2010-08-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Przed Jaworznem (czytano: 276 razy)

Do piętnastki w Jaworznie zostało już tylko kilka dni. Czekam na ten bieg z niecierpliwością i pewną dozą niepewności. Będzie to pierwszy poważny występ od Rudawy, która w tym roku wyszła mi zdecydowanie źle i jednocześnie „rewanż” za zeszłoroczne zawody w Jaworznie, które też były jedną z największych biegowych porażek. Tak więc... mam nadzieję, że może być już tylko lepiej. Nie jest to zresztą tylko nieuzasadniona wiara, ale przekonanie podparte w miarę solidnymi przesłankami.
Ostatni miesiąc przepracowałem solidnie i wydaje mi się, że forma nie jest zła. Treningi robiłem naprawdę urozmaicone i to pomimo panujących upałów. Trochę przypadkowy sprawdzian tydzień temu na „dziesiątce” w chorzowskim parku wyszedł bardzo dobrze. Gdyby tylko trasa miała dokładnie 10 km byłaby zapewne mała życióweczka. Ale ważniejsze jest to, że biegło mi się bardzo lekko i to na trasie, która w marcu wydawała mi się bardzo trudna. Tę lekkość odczuwam cały czas. Każdy trening to dla mnie duża frajda, zupełnie nie czuję się „zajechany”.
Druga sprawa, która napawa mnie optymizmem, to pogoda. W zeszłym roku w Jaworznie panował straszny upał, który na pewno miał swój duży udział w porażce. Teraz upały były... gdy trenowałem, a prognozy na sobotę są na razie bardzo optymistyczne – nie więcej niż 20 stopni i możliwy deszcz. Gdyby się sprawdziły, to rewelacja. Zauważyłem, że gdy tylko trochę się ochłodzi, wydolność od razu gwałtownie idzie mi w górę. Zresztą nie ma się czemu dziwić.
To tyle jeśli chodzi o powody do optymizmu. A co budzi niepokój? Pierwsza rzecz, to na pewno złe wspomnienia z zeszłego roku, kiedy to na jedenastym kilometrze musiałem przejść do marszu i odpoczywać w ten sposób przez jakieś sto czy dwieście metrów. Nigdy więcej na tak krótkim dystansie niczego takiego jeszcze nie doświadczyłem.
Drugi minus, to trasa. Nie dość że mocno pofałdowana, to jeszcze ułożona w sposób, którego bardzo nie lubię. Na samym początku mocny podbieg, który od razu wysysa dużo sił. Potem siedem kilometrów niemal cały czas w dół. Niby fajnie, gdyby nie to, że od półmetka trzeba tą samą drogą wracać, a wtedy jest to oczywiście już pod górę...
Trzecia sprawa, to godzina biegu, czyli czwarta popołudniu. O tej porze mój organizm znajduje się bardziej w trybie sjesty niż biegowym. Zdecydowanie wolę biegać przed południem i tak też zwykle trenuję.
Do tego dochodzą jeszcze mistrzostwa Truchtacza. Jasne, że to tylko zabawa, ale też oczywiste jest, że chciałbym wypaść jak najlepiej. Więc jakiś tam stres może się z tego dołożyć. Na dobre miejsce nie mam szans, ale przecież ostatni też nie chciałbym być... :)
Myślałem już jaką obrać taktykę na ten bieg. I jestem pewien, że najważniejsze, to nie dać się ponieść na początku. Choćby nie wiem co, zacznę spokojnie. I będę uważnie patrzył na pulsometr. To lekcja z oglądania mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Gdy pytali Grzegorza Sudoła (drugiego w chodzie na 50 km), dlaczego nie przyspieszał, gdy inni na początku wyrywali do przodu, powiedział, że nie miałoby to sensu. Bo wiedział, że wtedy przekroczyłby graniczną dla siebie wartość tętna, co spowodowałoby, że na ostatnich kilometrach musiałby znacznie zwolnić i wszystko stracić. A gdy szedł w swoim tempie, to sił na finisz mu starczyło i srebrny medal zdobył. Spodobało mi się też powiedzenie jednego z maratończyków (niestety, nie pamiętam którego) zacytowane przez komentatorów podczas transmisji z maratonu. Zawodnik ten biegł początkowo na końcu stawki, a potem przyspieszył i zajął dobre miejsce, wyprzedzając tych, którzy przeliczyli się z siłami. Skomentował on to tak: „zacząłem powoli, a potem zbierałem trupy.” W zeszłym roku w Jaworznie to ja byłem takim trupem, a teraz chciałbym tego uniknąć, więc wybieram taktykę „na grabarza” (to już moje określenie). Zacznę spokojnie, tak w okolicach 5:10 – 5:15 na kilometr. I będę patrzył na pulsometr. Jeżeli tętno będzie ok. to gdzieś tak od piątego kilometra spróbuję łagodnie przyspieszać, ale tylko na tyle, aby starczyło sił na finisz. I dopiero na ostatnich dwóch, trzech kilometrach dam czadu. A jeśli puls od początku będzie wysoki, to od razu zwolnię. Przecież nie muszę robić życiówki... A plan minimum, czyli poprawienie zeszłorocznego wyniku (1:20:16 brutto; 5:21/km) i tak powinienem w ten sposób wykonać.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |