Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [71]  PRZYJAC. [87]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
287 / 338


2017-04-01

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
połówka w Poznaniu i małe stop (czytano: 420 razy)

 

Czuje się dwojako po Poznaniu. Z jednej strony jestem zadowolony, z drugiej jestem podkopany.
1:23:44 jest trochę od życiówki, ale z drugiej strony... nie zawsze przecież biega się życiówę.

To miałby być okres, gdzie zrobię przetarcie i podbiję nieco formę, oraz zacznę powoli wchodzić w atmosferę maratonu...
Niestety od paru dni musiałem się ratować ibupromem, bo nerwobóle zębowe w szczenie były masakryczne. Odezwały się znowu ósemki, tym razem z drugiej strony, które ugaszałem w listopadzie.
Chciałem tego uniknąć i przeciągać motyw z zajęciem się ósemkami do okresu po maratonie, kiedy to można by było połączyć odpoczynek z zębami. Niestety... no ale trudno.

W tygodniu przed za wiele nie poszalałem z uwagi na problemy z odparzeniem i pęcherzami na stopach. Nie było więc nic pod superkompensację, zero akcentów i tym podobne, same krótkie spokojne biegi.
Z racji tego postanowiłem przy okazji jeszcze sprawdzić motyw z rozruchem dzień przed biegiem.

W mojej przygodzie z bieganiem jedynie raz takie coś przyniosło efekty. Raz.
Kiedyś przed połówką w Nowej Soli dzień przed zrobiłem szybkie 5km na sprawdzenie nowych bucików. Następnego dnia pocisnąłem życiówkę.
Pozostałe starty, kiedy biegałem dzień przed były nijakie. Zawsze czegoś brakowało... jakiegoś luzu, błysku, czy oka tygrysa.

Podobnie było teraz w Poznaniu, chociaż tu jest raczej kumulacja prochów przeciwbólowych, niż luźne 5km dzień przed i ogólnie oklapły tydzień.
Połówka też była robiona niejako z marszu z treningu do maratonu... weekend przed był pod znakiem szybkiego crossika w sobotę oraz szybką trzydziestką w niedzielę na samopoczucie (wyszło w 4:26min/km bez jakiegoś sapania).
Trzydziecha swoje na pewno zostawiła.
W tygodniu poprzedzającym (czwartek przed weekendem z trzydziechą) spróbowałem tempa w okolicy 3:52, czyli tego z Wrocka, gdzie nabiegałem PB. Tempo było męczące. Zrobiłem 8km i nie czułem się jakoś hiper po tym. Wiedziałem więc, że zawody w tym tempie będą mocno życzeniowe... no ale chciałem spróbować licząc na dzień konia ;)


Przebrałem się w krótkie leginsy do kolan i na szczęście ubrałem tylko krótką koszulkę, a nie długi rękaw (a miałem takie zamiary :)), bo później było ciepło.
Rozgrzewka bez szału, jakaś taka nijaka. Udałem się na start i czekałem w strefie kilka minut.
Zero emocji... jakbym czekał na tramwaj.
Byłem raczej niedospany, niż nakręcony startem. Wstać musiałem po 4ej, do tego zmiana czasu (więc na stary czas po 3iej). Dla mnie to masakra :)

Start był tłoczny, jakoś po kilometrze dopiero się rozluźniło. Pierwszy km w 4:00, drugi z górki w 3:47, później 3:58 i 3:50. Nijak nie mogłem złapać luzu i swojego rytmu. We Wrocku biegło mi się mega luźno pierwsze pięć km, tu... niezbyt.
Pierwsza piątka była jakoś w 20s poniżej 20minut.

Nie widziałem tętna (miałem na drugim ekranie ale nie chciałem się bawić z Gremlinem), jednak czułem się nijako... jakiś przymulony. Nie mogłem wejść w intensywność i niejako rozkręcić organizmu na wysokie obroty. Druga piątka starałem się trzymać tych prędkości, ale bez rewelacji. Na dyszce miałem jakieś 40s do 40minut, więc nie było źle.

