2010-08-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jaworzno (czytano: 404 razy)

Od biegu w Jaworznie minęły już trzy dni, a ja cały czas się zastanawiam – czy był to sukces, czy porażka? Zapewne ani jedno, ani drugie... Po prostu bieg, w którym założony plan minimum wykonałem, ale który jednak pewien niedosyt pozostawił.
Optymistyczne prognozy pogody niestety się nie sprawdziły. Było gorąco i parno, a deszcz nie chciał spaść. To znaczy w końcu spadł, ale dopiero jakieś pół godziny po biegu. Gdyby tak zrobił to trochę wcześniej, wiele rzeczy mogłoby wyglądać inaczej... Ale skoro na pogodę wpływu nie miałem, musiałem się do niej dostosować. Zacząłem zgodnie z planem, czyli nie za szybko. Nie dałem się sprowokować, gdy Maja wyrwała do przodu już na pierwszym kilometrze, ani wtedy, gdy kolejni Truchtacze, z którymi chciałem nawiązać walkę na trasie, wyprzedzali mnie. Cały czas patrzyłem na pulsometr i pilnowałem, aby tętno nie przekraczało zbytnio 160 bpm. Dało to tempo takie, jakiego się mniej więcej spodziewałem – na półmetku miałem średnio 5:14 min/km. Nie biegło mi się jakoś szczególnie ciężko, ale czułem też, że przyspieszyć będzie ciężko i pozostanie mi jedynie walka o to, aby za bardzo nie zwolnić. Na pulsometr przestałem patrzeć dopiero gdzieś tak od jedenastego kilometra, czyli miejsca, w którym rok temu miałem straszny kryzys. Gdy minąłem szczyt pierwszego z dwóch mocnych podbiegów, postanowiłem jeszcze trochę powalczyć. Na życiówkę, ani nawet na zbliżenie się do niej, nie miałem już żadnych szans, ale pomyślałem, że spróbuję dogonić Maję, która na półmetku była minutę (czyli ok. 200 m) przede mną. Teraz miałem ją cały czas w zasięgu wzroku, ale dystans między nami zmniejszał się bardzo powoli. Wiedziałem, że jeśli chcę ją złapać, muszę to zrobić do końca czternastego kilometra, bo na ostatnim, piętnastym nie będę miał na to szans. Na mocnym zbiegu, który tam czekał, mało kto jest w stanie z Mają wygrać. Na trzynastym kilometrze zobaczyłem promyk nadziei, gdy ochłodziłem się prysznicem zafundowanym przez strażaków, a słońce wreszcie schowało się za jakąś grubszą chmurą. Wtedy dopiero poczułem, że to są warunki do biegania. Zaczęło mi się w końcu biec trochę lżej... Wystarczyło to jednak tylko do tego, aby wyprzedzić jednego z Truchtaczy, który był między mną a Mają. Na Maję byłem za słaby. Pierwszy raz przegrałem z nią w „normalnym” biegu – to znaczy nie maratonie i jednocześnie takim, w którym biegłem na całego, a nie treningowo. Cóż, kiedyś musiało to nastąpić...
Ostatecznie dobiegłem w czasie 1:19:16 brutto (1:19:03 netto) – o minutę szybciej niż rok temu i prawie tak samo, jak na piętnastce na Powitaniu Wiosny w Chorzowie w marcu. Więc niby plan wykonany, tym bardziej, że drugą, trudniejszą, połowę udało mi się zrobić w idealnie takim samym czasie jak pierwszą. Od półmetka udało mi się też wyprzedzić naprawdę wielu biegaczy, którzy osłabli. Więc taktyka biegu okazała się trafiona. Ale z drugiej strony chciałoby się czegoś więcej. Moja życiówka na piętnaście kilometrów ma już półtora roku, a ja nie potrafię się nawet do niej zbliżyć. Wyniki, które robię na tym dystansie wyraźnie odbiegają od tych, jakie teoretycznie powinienem osiągać, sądząc po tych z 10 km, czy półmaratonu. Widać, jakoś nie mam szczęścia do piętnastek..., ale trochę mnie to już wkurza. Muszę poszukać jakiegoś biegu na tym dystansie w jesieni i w końcu coś z tym zrobić.
Ja do życiówki miałem daleko, za to Maja przeszła samą siebie. Poprawiła swoją o ponad 5 minut, a w mistrzostwach Truchtacza stanęła na podium, zajmując drugie miejsce wśród kobiet. Cóż, muszę chyba zacząć godzić się z myślą, że coraz częściej to Maja będzie dopingować mnie na mecie, po tym, jak skończy swój bieg dużo wcześniej... :)
Na zdjęciu: trzy najszybsze Truchtaczki w Jaworznie.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |