2009-05-04
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| nowa (czytano: 159 razy)

Wczoraj znów “życiówka”. Co się dziwić – co start to życiówka, bo każdy start to debiut! Tym razem Łubianka 15KM. Bardzo sympatyczna i udana impreza, zwłaszcza, że mogła wystartować cała nasza rodzinka – każdy na swoim dystansie. Prawdziwe Święto Sportu.
Bałam się tego startu. Pogoda przepiękna, więc dla takiego biegacza amatora jak ja – fatalna. Normalnie to byłabym zachwycona – w końcu długi weekend majowy, lenistwo na słoneczku... Ale się zachciało, więc trzeba było się zmierzyć z nowym wyzwaniem.
Piękne, błękitne, bezchmurne niebo. W słońcu ok. 30 stopni. Trasa przez pola. Przestrzeń. Na żółto kwitnący rzepak, odurzający zapachem.
Przed startem krótka rozmowa z bardziej doświadczoną biegaczką. Uspokoiła mnie, że wiatr nas na trasie ochłodzi. Uwierzyłam jej – to dało mi nadzieję, że pogoda nie zwali mnie z nóg.
Ruszyliśmy. Małżonek od razu zniknął mi z oczu, a ja za pierwszym zakrętem rozpoznałam znajomego z innych startów, do którego się wcześniej "podczepiałąm", ale on i tak na końcu mie wyprzedzał. Podbiegłam do niego i uprzedziłam lojalnie, że niestety i tym razem uczepię się go jak rzep psiego ogona. I było nam razem sympatycznie. Równe tempo. Wiatr pojawiał się i znikał. Pełne słońce. Pierwsze 5 KM poszło nam chyba dość gładko. Druga piątka dla mnie gorzej. Niestety zwolniłam. Mój “peacemaker” oddalił się niebezpiecznie. Ale jakoś inni mnie nie wyprzedzali. Czyżbym była na szarym końcu? Nie oglądałam się. Patrzyłam na pola. Mijam 11KM i... czuję przypływ sił. Wielkie zdziwienie. Powróciłam do wcześniejszego tempa. I tak powoli, powoli nawijałam mojego”uciekiniera” na sznurek. I nadszedł moment wyprzedzenia. Wyprzedziłam go i poczułam się nieswojo... Jakbym się na nim “wywiozła”. W końcu do tej pory on był zawsze lepszy... Było mi głupio. Taka moja niesportowa natura... Potem wyprzedziłam jeszcze kilka osób, bo do samego końca czułam sie dobrze.( Wieczorem poprzedniego dnia w strachu przed zasychającym gardłem przygotowałam sobie małą buteleczkę po syropie Eurespal. Założyłam nań “dzióbek” i nalałam wody. I to mnie uratowało. Co kilometr łyczek, dwa).
W końcu meta. Medal ciężki, ale ściskałam go jak największy skarb. Mój czwarty medal w życiu. Początkowo byłam skonana. Pić, pić, pić... Zadziwiająco szybko doszłam do siebie, jakby nie było tego słońca. Czas bez rewelacji, ale plan zrealizowany. Czekali na mnie Córka znów najlepiej z nas wszystkich, P. sponiewierany, ale zadowolony.
Endorfiny mi mózg i ciało zalały całkowicie! Niesamowite uczucie. Trzymało mnie do późnego wieczora. A wieczór też rodzinno – sportowy. Inauguracja sezonu żużlowego na naszym nowym stadionie, najnowocześniejszym na świecie. I nasi wygrali! Potem musiałam długo posiedzieć, aby ochłonąć, bo nie dałabym rady usnąć.
Ach te endorfiny... Byłam ( i jestem) “przeszczęśliwa”. Dałam radę! Pokonałam słabość i zmęczenie. Nic mnie nie bolało w trakcie biegu, nic nie dokuczało, co oceniam pozytywnie, jako dobre rozłożenie sił. Znam siebie już coraz lepiej, umiem siebie słuchać, ufać sobie.
Koniec już z tym rozważaniem. Czas się wziąć do roboty....
PS. Na zdjęciu moja 8-letnia duma znó wróciła z pucharem. Nóżki jak patyczki, ale charakter niezłomny
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2009-05-04,12:05): Wielkie gratki:))) kokrobite (2009-05-04,12:44): Ten przypływ sił na 11 kilometrze... To jest to! :-) Renia (2009-05-04,15:53): "Charakter niezłomny"... Po Mamusi:) Wielkie gratulacje! Rozegrałaś to perfekcyjnie!
|