2010-07-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Dyszka niespodzianka (czytano: 304 razy)

Co robi normalny „słomiany wdowiec”, szczególnie w weekend – wiadomo :). A co robi, jeśli jest biegaczem? Daje się kolegom wyciągnąć na zawody!
Zupełnie nie miałem zamiaru w ten weekend nigdzie startować. Na sobotę miałem przewidziany jakiś mocniejszy trening – kilometrówki, albo bieg ciągły w drugim zakresie. Raczej na to drugie się szykowałem. Ale w piątek Szymon zamieścił na forum Truchtacza info o kameralnym biegu na 10 km w chorzowskim parku. I pomyślałem sobie – czemu nie? Zamiast biegać w kółko 7 czy 8 km w drugim zakresie można by przecież spróbować trochę więcej i ciut szybciej. Tym bardziej, że miało się trochę ochłodzić. Taki sprawdzian na dwa tygodnie przed Jaworznem uznałem za ciekawą rzecz.
Na miejscu okazało się, że bieg jest na tej samej trasie, na której było tegoroczne Powitanie Wiosny, tyle że mają to być dwa 5 kilometrowe kółka, a nie trzy. Czyli w sumie bardzo dobrze w kontekście Jaworzna, bo trasa dość trudna i pofałdowana. W marcu przeklinałem ją strasznie i miałem wrażenie, że prowadzi cały czas pod górę. A teraz? Cóż, muszę przyznać, że to był jeden z fajniejszych biegów w życiu. Przynajmniej jeśli chodzi o lekkość biegu i w ogóle samopoczucie. Wystartowałem niezbyt szybko, wiedząc, że mam w sumie w nogach dość ciężkie ostatnie treningi, ostatni dzień wcześniej (ten na szczęście lekki). Ale i tak po pierwszym kółku miałem średnie tempo dające realne szanse na pobicie życiówki z przed dwóch miesięcy z Bielska. Brakowało czterech sekund na kilometrze, ale czułem, że mam jeszcze rezerwy. Zacząłem więc pokręcać tempo i... to była sama przyjemność. Czułem, że lekko naciskam biegowy „pedał gazu” i od razu przyspieszam. Każdy kilometr drugiego kółka był szybszy od analogicznego na pierwszym okrążeniu. Ostatnie dwa minęły mi błyskawiczne. Nie było takiego odliczania, jakie zdarza się czasem na biegach – że jeszcze tyle metrów, jeszcze tyle, że muszę dać radę itp. To był radosny finisz w coraz szybszym tempie. Gdy zobaczyłem metę, to się zdziwiłem, że to już. Myślałem, że jeszcze przecież mógłbym tak biec i biec przynajmniej kilkaset metrów...
I to ostatnie przeczucie niestety okazało się uzasadnione. Cóż, trasa nie miała dokładnie 10 km. W czasie Powitania Wiosny w jednym miejscu było zrobione takie specyficzne zakole, którego teraz zabrakło. No i wg Garmina wyszło, że bieg liczył tylko 9800 m...
Szkoda, bo życiówki – czterdzieści osiem i pół minuty, nie wpiszę sobie do prywatnej kronik. Gdyby tak przeliczyć te brakujące 200 m na średni czas biegu, to pewnie poprawiłbym wynik z Bielska o kilka sekund. Niewiele, ale zawsze coś. Nie jest to jednak jakoś szczególnie ważne. Na życiówkę wcale się nie nastawiałem. To miał być po prostu taki szybszy trening i przetarcie przed Jaworznem. A że takie biegi, do których podchodzi się bez oczekiwań, wychodzą często najlepiej, to już inna sprawa...
Te wszystkie moje małe problemiki bledną jednak wobec tego, co dokonała Maja. Niedługo po przyjściu do domu dostałem sms ze Słowacji. W Tatra Magistrala Run, czyli biegu na 34 km po tatrzańskich szlakach wybiegała trzecie miejsce wśród kobiet, tracąc do zwyciężczyni tylko 9 minut. Zawsze uważałem, że do biegania po górach to Maja jest wprost stworzona, a teraz to jestem już tego całkiem pewien. Wielkie gratulacje!
Na zdjęciu: radosny finisz
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |