uspokoiło, że kolejny, trzeci kilometr zrobiłem w... 5:14. Gdy to zobaczyłem na GPS-ie, to mnie zmroziło. Bo niby był to kilometr cały czas pod górę, ale przecież bieg ma tylko niecałe 7 km i taką stratę ciężko będzie potem odrobić. I zamiast pokaźnej życiówki, może wyjść spektakularna klapa... Nacisnąłem więc trochę mocniej i kolejny kilometr wyszedł w 4:50. Część strat odrobiona, ale jeszcze dużo pracy przede mną. Na szczęście zobaczyłem przed sobą dwójkę biegaczy, którzy najwidoczniej trochę osłabli i odpadli od czołówki. Miałem więc kogo ścigać. To zawsze mobilizuje i pomaga. Na jakieś półtora kilometra przed metą dopadłem pierwszego z tej dwójki, a 500 metrów dalej drugą (kobietę). Teraz miałem nową motywację – obronić się przed ewentualnym kontratakiem. Ale i tak wiedziałem, że jest dobrze. Starczyło mi jeszcze sił na całkiem niezły finisz (ostatni kilometr poniżej 4:35) i do mety dobiegłem w 32:08. O minutę i siedem sekund lepiej od dotychczasowego rekordu trasy ustanowionego w kwietniu. Tak poprawiać życiówki, to rozumiem! Nie o jakieś 5 czy 10 sekund, tylko konkretnie :).
Gdy ja biegałem po mysłowicko-katowickim lesie, Maja (a także Bożena, Beata i Szymon) startowali w górskim maratonie w Gorcach. Górskim szlakiem z Krościenka do Nowego Targu. Podziwiam ich i zazdroszczę, bo ja bym się na to nie zdobył. Gdy parę minut po godzinie 15 usłyszałem dzwonek telefonu od Mai, trochę się przestraszyłem. Dlaczego dzwoni tak wcześnie? Zgubiła się gdzieś na trasie, zrezygnowała, czy co? Okazało się, że nic z tego. Maja dzwoniła już z mety. Dobiegła w pięć godzin i pięć minut, zajmując ostatecznie 5 miejsce wśród kobiet (czyli bieg na 5 z plusem :). Niesamowite, tym bardziej, że jak potem mówiła, końcówkę biegła na dużym luzie, robiła sobie nawet telefonem zdjęcia z trasy. Tak więc ma jeszcze rezerwę. Aż się boję pomyśleć co się będzie działo na kolejnych górskich biegach. Dobrze, że ja w tej konkurencji nie startuję, bo bym się poważnych kompleksów nabawił ;)
W najbliższy weekend Maja chyba znowu pojedzie w góry, a ja zastanawiam się, co zrobić ze swoją dobrą formą. Czy zafundować sobie jakieś dłuższe wolne wybieganie w ramach przygotować do „startu jesieni” czyli półmaratonu w Katowicach 3 X, czy skusić się na zawody – dyszkę w Knurowie. To drugie mnie kusi, bo skoro czuję, że jestem w życiowej formie (przynajmniej jeśli chodzi o szybkość), to fajnie by było zrobić sobie życiówkę na podobno niezbyt trudnej, atestowanej trasie. Ale jednocześnie trochę się boję, czy to nie odbije mi się czkawką na tym docelowym półmaratonie. Muszę jeszcze to sobie przemyśleć.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |