Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [19]  PRZYJAC. [111]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Beauty&Beast
Pamiętnik internetowy
Lecę, bo chcę :)

Pawłowska-Pojawa Anna
Urodzony: 1976-05-06
Miejsce zamieszkania: Warszawa
155 / 228


2008-11-23

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Kross nie tylko Wawerski, czyli weekend 50+ (czytano: 336 razy)



Wczoraj był i przedsmak, i smak. W nocy przyśnieżyło trochę, wyglądało, że jesienny Wawerski Kross odbędzie się w warunkach iście zimowych. Logistycznie mi to troszkę zamieszało, zaczełam się ubierać jak szalona... Najpierw legginsy, lekko ocieplane. Skarpetki - lekkie. Bielizna - oczywiście Nike Determination Bra, na zawody nie wyobrażam sobie innej ;-) Na to moja ulubiona 'druga skóra', czyli Nike Pro Vent z długimi rękawami. Na to koszulka z Human Race. Na to zjadliwie seledynowa kurteczka Kalenji. Polarowy golfik na szyję. Rękawiczki. Czapeczka, z daszkiem, ocieplana. To na bieg.

Do tego creme de la creme, czyli debiut nowych bucików. Uznałam, że wreszcie jest czas na test Pegasusów GTX.

Na to wszystko kurteczka i ocieplana kamizela z kapturem, spodnie dresowe. Do torby - dżinsy, koszulka, bluza (moja ostatnio ulubiona :)), sweter na wszelki wypadek, drugie rękawiczki. Uh, późno się zrobiło, gnam. Gnam to oczywiście pewna metafora, bo pogoda taka, że jazda szybciej niż 80 na letnich oponach nie jest najlepszym wyjściem. Więc jadę te 80 i staram sie nie zgubić ;-)

Na miejscu jestem jako jedna z pierwszych. Więc potem trochę czekam, mam czas na krótkie rozmowy ze znajomymi. Troche mnei niepokoję panowie w niebieskim, którzy przyjechali zaraz po mnei i parkują z boku. Ale po przyjeździe szóstego samochodu, panowie sobie odjeżdżają. Szkoda, bo właśnie sie wybierałam ustalić, co tu robią ;-)

Start się chwilę opóźnia, i całe szczęście, bo dzięki temu startujemy w komplecie. Przed startem wstępnie się umawaim z kilkoma osobami na wspólny bieg. Na starcie wyrywam za Robertem, Aleksem, Tomkiem i Zetem. Ale to tylko do połowy podbiegu. Potem znikają mi z oczu (i słusznie), a mnei mija jeszcze na pewno Jacek i Andrzej. Trzymamy się z Maćkiem i z Iwoną w miarę razem, ale po półtora kilometra Iwona mnie wyprzedza i biegnie swoim tempem, które jest ciut szybsze niż moje. Ja jakoś nie mogę biec na maksa. Po pierwsze, cały czas wiem, co przede mną (niestety, znam trasę). Po drugie - buty. Mają strasznie sztywną podeszwę, są dość twarde, bolą mnie trochę stopy. Do tego biegniemy po kopnym piachu, nic to, że pokrytym warstewką śniegu, więc co chwilę zwalniam, przechodzę do marszu, wracam do biegu.

Na szczęście piach się kiedyś kończy i... zaczyna się jeden z piekniejszych odcinków - przełom Mieni. Właściwie nie wiem, czy to przełom. W Świętokrzyskiem na miejsce, gdzie Lubrzanka sie tak pięknie wije, mówi się "pzrełom Lubrzanki", więc krętą ściezkę nad Mienią nazwałam przełomem Mieni. Iwona, dogoniona przez Jacka, znikła mi już kompletnie z oczu. Nad Mienią jestem ostrożna, bo cały czas pamiętam, jakiego koziołka tu fiknęłam latem. Ale jest dobrze, mamy dodatkowe atrakcje - śnieg i wąziutkie ścieżki nad urwiskami. W kilku miejscach przytrzymuję się drzew.

Wreszcie kończy sie trasa nad Mienią. No, to teraz luzik, jesteśmy prawie w polowie trasy, najgorsze za nami. Wbiegamy na niebieski szlak (moja ubiegłotygodniowa wyprawa się przydała, biegnę jak po sznurku, na całej trasie tylko dwa razy sie zawaham). Do mnie i towarzyszącego mi Maćka z Galerii dołacza Jacek (Tytus). Do końca już będziemy biec we trójkę - ja pilnując, żeby chłopaki nie pobłądzili - oni, żebym ja nie przestawała biec. A to nei jest łatwe, jeszcze jeden podbieg, jeszcze jeden, uff, już tylko ostatnia prosta, 2 km. Dobiegam do mety zadowolona. W tych warunkach cieszył mnei każdy wynik poniże 2:30. Udało się pobiec 2:20. I jakkolwiek wiem, że 2:15, a moze nawet ciut mniej, było w zasięgu - jesem zadowolona. Chociaż wiem, że muszę wdrozyć jakieś ćwiczenia na wzmocnienie ud, bo nawalały na całego.

Na niedzielę moj PLAN (PLAN by DOM) przewidywał rozbieganie po WK - 20-25 km. Ponieważ ostatnio treningi robie niemal po aptekarsku, uznaąłm, ze przebiegnę 20. Motywację jakąś tam miałam, bo trzeba bylo zdjąć taśmy rozwieszone w piatek. Co prawda, była to motywacja na 5 km, ale liczyłam, że jak się już rozkręcę, to jakoś pójdzie. Do Falenicy się nie wybierałam... A pomoc w zdejmowaniu taśm zaoferował Robert, więc poziom motywacji lekko wzrósł (zawsze to miło biegać w dobrym towarzystwie :)).

No i całe szczęście. Bo jak sie obudziałam i zobaczylam, że ilość tego białego zimnego paskudztwa znacząco istotnie wzrosła, to lekko mi mina zrzedła. Ale słowo się rzekło... Znowu sztuka ubierania, czyli bielizna, Nike Pro Vent z długim, zielona runwarsawka z krókim, lekko ocieplane legginsy (Kalenji), seledynowa kurteczka, golfik, czapka, rękawiczki i ... druga sznasa dla Pegasusów GTX. Mają jedna neizaprzeczalną zaletę - niezależnei w co wdepnęłam, w środku buta bylo sucho i ciepło.

Tak okutana wyruszyłam w trasę. Pobiegłam sobei z domu, potem kawałek trasą maratonu w Starej Miłośnie, przy starcie MSM dołączył Robert i pognaliśmy w kierunku Zagórza. Pognaliśmy to pewna znowu...metafora. Nie biegliśmy jakoś bardzo szybko, ale i tak traciłam oddech na każdym podbiegu. Przy Zagórzu mały brejk na zdejmowanie taśm, udało się zlokalizować i usunąć wszystkie. Potem kolejne taśmy przy skrzyzowaniu szlaków. Teraz ruszamy w stronę wczorajszego punktu odżywczego. Wlokę się potwornie, aż mi głupio, ale nie mogę przyspieszyć, nie da rady. Na całe szczęście pzrez chmury pzrebija się słońce, promienie zatrzymują się na czubkach drzew - przynajmniej wlokę sie w ładnej scenerii.

Przy punkcie żadnych śmieci nie widać, jedyna pusta butelka to butelka po Czystej de Lux. Patrzę na zegarek. No, to ja już mam jakieś 9 km... Mogłabym zawracać. Ale nie zawracam. Biegniemy dalej. Lekko tracę orientację w terenie, ale mam dobrego przewodnika, więc nie ma się co martwić. Coraz więcej słońca prześwieca, śnieg się skrzy i skrzypi pod butami. Super :)

Ooo, kolejne taśmy. No tak. Dobiegamy do startu WK i Biegów Górskich. Nawet sie nie zorientowałam, jak wylądowaliśmy w Falenicy. Zdejmuje i te taśmy, zaraz będzie jakiś kosz, to się je wyrzuci. W Falenicy mała przerwa rgeneracyjno-techniczna i ruszamy w stronę Miedzylesia. Tej drogi też nie znałam. Dobiegamy do Traktu Napleońskiego. Pogoda się psuje, coraz bardziej śniezy, jest pochmurno. Dobiegamy do altanki na Trakcie. Teraz Robert pogna do Anina, a ja powlokę się do Starej Milosny. Patrzymy na zegarki. Hm, weekend na 50+? Robertowi taki wyjdzie. Ja musiałabym jeszcze zrobić prawie 7 km. Do domu mam chyba ciut mniej...

Ruszam na żółty szlak. Udaje mi sie nie zgubić. Zdejmuję taśmy ze skrętu z żółtego na czerwony i biegne dalej czerwonym. Potem jeszcze jedna - z czerwonego. I zakręcam w stronę Fabrycznej, w stronę startu MSM. Zerkam na zegarek... Hm. Hm. Żeby mi wyszedł weekend na 50, brakuej mi... Liczę, liczę... Jakiegoś kilometra. Zamiast pobiec prosto Fabryczną, skręcam przy ścianie lasu i biegę w stronę Torfowej. Potem w jakaś uliczkę i w następna i jeszcze w następną. Jest juz nieprzyjemnie, wieje, zachmurzyło się, sypei śnieg. Zaczynam przypominać balwana. Wypadam na Jana Pawła. I gnam do do domu. Jeszcze musze malutką agrafkę dołożyć :)

Niedziela - 25,87
Weekend - 50,20
Tydzień...-107... Zaraz, czy ja napisałam 107?







Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


kokrobite (2008-11-24,10:28): Brawo! Twój zapał dmie także w moje żagle :-)
Beauty&Beast (2008-11-24,10:57): Cieszę się :) Od razu motywacja mi wzrasta ;-)







 Ostatnio zalogowani
jaro109
06:45
jacekklosek
06:31
pckmyslowice
06:11
Andrea
01:45
Artur z Błonia
22:44
szalas
22:40
jacek50
22:29
Piotr100
22:26
manjan
22:17
maratonczyk
22:10
rdz86
22:02
janusz.m
21:59
japaszk
21:57
maleńka26
21:46
benfika
21:42
Pawel63
21:32
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |