2013-03-21
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Rzym (czytano: 645 razy)

„Bieganie w niedzielę rano” - tak uspokajał nas w piątek wieczorem w gwarnej, ale przytulnej knajpie na Zatybrzu kelner Fabio, stawiając na stole, ze swoim szelmowskim uśmieszkiem (po paru godzinach znajomości już nas rozgryzł!), butelkę cytrynówki. Jak się okazało – pysznej. A już prawie zbieraliśmy się do wyjścia. Wiedział, że nie odmówimy...
Taki był finał beztroskiego pasta party, pierwszego, bo w sobotę, w tej samej knajpce, było drugie. No ale w sobotę byliśmy grzeczni, skończyliśmy wcześnie, i pojechaliśmy prosto do łóżek, podczas gdy w piątkową noc wysiedliśmy z tramwaju koło jakichś kotów utrzymywanych przez miasto, po czym ruszyliśmy na nocne zwiedzanie.
W sobotę rano głowa nawet nie bolała. Obiecywałem sobie, że ponieważ przyleciałem do Rzymu zmęczony i słabo przygotowany, bo biegam ostatnio najmniej, odkąd w ogóle biegam, sobotę przeznaczę na wypoczynek. No ale koledzy zaplanowali wyprawę do katakumb wczesnych chrześcijan na Via Appia Antica. Całe szczęście, że dołączyłem – to niezwykłe i bardzo interesujące miejsce – zarówno katakumby, jak i okolica. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o bazylikę na Lateranie i Święte Schody.
Dawno tak dobrze nie spałem przed maratonem, jak w Rzymie. Bardzo miła i niezwykle pomocna (to ona poleciła Zatybrze jako miejsce naszych wieczornych posiedzeń kulinarnych) właścicielka naszych znakomitych pokojów – pani Edyta – uprzedzała, że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do snu przy śpiewie ptaków, może mieć problemy, gdyż w pobliżu znajduje się dworzec Termini i ruchliwa ulica. Byłem jednak tak zmęczony, że nawet trąbienie słoni by mi nie przeszkadzało.
Na start mieliśmy tylko dwa przystanki metrem. Usytuowanie go (jak również mety) tuż obok Koloseum jest znakomitym pomysłem. Dla Rzymu maraton to naprawdę COŚ! A nawet znacznie więcej. W telewizji jeden z włoskich księży mówił nawet, że w tych dniach w Rzymie są dwa wielkie wydarzenia: intronizacja papieża i maraton. Intronizacja odbyła się we wtorek, a nie w niedzielę, pewnie w jakimś stopniu z powodu maratonu. Ale organizatorzy maratonu też nieco ustąpili – trasa została zmieniona i nie przebiegała przez Watykan.
Ale i tak jest wspaniała. Ciągle coś pięknego się pokazuje. Choć biegnąc maraton jestem zawsze bardzo mocno skupiony na biegu i tym, co bezpośrednio wokół mnie, w Rzymie naoglądałem się tyle, co nigdy. Było to możliwe w ogromnej mierze dzięki temu, że – ku memu zdumieniu – w Rzymie biegnie się swobodnie, poza pierwszymi kilometrami nie ma żadnego tłoku. Nie trzeba się więc koncentrować na wyprzedzaniu, ani na tym, by się z kimś nie zderzyć. Super!
Założenie było jasne – użyję zgrabnego określenia Wojtka, który miał podobny plan – nie zeszmacić się. Ciągle mam w głowie bolesne 4:05 z Berlina. Przed Rzymem biegałem bardzo mało, trochę ponad sto kilometrów miesięcznie. W sumie w 2013 zrobiłem tyle kilometrów, ile w samym tylko wrześniu 2012 przed Poznaniem, gdzie pobiegłem maraton w 3:40. Formę ratowało bieganie na nartach, ale że też było rzadkie, pod względem sportowym wiele od Rzymu oczekiwać nie mogłem.
Na szczęście pogoda była idealna (13 stopni), trasa szybsza, niż przypuszczałem (choć kostki było 8 km i kilka podbiegów), no i pierwszy raz w tym roku można było ubrać się na krótko.
Planowałem biec na 3:50 plus, i po trzydziestce przyspieszyć, ale po kilku kilometrach nogi chciały trochę szybciej, więc tempo ustaliło się na około 3:43. I tego się trzymałem, z ogromną przyjemnością sunąc alejami otoczonymi przez zabytki, pinie i platany oraz setki kibiców, krzyczących: „Brawo ragazzi!” (ragazzi znaczy chłopcy).
Na dwudziestym siódmym poczułem się gorzej, noga już dobrze nie podawała. Ale gdy minąłem linię oznaczającą trzydziesty kilometr, pogadałem ze swoją głową i odruchowo przyspieszyłem. Dało się ciągnąć mocniej do 38 kilometra. Odcinek pomiędzy 35 a 37,5 km miałem najszybszy na całej trasie – po pięć z sekundami. Potem jednak nastąpiło szybkie, bolesne zejście... Na 6:44 do czterdziestki. Przestraszyłem się nawet, że nie połamię 3:50. Siłą woli przyspieszyłem nieco na końcówce. Udało się skończyć w 3:48:21.
Za metą... Miałem naprawdę dość. Pierwszy raz poczułem ochotę położyć się na noszach sanitariuszy i poprosić o pomoc. Ale jakoś doczłapałem się do krawężnika, by usiąść i poryczeć chwilę z głową w ramionach. Strasznie dużo mnie ta końcówka kosztowała. I sił, i emocji.
Ale wstydu nie ma – 3:48 w mojej obecnej sytuacji biegowej to wynik naprawdę niezły. Fajnie wygląda na pięknym medalu.
Gdy Wojtek, Sławek, Robert, Tomek i Ania ruszyli parę godzin po maratonie w miasto, ja zostałem na bazie i zdychałem w łóżku. Wieczorem zwlokłem się z niego, by pojechać na spotkanie naszej ekipy w knajpce na Zatybrzu. Pierwsze piwa od tygodni smakowały genialnie.
Za to w poniedziałek rano byłem już OK, a inni odpoczywali. Pojechałem tuż po siódmej do Watykanu. Do bazyliki nie było w ogóle kolejki. Byłem w niej pierwszy raz – cudo!
A potem długi spacer, klasyczną trasą – Campo de Fiori (pokłonić się Giordano Bruno), Piazza Novana, Panteon, fontanna di Trevi, Spagna. Lot powrotny był na szczęście dopiero o trzeciej.
Tak to wyglądało:
Split Time min/Km Delta min/Km RealTime
Lungotevere San Paolo (5K) 0:29:09 5,49 0:29:09 5,49 0:28:04
Ponte Testaccio (10K) 0:55:14 5,31 0:26:05 5,13 0:54:09
Lungotevere Marzio (15K) 1:21:11 5,24 0:25:57 5,11 1:20:06
Via Achille Papa (21.097K) 1:52:46 5,20 0:31:35 5,10 1:51:41
Lungotevere Acqua Acetosa (25K) 2:13:04 5,19 0:20:18 5,12 2:11:59
Viale Vignola (30K) 2:40:30 5,20 0:27:26 5,29 2:39:25
Corso Vittorio Emanuele (35K) 3:06:44 5,20 0:26:14 5,14 3:05:38
Piazza del Popolo (37.5K) 3:19:26 5,19 0:12:42 5,04 3:18:21
Via Petroselli (40K) 3:36:17 5,24 0:16:51 6,44 3:35:12
Via dei Fori Imperiali (FINISH) 3:49:26 5,26 0:13:09 5,59 3:48:21
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Tr (2013-03-21,11:18): To się wreszcie doczekałam relacji. :) Jeśli mało biegasz i robisz 3h48" ... No co ja mogę więcej napisać.. :) kokrobite (2013-03-21,13:04): Odcinam kupony od solidnego biegania w poprzednich latach. Na dłuższą metę tak się jednak nie da... Trzeba się wziąć za siebie, co nie jest łatwe, gdy pracy mnóstwo. jacdzi (2013-03-21,14:06): Gratuluje! 3h48" to swietny wynik! snipster (2013-03-21,14:34): Świetny opis i fajowy wyjazd... :) też myślę o Rzymie, ale w przyszłości dopiero. aspirka (2013-03-21,14:49): Ragazzo, ben fatto! Myślałam w niedzielę jak sobie tam dajesz radę, widziałam wynik już wieczorem:-) Jak widać forma nie znika tak sobie, nawet jak trochę mniej trenujesz, a najważniejsze, że to co założyłeś udało się zrealizować wraz z bonusem jakim były rzymskie atrakcje! kokrobite (2013-03-21,15:29): Dziękuję Wam za miłe słowa i gratulacje. Co do Rzymu... No cóż, nie będę oryginalny. Uwielbiam!!! slahor63 (2013-03-22,15:54): Jesteś w świetnej formie literackiej! Poza tym, dzięki Tobie uporządkowałem sobie ten Cały Nasz Rzym. kokrobite (2013-03-22,17:11): Dobrze, że chociaż literackiej... slahor63 (2013-03-25,15:29): Mimo zaległości treningowych, przepracowania i ciężkiego kryzysu złamałeś 3:50! Mnie w Krakowie w 2011 r., w podobnej sytuacji to się nie udało. kokrobite (2013-03-25,17:13): Sławku, mam nadzieją, że jesienią w Dreźnie zaprezentuję wyższą formę. Zaczynam sobie organizować czas w taki sposób, by więcej go pozostawało dla biegania. tomaretto (2013-03-26,17:28): Jeszcze raz wielkie dzięki Leszek za wspólny ,świetny wyjazd na piękna imprezę, juz nie mogę doczekać sie następnych.
pozdrawiam tomek kokrobite (2013-03-26,17:55): Witaj Tomku :-) Ja też dziękuję Tobie i Ani. A co następnego wyjazdu, to... Niebawem trzeba się będzie zapisać :-)
|