2009-09-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Kpina ! (czytano: 162 razy)

Tak by to określił - w nawiązaniu do mojego ostatniego wpisu. Życie sobie ze mnie kpi najzwyczajniej w świecie ! Pisałem o masie krytycznej, że nareszcie biegam bez bólu, że stawy i kości ok. Jak ja się cieszyłem w piątek, jak przeleciałem sobie z przyjemnością 11 czując się jak InterCity. I w sobotę najmniejszego dyskomfortu w nogach.
Niedziela - w planach spokojne wybieganie. I co ? I po 300 metrach czuje jak powoli ale konsekwentnie wzrasta ból w lewej łydce, tam gdzie łaczy się ona z achillesem. Albo na odwrót, bez znaczenia. Pomyślałem, przyzwyczajony przez te dwa i pół miesiąca do bolących stawów, że pobolą pobolą i przejdą. Ze stawami jest tak, że jak już możesz biec pomimo bólu, to z odległością ten ból będzie się zmniejszał. Najwyżej na drugi dzień okaże się czy przecholowałem, czy nie. Tym razem było inaczej - bó wzrastał - dałem rade 10 km, w końcu stanąłem. Wieczorem już nie moglem chodzić, kulałem. Załamka. Ja wiem, że narzuciłem sobie ogromne zadanie, przygotować się do maratonu w tak krótkim czasie zaczynając od zera. I nawet pisałem tutaj, ze nie będę miał do siebie żalu, jak przesadze i coś nie wytrzyma. Ale jednego nie rozumiem, skoro nagle jest tak wspaniale, skoro wcześniej robie sobie 200 m podbiegi pod góre w 35 s. , biegam 11 km w 45 min a tu dniu, w którym się najlepiej czuje od tylu dni zaczynam bardzo delikatnie w tempie pow 5 min na km i siada lewy achilles, gdzie w lewej łydce, jako chyba jedynym miejscu nie miałem żadnych sensacji związanych ze zmęczeniem ? O co caman ?
Pogodziłem się, w niedziele :) że nie pobiegne w tym maratonie. Niemniej zacząłem stosowanie tego wszystkiego, co znam, żeby ...., może jednak.... :) Już raz miałem 10 dni przerwy i tez wiedziałem, że nie pobiegne. Ale zacząłem i się udało. Powiem krótko, swoje szanse na pobiegnięcie w maratonie oceniam na 20 %. To, że go ukończe na 10% Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy i głowie, żeby zrealizować swoje marzenie, które nagle zrodziło się w mojej głowie w czerwcu. Nic na siłe, za wszelką cene - ale nie poddam się tak łatwo :)
Efekty, jak do tej pory, sa takie - w poniedziałek wieczorem mogłem już normalnie i bez bólu chodzić. Przebiegłem kawałek idąc do sklepu i biegłem nie kulejąc, ale czułem lekki ból. Niedawno, dzisiaj już, poskakałem na samej lewej nodze i nie czułem bólu. Uciskając palcem jeszcze czuje. W niedziele spróbuje pobiegać.
A mówiłem, że wolę biegać szybciej niż wolniej :P
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2009-09-15,21:20): W bieganiu nie ma znaczenia czy jesteś pierwszy, w środku stawki czy na jej końcu, ważne, że możesz powiedzieć ukończyłem...i tego Tobie życzę:)))
tygrisos (2009-09-15,22:03): Dziękuję :) Pewnie,że nie ma. No, przynajmniej w pierwszym maratonie ;)))
|