Tu niestety trasa zaczęła się komplikować... trochę wiatru, podbieg, potem kolejny i totalnie stanąłem z tempem.
Luźna łydka zniknęła już bezpowrotnie. Czwórki były również nieswoje. W tym momencie już wiedziałem, że o okolicach 1:22 to jedynie na papierze zostanę ;) co gorsza, miałem poważne obawy, czy ja w ogóle poniżej 1:24 dolecę, a to przyjąłem sobie za punkt honoru :)

Trzynasty kilos w 4:05
Tu niestety zacząłem zerkać na elektronikę. Jak nie idzie, a zaczyna się zerkać na Gremlina i widzi się czas sporo odbiegający od założeń... jest jeszcze gorzej.
Później było poniżej 4:00 jednak bez szału. Czułem mega zamułę i nijak nie mogłem się rozkręcić. Czułem się jak kotek biegający po płocie - do galopu brakowało :)
Próbowałem krótkiego zrywu, uspokojenia i ponownie, ale nic nie szło. Noga totalnie już nie kręciła. Na dodatek końcówka pod wiatr. Totalnie zeszło ze mnie powietrze i siły. Wrażenia miałem takie, jakbym biegł z oponą :)

Ostatnie metry przed wbiegnięciem do hali, która jest fantastycznym pomysłem rodem z Frankfurtu, czy z Łodzi, to przed nią podkręcając tempo nie mogłem się rozpędzić. Jeju masakra, ale nic to.
Zobaczyłem, że jedna dziewczyna mnie próbuje wyprzedzić i nie wiem czemu w tym momencie mi się przypomniał motyw marudzących pierników "nie no, Kobieta mnie wyprzedza" :)))

Odkręciłem manetkę i wyprzedziłem ją, wbiegłem do hali i mnie zatkało :) doczołgałem się do mety i skoczyłem sobie na finito :)
Finisz po czerwonym dywanie to super pomysł, bardzo mi się podoba takie nietypowe zakończenie :) dodałbym trochę więcej światełek next time.


Po biegu jakoś nie umierałem i nie padałem na twarz. Posiedziałem sobie chwilę, zżarłem czekoladę (a co), wypiłem trochę isotoniku i tyle.

Czas w sumie nie najgorszy - chciałoby się szybciej, ale no nijak w tym dniu nie mogłem. Cisnąłem cała trasę i z tego chociaż jestem zadowolony, bo zakusy na odpuszczenie były (te głosy... po co się przemęczać jak nie idzie?).


Wieczorem i dzień kolejny to już masakra z nerwobólami. W poniedziałek umówiłem się do dentysty na wtorek, oraz na środę do chirurga. Dentystka pozakładała jakieś sączki. W środę już byłem do tego stopnia zdeterminowany, że zdecydowałem się na operację usuwania jednej ósemki.
Stety i niestety tylko jedna się nadawała do operowania.

Z ambitnych planów na maraton w Rotterdamie pozostały nici i to dosłownie - w szczęce.
Mam zakaz ruchu przez jakieś 10 dni. Szczena spuchnięta jak u Gołoty po walce z Tysonem. Do tego otwierać buzi za bardzo nie mogę bo wszystko boli i szwy czuję. Masakra ogólnie.
Nasłuchałem się od doktorka sporo rzeczy, jednak miałem do wyboru przeczekanie i prochy z antybiotykiem, albo usuwanie + prochy i antybiotyk.
Nie miałem już siły z tym dalej się ścierać... a maraton? cóż, będzie ciekawą przygodą po 10 dniowej przerwie.
Raczej będzie spacerek i spokojny bieg, niż heblowanie na maxa na życiówkę. Po głowie już mi chodzi inny scenariusz, ale za bardzo nie ma co wybiegać do przodu.
Jak się uda i wszystko będzie ok, to może pod koniec kwietnia coś znajdę na start, ew. w maju.

