2009-09-04
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jest szansa :) (czytano: 146 razy)

Dawno nie pisałem, ostatni wpis pod koniec lipca, ech szkoda, że juz po lecie. Ciesze się, że sierpień dopisał z pogodą, przynajmniej cos było z tego lata.
Dziwne, bo podejmowałem próby wpisu ale dwa razy skończyło się na tym, że post znikał natychmiast po wciśnięciu "dodaj" To sie zniechęciłem :)
Krótko po ostatnim wpisie postanowiłem pierwszy raz w życiu przebiec 20 km. Biegałem w lesie, krótko po starcie zaczeła się chyba największa burza tego lata. Po dobiegnięciu do samochodu okazało się że zamókł mi pilot, zbliżał sie zachód - także chcąc nie chcąc przebiegłem jeszcze 5 km, żeby dotrzeć do domu. Nie wiem, czy dystans, czy to, że przez dwie godziny nasiąkałem do suchej nitki spowodował potworny ból w kościach, zwłaszcza w stawach kolanowych i skokowych. I trwał, nie przechodząc przez kolejne dni. Tak więc po miesiącu treningów i przygotowań do pierwszego maratonu w życiu pomyslałem, ze chyba niestety nie w tym roku. Próbowałem pare razy, niestety po 10 metrach stawalem. W końcu po 10 dniach przebiegłem z nogi na noge 3 km. Idąc za ciosem zwiększałem powolutku dystans i podczas któregoś weekendowego wyjazdu do Sierakowa, w połowie sierpnia pokonałem 6 km już biegnąc a nie udając że biegne.
Tydzień temu, w niedziele postawiłem wszystko na jedną karte. Albo pobiegne w maratonie, albo nie. A skoro mam pobiec to trzeba zaczać biegać. Wyznaczyłem sobie trasę w Zielonce, na oko 25 km. Decyzja miała zapaść na drugi dzień, bowiem jeśli znów miało się powtórzyć takie przesilenie stawów jak ostatnio to rezygnuje. Bieglem dokładnie 2,5 godziny, sądząc po tempie wyszło jakies 27-28 km. To był dla mnie nokaut, kiedy znalazłem się w domu, resztkami sił zdążyłem wziąść prysznic, po czym spałem przez 1,5 h. Oczywiście planując bieg zapomniałem, że 3 dni poprzedzające ten bieg były dla mnie dośc wyczerpujące. Po wstaniu z łózka diagnoza była jednoznaczna - zapomnij synu o maratonie, zapisz się może na turniej darta. Ból był nie do zniesienia. ..
Ale..., na drugi dzień rano przez pierwsze pięć minut było podobnie, jednak nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeszło :))) Pozbiegalem troche ze schodów, tam i z powrotem i nagle przestałem przestraszony, że niepotrzebnie cos prowokuje, skoro przeszło. Poniedziałek wolny, wtorek o 11 trening. Z jakimś niedowierzaniem wybiegłem nad Warte, przeleciałem spokojnie 9 km w tempie 4:50 i zrobiłem 6 x 200 na asfalcie pod lekką górkę. Został miesiąc do maratonu a ja nie mam żadnych km na ulicy, więc nie ma na co czekać. Zasypiając myślałem, co będzie jutro, jak stawy ? A stawy nic.. :)) Wczoraj wiec postanowiłem zrobić porządny II zakres na asfalcie. Miałem biegać bez czasu, ale będąc niedawno u rodziców wpadł mi w rece mój stary stoper sprzed 18 lat kiedy trenowałem boks. I działał :)) No cóż, skoro sam wpada, to cos to chyba znaczy. Wymysliłem sobie petle wzdłuż nasypu kolejowego, nie znałem dystansu, ale mogłem mierzyć czas kolejnych okrążeń. Pierwsze kółko wyszło równe 7 minut. Zapadła decyzja - 8 razy. Drugie - 6:50, trzecie 6:50, czwarte 6:50. Przypomniało mi się, jak w podstawówce trenowałem bieganie - każde 400 metrów, co do sekundy, jak z zegarkiem, choć to trener mierzył czas. Po czwartym przestałem mierzyć, skoncentrowałem się na rytmie i technice. W połowie siódmego stwierdziłem, że na tym skończe - tradycyjnie kondycyjnie super jak na tempo, jednak nogi przestawały się kręcić. Dał bym rade przebiec 8, ale jeśli się zastanawiam, czy biec czy nie biec dalej, to nie biegne, mając na uwadze to, żeby nie przegiąć. Za krótko biegam. Czas koncowy 47:17, tętno 173 - jak zwykle rozpędzam się z czasem :D.
Dziś nie wytrzymałem :))) Namówiłem znajomego, który ma dokładny licznik w swoim rowerze i pojechaliśmy zmierzyć asfaltową pętle. 1570 m, co oznacza średnie tempo 4:18 na dystansie 11 km. To oznacza, że jeśli nic się nie wydarzy po drodze, to jestem w stanie złamać 3:30 w maratonie, czyli tyle, co sobie założyłem :)
No tak i znów cos wcięlo z wpisu, tym razem jednak byłem przygotowany :P
To dodam tylko, że przy okazji mierzenia pętli wyznaczyłem sobie odcinki 100, 200, 300, 400, 500. Pamietam taki trening z młodości: 100, 200, 300, 400, 500, 400, 300, 200, 100; Miałem gwiazdy w oczach po czyms takim. Ale skoro wyraźnie brakuje mi siły w nogach, to będzie chyba w sam raz. Plan jest następujący: zostaje przy trzech treningach tygodniowo - raz rozbieganie, raz drugi zakres i raz - na zmiane podbiegi z karuzelą. I albo dam radę, albo nie, w końcu to nie zawody - ale jakiś tam plan trzeba zrealizować, żeby maraton nie przypominał drogi krzyżowej. Chcialbym bardzo, ale nic na siłe..
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |