2008-09-08
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Eliminacje g. 15.00 !!!czyli Kataorżnika 2008 cz. 3 (czytano: 206 razy)

...........Dobiegam do brzegu jeziora i .......................postanawiam,że nie skaczę do wody . Rezygnuję z biegu.......................:))))))))
Nawet przez myśl mi to nie przeszło.....więc dobiegam do brzegu jeziora i............skaczę . Pierwszy kontakt z wodą jest dość przyjemny. Jeziorko jest ciepłe :). Brnę przez wodę a towarzyszy temu cały czas jakieś takie dziwne uczucie......euforii?....uniesienia?.......
Z tego stanu wyrywa mnie nagle mocne i bardzo trafne kopnięcie w okolice podbrzusza. Za chwilę drugie ,równie mocne w brzuch. To jakiś gostek przede mną próbuje płynąć żabką. Na szczęście na moją grzeczną,wysyczaną przez zęby prośbę aby przestał płynąć, gostek obrócił się i........przestał. Dochodzę do mostku. Kibice mocno dopingują zawodników.Atmosfera wspaniała,ale oto już przechodzimy pod pomostem,docieramy do trzcin, gdzie znajduję się pierwsze wyjście na brzeg, na którym czeka na nas jeszcze spora grupa kibiców. Teraz biegniemy brzegiem. Zaczynam sobie przypominać,że ktoś przed startem pouczał,że jest to jeden z nielicznych odcinków ,na których można wyprzedzać. No to biorę się za wyprzedzanie - pomyślałem i.....skręciliśmy do wody. Okazało się ,że właśnie w wodzie wyprzedzanie idzie mi najlepiej.Brniemy teraz przez środek jeziora. Nie wiem dlaczego,ale skojarzyło mi się to z pamiętnym przejściem przez Morze Czerwone .Więc brniemy tak,brniemy i nagle ku swojemu zaskoczeniu widzę ,że wysunąłem się na.........pierwszą pozycję.-" O cholerka, coś tu nie gra"- pomyślałem i przed wyjściem z jeziora dałem się wyprzedzić z 15-20 zawodnikom. Podczas wychodzenia, tak znienacka i z zaskoczenia odezwała się do mnie łydka - " jestem tu ,pamiętaj o mnie". Zrobiło mi się ciepło.- CZyżby już po biegu. No tak,jestem na czele stawki to pewnie w ferworze walki przesadziłem nieco".
Biegnę dalej. Teraz wskakujemy do rowu.A tu niespodzianka.Woda naprawdę ZIMNA!!!! Wyłazimy z rowu i znów do jeziorka.OOOOOO,jakie miłe ciepełko.
Grupka 10 zawodników zaczyna się lekko oddalać. Z tyłu słychać groźne porykiwania- "Dalej,dalej K.....A,bo nam uciekną ", " ruszać się panowie, bo zostajemy z tyłu"
Mógłbym iść szybciej ale mnie też blokowali Ci z przodu.Po kilku takich ponagleniach zacząłęm przepuszczać tych zniecierpliwionych. Dopiero po ok. dziesiątym przepuszczonym mówię do siebie -" kurczę, jak tak będę przepuszczał to ja nigdy do tej mety nie dolecę i.......przestałem być już uprzejmy. Przepuściłem jeszcze tylko jednego zawodnika,który niemal szeptem powiedział mi do ucha - "przepraszam bardzo,mógłbyś mnie przepuścić, bo mi BARDZO zależy aby dostać się do finału"
NA taka prośbę nie mogłem odmówić i grzecznie Pana przepuściłem Jeszcze mu nawet pomogłem wspiąć się na skarpę. W jaki sposób to zrobiłem nie będę opisywał. W każdym bądź razie od kobiety dostałbym za to w twarz.:)))))BIegniemy dalej i dalej.Przy wychodzeniu z rowów łydka coraz bardziej domaga się abym już zakończył tę katorgę. Ale jak mówi mój przyjaciel Darek- "W końcu nie spotkaliśmy się tu dla przyjemności" :))),więc brnę dalej. W końcu znalazłem sposób aby łydeczce ulżyć. Wychodziłem z każdego rowu na kolanie,które potem pamiętało to przez kilka dni. Wychodzenie na kolanie było nieco wolniejsze,więc spotkało się to z falą krytyki ze strony kilku biegnących za mną zawodników. Jednakże po kilku takich wyjściach i błyskawicznemu nadrabianiu strat do biegnących przede mną , protesty ucichły.
Gdzieś tak na 4 km. przyszedł chyba lekki kryzysik,bo zacząłem się zastanawiać i wypytywać ile jeszcze do końca zostało. ALe najgorsze- czego wtedy jeszcze nie wiedziałem - miałem dopiero przed sobą.Byliśmy już na terenie ośrodka ,wydawało mi się ,że to końcówka. Jeszcze wejście do jeziora, jeszcze przejście pod pomostem,jeszcze przejście przepustem i........wtedy rozpoczął sie najcięższy dla mnie odcinek. To błotko o konsystencji jogurtu poziomkowego( może być i waniliowy albo gruszkowy)dało mi się mocno we znaki. Zmęczone nogi zaczęły odmawiać współpracy. Zacząłem się oglądać za siebie i ku mojemu zadowoleniu - po pierwsze- widziałem tylko trzech zawodników -a po drugie- też im szło ciężko i nie zmniejszali dystansu.Próbowałe kombinować ze skakaniem na kępy ale z obawy przed skręceniem szybko zrezygnowałem. Zresztą słychać już było coraz wyraźniej spikera więc pocieszałem się ,że nie może być daleko. TAk też było. Nagle ukazała się moim oczom wąska błotnista ścieżynka na końcu której stał fotograf. Przy wybiegu na asfalt postraszyłem go jeszcze biorąc w dłonie błotną melasę i zamierzając się ( z uśmiechem na ustach) w jego kierunku. Uciekł. O ja głupi,a mogłem mieć takie fajne zdjęcie.Moją uwagę zwrócił jeszcze jakiś srebrny samochód z kompletnie zachlapanym przez zawodników błotnikiem.
Teraz już z górki czyli............wbieg pod górkę, przesadzam niemal jednym susem barierkę, wbiegam do budynku,gdzie na ścianie zostawiam pamiątkowy podpis w kształcie dłoni na ścianie. JAk wybiegłem z budynku doszło do mnie.........DAŁEM RADĘ!!!!!! JEEEEEEEST!!! jeszcze tylko zbieg ( po schodkach?) troszkę piaseczku, uśmiechnięte twarze kibiców, do końca zresztą bezlitosnych,bo kazali mi przełazić pod siatką :)))
Przelazłem.POdczs tego przełażenia zauważyłem ,że jeszcze ktoś chce zaatakować na ostatnich metrach. Natura sportowca nie pozwoliła mi jednak odpuścić. Przyspieszyłem a na pomoście wiedziałem już,że mnie nie dogoni. Chociaż skubany nie dawał za wygraną ,więc na koniec się trochę spociłem:))
Uniesione w geście tryumfu ręce i wpadłem przeszczęśliwy na metę. Teraz tradycyjnie padłem na kolana i ucałowałem ziemię aby już po chwili zrobić to drugi raz ,kiedy......założyli mi na szyję srebrną podkowę. Oj ciężka ona jest,ciężka!!!!
teraz seria zdjęć, skok do jeziorka na tzw. mycie wstępne,poźniej pod prysznic polowy........zdjęcia,......autografy,....wywiady....spotkania w zakładach pracy........:)Z tego euforycznego stanu wyrwało mnie grożące hipotermią zimno.OJJJJ!!! Tak zimno to mi dawno nie było. BIegiem więc pod prysznic na salę. TAm kolejka ale już ciepło.Oczekiwanie umilamy sobie opowiadaniem przeżyć z trasy.
Już ubrany wróciłem do mojej Rodzinki i Kolegów. Krysia pyta czy wiem ,który byłem. - "Nie mam pojęcia" - odpowiadam, ale to chyba niezbyt istotne". Krysia mówi,że według niej to pobiegłem na finał. NIe chciało mi się w to wierzyć więc nawet nie sprawdziłem wyników.
Krystynka pobiegła więc do biura i po chwili ze smutną miną wróciła i mówi - " Ty to masz chłopie pecha. Awansowało 50 a ty jesteś 51".....................I w tym momencie tak jak mówiłem ,że mi nie zależy i ,że miejsce nieistotne, że ważne tylko aby ukończyć ,to zrobiło mi się strasznie żal. Jeszcze coś tak wydukałem,że - " no trudno", " to i tak lepsze miejsce niż się spodziewałem" ale w głębi serca był wielki żal,że tylko jednego oczka zabrakło.
Krysia od razu zauważyła mój skrywany smutek i już z uśmiechem na ustach poinformowałą mnie o tym ,że zająłem 33 miejsce. HURAAAAAAAAAAAAAAA!!! krzyknąłem sobie ( w duchu) a na zewnątrz oczywiście pełny spokój i twarz super twardziela :))))
Jak sobie poźniej przeanalizowałem swój start to faktycznie wszystko się zgadzało. Z jeziora wyszedłem ok. 20 pozycji ,poźniej przepuściłęm ok. 10 niecierpliwych. Na trasie wyprzedziły mnie góra 2 osoby.......czyli wszystko się zgadza.
Pożegnałem się z Krystynką i Jacusiem i poszliśmy szukać namiotu, w którym czekali już na nas Koledzy z TEAMU.NIe doczekali się jednak ponieważ.........cdn.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2008-09-08,12:48): Super relacja....Czytając mam, wrażenie, że sama też tam biegałam:-)))) Renia (2008-09-08,22:31): Twardziel z Ciebie! Podziwiam...
|