Szkoda jedynie tych tygodni przygotowań i fajnego biegania. Wkręciłem się w przygotowania momentami na maxa :)
40 dni non toper biegania w grudniu/styczniu, potem kawałek Ultra (65km) pod koniec lutego, jakby nie było dobra połówka pod koniec marca (trochę ograniczona prochami p.bólowymi), więc początek kwietnia rysował się pachnąco :)


Fajną rzecz jeszcze zrobiłem po połówce, mając już świadomość krojenia w środę. We wtorek zrobiłem Drugi Zakresik, którego wcześniej planowałem w środę/czwartek jako przedostatni akcent przed maratonem. Zrobiłem 14km na zmęczeniu nie dysząc jakoś specjalnie, więc realnie mogłem myśleć o PB w maratonie i ataku na 2:55 lub lepiej.
Jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze. Mam jedynie nadzieję, że skończą się moje jęki i stęki z zębami i bez przeszkód będę mógł znowu pośmigać bez ograniczeń wysoko w chmurach :)


wracam do lodów - jedyny plus operacji - zalecenie doktorka, żeby jeść dużo lodów :)


1:23:44 netto
średnie tętno 156, max 172 (przy HRmax 187)
miejsce 259 na 10391... więc nie było przecież źle, jak na amatora :)


a może to wszystko przez dwutygodniowy zarost? może to on mnie tak hamował? ;)
obecnie zarost mam prawie trzy tygle i nie poznaje siebie w lustrze. Mycie twarzy jest niczym mycie głowy i wymaga suszenia tego czegoś ;)
Czy zostanę drwalem? może... ;) nie, nie :)


--fota z ostatnich kilosów jakoś


Aloha
pl

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Jarek42 (2017-04-01,16:35): Ale marudzisz. Jak będziesz miał moje lata, to taki czas będzie kosmosem :)
paulo (2017-04-01,22:35): Ja tam wierzę, że w Rotterdamie wystrzelisz :)
zbyfek (2017-04-02,09:12): Jak ten start robiłeś z pełnego treningu ,to wsztstko jest dobrze kiedy startujesz w maratonie.:)
snipster (2017-04-02,09:37): Jarku, marudzenie mam w genach ;) jedynie nie marudzę na świetną pogodę i nadmiar ciastek :)
snipster (2017-04-02,09:39): Paulo, bo tylu dniach przerwy i z marszu start... nie ma szans, ale liczę na inne wrażenia estetyczne i mentalne ;)
snipster (2017-04-02,09:44): Zbigniew, dwa tygodnie po połówce, jakoś za tydzień 9go kwietnia... niby wszystko się jakoś składało w całość, ale trzeba wykombinować inny plan. Bywa :)
zbyfek (2017-04-02,15:08): Ostatnio oglądałem program w telewizji,pytanie było jakigo sprzętu używamy do uprawiania sportu,odpowiedzi samochód motocykl narty łyżwy i ostatnia odpowiedz nogi,nigdy bym na to nie wpadł,takze maraton robimy nogami i głową.:)
snipster (2017-04-02,18:09): u moich znajomych w większości króluje pad od Playstation oraz chwytaki do przewracania mięcha na grillu ;) mówią, że w bieganiu głowa ważna... tylko że biega się na nogach, a nie na głowie przecież, więc dziwne to wszystko i pokręcone ;)
żiżi (2017-04-02,21:39): Czyli plotki się potwierdzają biegamy głową a nie nogami!wariactwo:)))
snipster (2017-04-03,08:19): świat staje na głowie :)







 Ostatnio zalogowani
SZAFLAR
16:27
AntonAusTirol
16:24
damwoj
15:49
Namor 13
15:40
zlyporucznik
15:27
uro69
15:19
Raffaello conti
14:58
patryktherunner
14:49
ruda17347
14:16
Przemo013
14:14
wwdo
14:09
hati
14:06
marekcross
14:02
kornik
13:29
marczy
13:24
biegacz54
13:19
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |