2012-12-27
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Święta i po świętach (czytano: 349 razy)

W niedzielę po Strzelcach zrobiłem sobie wolne, sam nie wiem dlaczego? Lenistwo i źle ukierunkowana motywacja ? Oczywiście tłumaczę to sobie regeneracją po zawodach, na których biegałem dosyć mocno jak na mnie. Za to cały dzień sprzątałem i jadłem, taki wstęp przed świętami.
W wigilię jakoś nie było kiedy porządnie pobiegać, korzystając z okazji, że wigilia odbywała się u cioci w Wysokiej, postanowiłem przed samą kolacją pobiegać na torze wyścigów konnych na Partynicach. 3 kółeczka, 6,45 km, w średnim tempie 3:52. Pierwsze kółko "w pałę", bez rozgrzewki w tempie poniżej 3:32. Podłoże mokre, nierówne, trawiaste, biegłem w kolcach 9mm, które prawie nic nie dawały, za długa trawa, za miękko. Na trasie miałem kibiców, wujka i tatę, zrobili jedno kółko idealnie w tym czasie co ja swoje 3. Powrót do domu, mycie się, wbijanie w garnitur, łamanie się opłatkiem i pierwsza faza obżarstwa rozpoczęta. Oczywiście jadłem aż napęczniałem jak balon, po czym jadłem dalej.
W te święta przesadzałem z jedzeniem, w pierwszy dzień świąt jadłem i jadłem, i nawet nie biegałem.
Za to drugi dzień świąt rozpocząłem mocnym biegowym akcentem - z Andrzejem i Bartkiem pojechaliśmy do Sobótki. Na miejscu czekał już Kazio. Chłopaki pobiegli trasą półmaratonu, a ja jak przystało na dzikiego biegacza zaplanowałem inną trasę, a mianowicie starym stokiem narciarskim dobiegłem do żółtego szlaku i dalej koło schroniska na Wieżycę i Ślężę.
Już na Wierzycy zdjąłem cienką kurtkę z Deca oraz czapkę z daszkiem. W międzyczasie spotkałem innego biegacza, z którym wymieniłem kilka zdań, nie spodziewałem się na tej trasie towarzystwa. Wbiegłem na Ślężę wypompowany, zrobiłem przerwę na posiłek. Zbiegając na Tąpadła, po lekko zmrożenej, a niżej błotnistej trasie, napotykałem się na spore ilości turystów, którzy to patrzyli się na mnie jak na jakieś UFO.
Ja - na krótko, bez nakrycia głowy, oni w ciepłych kurtkach i zimowych czapkach. Przy 8miu stopniach celsjusza.
Z Tąpadłem ruszyłem trasą Ślężańskiego pod włos, jako że spotkałem Kazia, który tak właśnie wracał.
Pobiegłem z nim chwilę, i skręciłem za jego namową nad zalew w Sulistrowicach, robiąc dodatkowy km. Potem dogoniłem go na wysokości Będkowic, a właściwie wejścia na teren skansenu. I to nie sam, bo przypałętał się do mnie piesek, którego zdołałem odpędzić dopiero w Strzegomianach. Kazika zostawiłem z tyłu, a za Strzegomianami napotkałem już liczną grupę biegaczy, którzy przyjechali do ośrodka na 11( my byliśmy o 9). Chłopaki już byli, umyłem się i pojechaliśmy. Zaraz potem na świąteczny obiad, i znowu objadanie się wszystkim, z przewagą ciast.
A na dziś zaplanowałem z Arturem luźne bieganie ~30km.
Jak wstałem rano, okazało się, że bardzo luźne. Od wczorajszego zbiegania i wbiegania na górę nogi były jedną wielką definicją bólu. Zrobiliśmy 28km po 5:40, z HR 142.
Crossowo, brzegiem Ślęzy, po błocie i nierównościach, aż prawie pod jej ujście do Odry, dotarliśmy na nowy wał na Kozanowie, który ślepo kończy się płotem otaczający teren policyjny. I z powrotem. Było ciężko, ból, wbrew oczekiwaniom, nie przeszedł. Ale teraz jest ciut lepiej.
W weekend chciałbym znowu na Ślężę. Łazić czy biegać, prawie bez różnicy. I tym razem chciałbym zaliczyć też Radunię i może Świerczynę.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu filips1 (2012-12-28,23:00): ty się kiedyś męczysz ?
|