Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [283]  PRZYJAC. [197]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
TREBI
Pamiętnik internetowy
"Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono"

Robert Korab
Urodzony: 1970-04-07
Miejsce zamieszkania: RZESZÓW
162 / 241


2008-03-11

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Bochnia - start (czytano: 215 razy)




W piątek wieczorem, wspólnie z pozostałymi członkami Teamu do póżnych godzin nocnych integrowaliśmy się w bardzo przyjaznej ,niemal rodzinnej atmosferze.Było tak sympatycznie i wesoło że położyłem się spać dopiero o 2 w nocy.
Pobudka o 7 rano i żadnych praktycznie oznak wczorajszych harców i swawoli . Widać, najodowany kopalniany mikroklimat wyjątkowo służył ekspresowej regeneracji.
Najpierw szybkie poranne zabiegi higieniczne. Następnie spore śniadanko popijane izotonikiem .W reszcie , końcowe ustalenia odnośnie ostatecznej taktyki i strategi biegu.
Oparliśmy się na planie naszego trenera Teamowego - koordynatora Bziuma.
Podzieliliśmy się na pary. Pierwszą stanowił Fixu z Adamusem. Drugą Kubek i Ja.
Nie będę się rospisywał jak szczegółowo wyglądał Nasz plan biegania bo szczerze powiem już z lekka pozapominałem:) A z resztą odsyłam do bloga Fixa który to skrupulatnie opisał.
Napisze jedno. Przed przyjazdem nie zdawałem sobie sprawy tak naprawdę ,jak ciężki mnie bieg czeka. Jakiemu ogromnemu wysiłkowi zostanę poddany. Walka na maksiora swoich możliwości toczyła sie praktycznie od pierwszej do ostatniej pętli. Nie było zmiany na której ktokolwiek z Nas by się oszczedzał. Nasze bieganie można przyrównać do sprinterskich prawie 2,5 km interwałów sięgajacych z całą pewnością III zakresu . Po sześciu przebiegniętych rundach które kończyły się gdzieś w okolicach czwartej godziny biegu już zaczęły pojawiać się u mnie pierwsze myśli czy aby napewno wytrzymam i podałam reszcie dystansu. Zaczęło się mi wtedy zdawać czy za moment cały się rozlecę. Postanowiłem więc lekko obniżyć prędkośc biegu. Diametralne nie zmieniło to jednak mojego samopoczucia, ponieważ wciąż było to bardzo szybkie bieganie do którego moje płuca i reszta podzespołow nie były przyzwyczajone..Mój organizm wciąż dostawał nieżle po garach. Nie mogłem sie jednak obijać i odpuszczać bo widziałem po moich chłopakach że również się nie oszczędzają i walczą jak wygłodniałe lwy. Byliśmy dodatkowo umotywowani do ostrej walki gdyż cały czas obracaliśmy sie w orbicie pięknego 12-15 miejsca.Było więc o co walczyć.
Po ośmiu godzinach byłem już u kresu swoich mozliwości. A to dopiero 2/3 dystansu.
Moi pozostali sztafeciarze również nie wyglądali specjalnie rześko. Ale nie było odwrortu. Trzeba było ten wózek pociągnąc do końca. Nogi miałem już jednak ołowiane do potęgi. Wydawało się mi że biegnę tym samym tempem co wcześniej bo tyle samo albo i więcej sił w to wkładałem . Prędkośc jednak stale spadała a wysiłek z każda pętlą wzrastał. Poprostu odwróciły się proporcje.
Szesnastą petlę kończyłem już w lekkim amoku. Po jej zakończeniu lało sie ze mnie ciurkiem. Nóg juz prawie nie posiadałem. Ogarniało mnie uczucie że zamiast nich posiadam obojętne na wszelkie bodżce , ciężkie metalowe protezy.
Do końca zmagań ostała się godzina z hakiem. A mnie czekała jeszcze jedna 17 zmiana. Na samą myśl o tym robiło mi się słabo i niedobrze. Na 16 zmianie pobiegłem znacznie wolniej niż na wszystkich wcześniejszych . Bałem się że jak na następnej - ostatniej dla mnie szychcie dam jeszcze większego ciała to możemy utracić dotychczasowe bardzo dobre miejsce. Nieśmiało więc zapytałem pozostałych szybszych teamowiczów czy czują się na siłach aby mnie zastąpić .
Oznajmiłem im że mam w sumie jeszcze jako takie siły ale napewno moja predkośc będzie jeszcze wolniejsza od tej z ostaniego pokonanego przezemnie odcinka. Po krótkiej debacie uzgodniliśmy że chłopaki wezmą moją robotę. Zrobili to doskonale. Dzięki temu urwaliśmy dodatkowych parę minut.
Zbizało się ostanie 30 miut biegu. Z wyliczeń wynikało że jak Kubek zakończy swoją ostatnią zmianę to do pokonania pozostanie jeszcze około 2-3 minuty biegu.
Odpocząłem trochę, niemniej moje zastane nogi stały się jeszcze cięższe niż wcześniej. Postanowiłem jednak że mam to w dupie i te ostatnie minutki biegu wezmę na siebie. Choćbym miał wypruć się doszczętnie i ze zmęczenia paść jak przecinak to to zrobię. Muszę przecież godnie zakończyć swój udział w tej batalii.
Na 2 minuty i 11 sekud przed końcem po przejęciu pałeczki od Kubka ruszyłem jak szalony.Conajmniej jakbym biegł na setkę. Po przebiegnięciu około 300m lekko mnie przytkało ale nadal sprintowałem , wypruwałem sobie żyły i połykałem kolejne metry.
Kiedy zbliżałem sie do 700m nagle rozległ sie dzwięk kopalnianej syreny oznaczający koniec biegu i zarazem kres moich męczarni.
Stanąłem w miejscu. Poczekałem chwilę na sędziego. Gdy przybył ,grzecznie odpiąłem numerek i pozostawiłem go na miejscu w którym zakończyłem bieg.
Za moment w kopalnianym korytarzu pojawiła sie reszta teamowców. Szczęsliwi i radośni pogratulowaliśmy sobie nawzajem udziału w biegu , strzelajac sobie przy okazji kilka zespołowych fotek .

Generalnie rzecz ujmując – było super ,extra , zawaliście.
Poznałem wielu bardzo fajnych , ciekawych , interesujących ludzi znanych mi dotychczas wyłącznie z forumowych avatarów i portalowych wątków. W miłej, przyjacielskiej atmofserze spędziłem turbo nieprzeciętnie i ciekawie jeden z najfajniejszych łikendów mojego dotychczasowego życia. Dziękuje Wam wszystkim , tam obecnym za bardzo miłe, cudowne chwile, których doświadczałem podczas kilkudziesięcio godzinnego pobytu w kopalni.
Super dzięki

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
marcoair
16:38
JPC_XSTeam
16:34
Roger vel żenszeń
16:19
gora1509
15:54
kolor70
15:50
Wojciech
15:38
biegacz54
15:23
szakaluch
14:57
Stonechip
14:13
japa
14:11
mc42
13:59
luksik86
13:15
Admin
12:56
Borrro
12:36
mario1977
12:31
jaro109
11:53
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |